Elten Network

ELTEN NETWORK

Zalogowany jako: gość

(Zaloguj się)
Blogi\moozgish

Co mi w mózgu gra.

Recenzje książek.Wszystkie wpisy
InneCo mi w mózgu gra, czyli o awatarach.Inspiracje.Wpisy bardzo Mishowe.Z cyklu Co tam u mnie.Randomowa pisaninka.Recenzje książek.Fazy, fazunie, fazulki.

Lucy Maud Montgomery - Czary Marigold.

Przyszedł czas na recenzję jednej z książek mojej ulubionej autorki, jaką jest Lucy Maud Montgomery.
Czary Marigold czytałam naprawdę bardzo wiele razy, co nie przeszkodziło mi sięgnąć po tą książkę ponownie po raz niewiadomo który z kolei i po raz drugi w oryginale. Oryginalny tytuł tej książki to "Magic For Marigold". Z tytułami polskimi też jest trochę zamieszania, ponieważ istnieją dwa tłumaczenia tej książki na nasz język, a przynajmniej tylko o tylu mi wiadomo, jedno Karoliny Bałłaban pod tytułem "Czarodziejski Świat Marigold", a drugie, bardziej współczesne, Magdaleny Koziej-Ostaszkiewicz "Czary Marigold". Ja więcej razy czytałam tę pierwszą wersję, każda ma swoje plusy i minusy, ale jednak chyba bardziej podoba mi się przekład Koziej-Ostaszkiewicz.
Książki Lucy Maud Montgomery są zaliczane do książek dla dzieci i większość z nich istotnie dla dzieci świetnie się może nadawać, jednakże warto czytać je także później, bo dopiero wtedy można dostrzec bardzo wiele rzeczy, których jako dziecko się nie dostrzegło, zresztą w ogóle za każdym razem, gdy czyta się jakąś książkę, dostrzega się coś innego. Do takich książek, w których wiele rzeczy odkryć można dopiero z czasem, należą właśnie "Czary Marigold".
Marigold Lesley urodziła się po śmierci swojego ojca, mieszka razem ze swoją mamą - Lorraine, - oraz innymi członkami rodziny i dwoma kotami w domu o nazwie Świerkowy Obłok, Świerkowa Kępa, czyli po prostu Cloud Of Spruce. W skład jej najbliższej rodziny wchodzi prócz matki: starsza babka - osoba o bardzo wnikliwym umyśle, lubiąca krytykować innych, bardzo inteligentna, dość władcza i apodyktyczna, ale generalnie jest pozytywną postacią, niestety umiera, gdy Marigold ma kilka lat - młodsza babka - kobieta o stalowej woli, bardzo urodziwa, młodo wyglądająca, szczerze mówiąc ja jej za bardzo nie polubiłam - wujek Klondike - były żeglarz, człowiek o nieco zawadiackim poczuciu humoru i podejściu do życia- ciocia Marigold - lekarka, żona wuja Klondike'a, uratowała życie Marigold, gdy była bardzo malutka, wskutek czego dziewczynka została nazwana jej imieniem,. Poza tym ma jednak niezmierzone ilości ciotek, wujków, stryjków, babek ciotecznych, dziadków wujecznych i innych pociotków. Niektórych to wkurza, ale według mnie jeszcze bardziej ubarwia fabułę. Lesleyowie stanowią swojego rodzaju klan, także Marigold wychowywana jest w poczuciu dumy z przynależności do swojej rodziny.
Marigold jest dziewczynką obdarzoną bujną wyobraźnią, bardzo wrażliwą i oryginalną. W książce przeżywamy wraz z nią bardzo różne przygody, przyjemne i beztroskie chiwile dzieciństwa, problemy, poznajemy świat jej fantazji, który jest naprawdę ogromnie bogaty.
Marigold odbywa wizyty do różnych swoich krewnych, gdzie niemal zawsze poznaje jakieś dziecko, z którym się zaprzyjaźnia lub po prostu spędza czas, przeżywając różnego rodzaju przygody, czasami też przyjeżdżają do niej inne dzieci, jak na przykład kuzynka Gwennie, której Marigold z początku nienawidziła, bo ciotka Josephine zawsze ją do niej porównywała i stawiała jej Gwennie za wzór, okazało się natomiast, że Gwennie ma w sobie bardzo dużo ikry, wymyśla zwariowane zabawy i że można z nią fantastycznie spędzać czas, odwiedziła ją też niemniej psotna z natury rosyjska księżniczka Warwara. W książce widać wyraźnie, że Marigold ma jakąś podświadomą ambicję, żeby stać się bardzo dobrą, wątek ten pojawia się w kilku rozdziałach, najpierw Marigold odczuwa gwałtowne powołanie, żeby stać się misjonarką i jest dobra aż do bólu, a potem podczas jednej z wizyt u rodziny poznaje niejaką Paulę Pengelly, która "bawi się w religię", wciąga do tej zabawy Marigold, dziewczynki odmawiają sobie różnych przyjemności i cała ta zabawa ma dość skrajną formę, co wygląda dość śmiesznie. W ogóle Marigold jest raczej perfekcjonistką, co przejawia się nie tylko w próbach bycia "dobrą", ale także w jej wysiłkach kulinarnych, o których jest mowa w jednym z rozdziałów i które, w przeciwieństwie do bycia nieludzko dobrą, zdecydowanie nie idą na marne. Ponieważ Marigold jest jedynym dzieckiem w Świerkowym Obłoku, na co dzień nie miała za bardzo z kim się bawić, dlatego też wymyśliła sobie przyjaciółkę z wyobraźni, mimo, że młodsza babka konsekwentnie próbowała wybić jej to z głowy. Przez długi czas była to jej najlepsza przyjaciółka, lepsza od wszystkich prawdziwych dzieci, jakie znała.
Uważam, że książka ta jest bardzo dobrą lekturą i dla dzieci, i dla młodzieży, i dla dorosłych, ja zawsze mam ogromną przyjemność z jej czytania, jak i przy każdej książce Maud.
Komu mogłabym ją polecić? Przede wszystkim tym, którzy nigdy wcześniej nie czytali książek Montgomery lub czytali jedynie "Anię Z Zielonego Wzgórza", to znaczy pierwszą część tego cyklu. Także tym, którzy lubią książki Maud, a jeszcze Marigold nie czytali. Tym, którzy czytali, też polecam przeczytać po raz kolejny. Polecam tę książkę wszystkim dzieciom, ja sama przeczytałam ją w wieku mniej więcej lat 12, nie wiem, czy we wcześniejszym wieku normalne dziecko nie pogubi się w ilości krewnych Marigold i innych podobnych szczegółach, które w obfitości tam występują, ale zawsze można spróbować. Moja Zofijka jednak, która ma lat 10, myślę, że by tego nie strawiła. Poza tym mogę tę książkę polecić wszystkim dziewczynom i kobietom, wszystkie książki Lucy Maud Montgomery zdecydowanie mają właściwości kształtujące żeńskie mózgi, kształtują wszystkie mózgi, męskie także, ale żeńskie szczególnie. Poleciłabym Marigold także wszystkim tym, którzy chcieliby powrócić do chwil dzieciństwa, bądź to żeby przypomnieć sobie swoje własne szczęśliwe chwile z tego okresu, bądź, żeby czytając o stosunkowo beztroskim dzieciństwie Marigold nadrobić braki z własnego, jeśli nie było aż tak szczęśliwe. NO i wszystkim tym, którzy lubią sobie wyobrażać różne rzeczy, którzy lubią przebywać na łonie natury, ludziom wrażliwym i może nieco idealistycznym, tak jak Marigold. Aha, no i tym, którzy lubią, tak jak ja, dobrze zarysowane osobowości bohaterów książkowych.
Na koniec chciałabym się z Wami podzielić kilkoma cytatami z tej książki, na ogół nigdy nie czytam książek w ten sposób, że po ich przeczytaniu zostają mi w mózgu jakieś konkretne myśli z niej w całości, niczego też raczej z książek nie wypisuję, ale czytając Marigold po raz niewiadomo który z rzędu, zwracałam uwagę na poszczególne zdania i na zawartą w nich mądrość, albo na to, czy się z nimi zgadzam, czy nie.
"Nie przejmuj się zbytnio tym, co ludzie powiedzą. Rób, co ci się w życiu podoba, jeśli tylko będziesz mogła potem w lustrze spojrzeć sobie w twarz."
"Trwaj przy swoich marzeniach tak długo, jak będziesz mogła, Marigold. Marzenia są nieśmiertelne. Czas nie może ich zabić ani zniszczyć. Można się zmęczyć rzeczywistością, ale nie marzeniami."
"Im więcej jest w twoim życiu rzeczy, w które wierzysz, tym bardziej jest ono, jak ty to mówisz, "interesujące"."
"Jeśli będziesz gonić za mężczyzną, to ci ucieknie. Każdy ucieka, gdy jest ścigany. To tkwi w naszej naturze."
"Ciocia Clo rzeczywiście jest ciocią któregoś z Lesleyów, choć Marigold nigdy nie pamięta czyją. Nie lubi jej, tak samo jak wujek Klon, który utrzymuje, że Clo jest zbyt szpetna, by żyć. - Pod skórą jest na pewno godna miłości - powiedziała kiedyś ciocia Marigold, będąca świeżo po lekturze Kiplinga. - Niech więc ją zdejmie, u licha! - odpalił wujek."
"Najtrudniej w życiu jest być sprawiedliwą. O ileż łatwiej jest być wielkoduszną".
"Nie mogę nic na to poradzić, że podoba mi sie tyle rzeczy i jestem z tego zadowolona. Dzięki temu życie jest o wiele bardziej interesujące."

2017-08-09 19:51:44
Celtic1002
Może w końcu i tę książkę przeczytam, bo nigdy jej nie czytałam, serio. :)
2017-08-09 20:00:04
hazel96
Brzmi ciekawie. Naprawdę ładna recenzja. :D
2017-08-10 14:48:50
moozgish
Dziękuję. :)
2017-08-10 15:43:33

Camille DeAngelis - Nowa Mary.

Przyszedł więc czas na recenzję pierwszej książki na moim blogu.
"Nowa Mary" raczej nie należy do żadnego z typów książek, które czytam często. Zaintrygował mnie ogromnie opis z okładki na Biblionetce i właśnie dlatego postanowiłam ją przeczytać.
Lucy Morrigan, córka naukowca i genetyka, sama również będąca naukowcem i genetykiem, w pracy zajmuje się chorobą Huntingtona, ściślej rzecz ujmując poszukiwaniem leku na nią. Po godzinach relaxuje się w piwnicy, przeprowadzając badania dotyczące ludzkich komórek macierzystych i ich klonowania. W pewnym momencie Lucy zdaje sobie sprawę, że chciałaby mieć dziecko. Mimo, że przez jakiś czas ona i jej chłopak Gray starają się o nie, w końcu okazuje się, iż dziewczyna nie będzie mogła normalnie zajść w ciążę. W związku z tym wpada na jakże oryginalny pomysł. Klonuje swoją babcię Mary. Niestety, dopiero potem dowiaduje się, że istnieje możliwość, iż sklonowana Mary będzie posiadała wspomnienia prawdziwej babci Lucy. Experyment udaje się o tyle, że istotnie Mary zostaje "wskrzeszona", jednak z czasem oczywisty staje się fakt, że nie będzie normalnym noworodkiem. Nie będzie noworodkiem w ogóle, ponieważ komórki, z których została stworzona, należały do jej dawczyni, gdy miała dwadzieścia dwa lata. Kopia Mary budzi się w sztucznej macicy, skonstruowanej przez ojca Lucy, śmiertelnie przerażona i nie bardzo wiedząc, o co chodzi. Lucy, Megan i Gray doprowadzają ją do normalnego wyglądu, po czym zostaje na jakiś czas uśpiona lekami nasennymi. Budzi się z mętlikiem w głowie. Jest w swoim domu, ale nie w swoim pokoju, wokół niej znajdują się rzeczy, których jeszcze przed jej obudzeniem w ogóle tu nie było, a przede wszystkim nie wie, gdzie podział się jej mąż, Teddy. Z czasem akceptuje fakt, że nie jest prawdziwą Mary, a jedynie owocem nieudanego experymentu swojej "wnuczki", co jednak bardzo wiele ją kosztuje. Nie może tylko przestać tęsknić za swoim mężem. Wobec tego w końcu Lucy zdecyduje się sklonować także i Teddy'ego, choć wiąże się z tym jeszcze większe ryzyko. Teddy, którego stworzyłaby Lucy, mógłby pamiętać swoją śmierć, co raczej nie wpłynęłoby dobrze na jego stan psychiczny. Poza tym prawdziwy Teddy był kombatantem, więc mógłby nie otrząsnąć się z wojennych wspomnień i z traumy. Na szczęście ten experyment się udaje i Teddy - choć piętnaście lat starszy od tego, którego pamięta Mary, bo Lucy dysponowała tylko komórkami z exhumacji dziadka - pojawia się na świecie cały i zdrowy.
Nie będę spoilować Wam całej fabuły, bo jeśli ktoś zdecyduje się tą książkę przeczytać, naprawdę nie będzie miał już połowy przyjemności, zaskoczenia i w ogóle wszystkiego, niemniej jednak dużo się tam dzieje i ja przeczytałam ją właściwie w jedną noc- zaczęłam w środę wieczorem, a skończyłam w czwartek rano, akurat nie mogłam spać więc szybko poszło, tak mnie wciągnęła.
"Nowa Mary" dała mi wiele do myślenia, jako chrześcijance postępowanie Lucy wydaje mi się niesamowicie niemoralne, nieetyczne i w ogóle, choć przyznać muszę, że ją samą polubiłam i choć nigdy wcześniej tematyką klonowania się absolutnie nie interesowałam, teraz w jakimś stopniu się to zmieniło, ponieważ jakkolwiek zdecydowanie stwarzanie nowych ludzi nie jest i nie powinno być w naszej gestii, to jednak sam temat klonowania ludzi jest ogromnie interesujący, nigdy bym nie przypuszczała, że aż tak. Zawsze myślałam raczej, że w efekcie sklonowania człowieka może powstać ewentualnie jakiś cyborg o identycznym wyglądzie i IQ, chociaż to nielogiczne, bo przecież emocje i inne tego typu rzeczy też się w genach zapisują, no ale tak właśnie sądziłam. Zaczęłam się w ogóle zastanawiać, czy aby nie nawiązać znajomości z kimś światłym, kto by mi potrafił wskrzesić Mishę, jak mu się już licencja na pierwsze życie skończy. :D Oczywiście się nabijam, bo z takim Mishą pewnie więcej bym się po weterynarzach najeździła, niż robiła cokolwiek innego i i tak pewnie po mniej więcej sześciu latach musiałabym nowego mieć.
Jak skończyłam już całą książkę, czułam trochę niedosyt, bo mam wrażenie, że kilka końcowych wątków można by jeszcze trochę pociągnąć, zwłaszcza wątek z Lucy, bo jej sytuacja na końcu książki ogromnie mnie zaskoczyła, wręcz mną wstrząsnęła, jej ojciec musiał mieć coś z mózgiem chyba, wątek Mary i Teddy'ego też by można, no ale cóż.
I tak książka jest naprawdę świetna i zdecydowanie polecam ją wszystkim. Zanim zaczęłam ją czytać, byłam już uprzedzona, że przekład nie jest najlepszy i to prawda, pod tym względem "Nowa Mary" jest troszkę toporna, ale idzie się przyzwyczaić.
Komu mogłabym szczególnie polecić tę książkę?
Przede wszystkim oczywiście ludziom, których tematyka klonowania czy w ogóle genetyki interesuje. Ludziom, którzy interesują się kwestiami etycznymi i moralnymi. Ludziom, którzy lubią science fiction i inne podobne wytwory. Ludziom, którzy lubią książki kontrowersyjne. No i ludziom kierującym się takimi samymi pobudkami jak ja, gdy zaczynałam czytać tę książkę, czyli takim, którzy lubią książki z dziwną atmosferą, o dziwnej tematyce, o dziwnych ludziach, generalnie dziwne w pozytywnym według mnie znaczeniu tego słowa. Co do dziwnej atmosfery, to mi się bardzo podobała atmosfera w piwnicy Lucy, śmiszne takie laboratorium.
Tak więc jeszcze raz gorąco wszystkich zachęcam do przeczytania tej książki, naprawdę zdecydowanie warto. Na Biblionetce wystawiłam 5,5, co chyba samo mówi za siebie.
2017-07-28 17:01:33

Menu

Forum
Wiadomości
Blogi

Copyright Dawid Pieper