Elten Network

ELTEN NETWORK

Zalogowany jako: gość

(Zaloguj się)
Blogi\moozgish

Co mi w mózgu gra.

Wszystkie wpisy

Wszystkie wpisy
InneCo mi w mózgu gra, czyli o awatarach.Inspiracje.Wpisy bardzo Mishowe.Z cyklu Co tam u mnie.Randomowa pisaninka.Recenzje książek.Fazy, fazunie, fazulki.

Randomowy wpisik o mnie.

Witajcie!
Dawno nic nie pisałam w tej kategorii, tak sobie to przed chwilą uświadomiłam, próbowałam znaleźć jakiś dorzeczny writing prompt, albo jakiś challenge, ale nic mnie jakoś nie zainspirowało, toteż, że akurat na obecną chwilę nie mam nic ciekawszego do roboty, postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma totalnie randomowymi informacjami o mnie.
Zdecydowanie jestem bardziej sową, niż skowronkiem. Czasem zdarza mi się nie spać całą noc, bądź dlatego, że po prostu usnąć nie mogę, albo dlatego, że przecież w nocy jest tyle ciekawych rzeczy do robienia. Po prostu lubię ten nocny klimat, zawsze mam wrażenie, że w nocy mózg jakoś inaczej funkcjonuje, jest jakiś bardziej otwarty. Książki, które czytasz w nocy, bardziej zapadają w pamięć, bardziej poruszają. Masz więcej weny, albo jakieś kompletnie szalone pomysły. Można naprawdę dużo rzeczy robić, albo po prostu sobie zamulać przy jakiejś dobrej muzyce, albo pisać z kimś w innej strefie czasowej, albo z kimś jeszcze bardziej świrniętym, kto nie śpi już na przykład czwartą noc z rzędu. :D Taaak, znam takich ludzi, co tak mają. Jednak jak już kiedyś pisałam mój rytm snu i czuwania jest dość niestabilny, w związku z czym czasem kładę się do snu bardzo wcześnie, bo jestem po prostu wykończona, wstaję po dwunastu godzinach, a czasami kładę się o północy i o czwartej już bawię się z Mishą, bo mam za dużo energii. :D
Uwielbiam konie. Sama jeżdżę w stadninie na koniu o imieniu Czardasz, na którego jednak wszyscy mówią Łoś, z nim dogaduję się najlepiej. TO jest taki śmieszny zamuł, po końskiemu ma już ponad sześćdziesiąt lat, sporo przeszedł w życiu, ma bardzo mądry mózg. Ostatnio zresztą jak na nim jechałam to się wyglebiliśmy, bo było tak gorąco, że jak szedł, to przymulił i przysnął. Był to mój pierwszy tego typu wypadek, więc porządnie się wystraszyłam, ale na pewno jeszcze wiele takich będzie, Łoś tak często z ludźmi robi, mi się to przytrafiło stosunkowo późno, bo znamy się już naprawdę długo, ale nic się poważniejszego nie stało. Mam też zastępczego konia, na którym zawsze jeżdżę jeśli z jakichś przyczyn nie mogę na Łośku. Nazywa się Rudy, znaczy tfu, mówimy na niego Rudy, ale nazywa się Tarzan, to bardzo wrażliwy koń, strasznie szybko reaguje na to, co robisz, w sensie dosiadem, więc dużo się od niego można nauczyć w dość szybkim czasie. Jest też od Łosia dużo mniejszy.
Byłam za granicą trzy razy: na Litwie, na Słowacji i w Szwecji. W dwóch pierwszych krajach właściwie tylko na chwilę. Na Litwie tylko w Wilnie, bo akurat spędzaliśmy wakacje na Mazurach i Tatul tak sobie wymyślił, tak po prostu sobie po tym Wilnie łaziliśmy, poza tym moja Mamulka i ja jesteśmy przywiązane emocjonalnie do Matki Bożej Ostrobramskiej, więc byliśmy też w kościele pod jej wezwaniem. Na Słowacji natomiast byliśmy w Oravicy, również na jeden dzień, byliśmy tam w termach i bardzo miło spędziliśmy czas. Oba te wyjazdy były stosunkowo nieodległe od siebie, Zofijka była wtedy jeszcze dosyć mała i jeszcze długo po tej Słowacji jak gdzieś dalej wyjeżdżaliśmy, to znaczy jak jej się wydawało, że daleko, to Zofijka pytała się podczas drogi: "A to jest jeszcze Polska?". :D Więc się śmialiśmy, że Zofija jest jak taki obywatel świata. No a o moim wyjeździe do Szwecji to już Wam pisałam.
Przed Mishą miałam jeszcze kiedyś, w zamierzchłych czasach, innego kota. To był taki zwykły dachowiec, trafił do nas przypadkowo. Moja babcia i dziadek mają taką pracę, że są zawodowymi jajcarzami. To znaczy oczywiście sprzedają jajka. W różnych piekarniach i tak dalej, ale też prywatnym ludziom. No i kiedyś właśnie babcia wróciła z tych jaj i przyszła do nas z kotkiem, którego dostała od jakiejś pani, u której była i która nie wiedziała, co z nim zrobić, bo była w ciąży, a ten kot mieszkał w domu, więc byłby problem z kuwetą. Więc babcia dała nam tego kota, Mamulka bardzo się do niego przywiązała, ja nieszczególnie, zawsze mi się wydawał jakiś taki... no taki trochę jak stereotypowy kot, choć nie mogę powiedzieć, że go nie lubiłam, bo lubiłam go, ale nawet w połowie nie tak jak Mishę. Zofijka bardzo lubiła ściskać tego kota za szyję, tańczyła z nim po całym domu i w ogóle się nad biedakiem znęcała, wymyśliła też mu imię, też raczej przypadkowo, bo wtedy dopiero zaczynała mówić i zawsze wołała na niego Kiki, no i tak zostało, bo jak dotąd był u nas przez długi czas bezimienny. Potem jednak mi się mocno nasiliła alergia na niego, bo ja tak formalnie patrząc posiadam alergię na ślinę kota, czy co to tam jest takie alergizujące u kotów, była na tyle mocna, że już mi się ciężko funkcjonowało, Tatul zresztą tego kota nie lubił, mimo, że Kiki okazywał największe przywiązanie właśnie Tatulowi, więc oddaliśmy go mojej cioci, która choruje na SM, także pełnił wtedy trochę taką funkcję, jak teraz u mnie Misha, taki towarzysz doli, niedoli i wszystkich okresów pomiędzy. Z czasem i tam nie miał się nim kto zajmować w ciągu dnia i tak z tego co mi wiadomo Kiki trafił do Warszawy. Teraz jak wiecie jest z nami Misha, na którego nie mam alergii prawie wcale. Mój lekarz alergolog twierdzi, że to jest autosugestia, co wydaje mi się być bardzo prawdopodobne, inna sprawa, że koty rosyjskie są podobno hipoalergiczne, no ale hipoalergiczny nie znaczy, że nie uczula w ogóle, zwłaszcza, jak śpi z kimś na jednym łóżku, a ja tej alergii na co dzień na serio właściwie nie odczuwam.
Ostatnio zaczęłam bardzo lubić wszystko, co malinowe. Maliny lubiłam zawsze, ale takiej fazy jeszcze nie miałam, jeśli już, to na jagodowe rzeczy w dzieciństwie. Tatul kupił ostatnio jakąś herbatę malinową, w ogóle taką bardzo naturalną chyba, bo jak Zofijka zostawiła niedopitą na stole, to muszki owocówki się nią zainteresowały :D tak czy inaczej jest bardzo dobra, ja jej piję strasznie dużo. Ostatnio jadłyśmy też z Zofiją kisiel malinowy, muffinki malinowe, a w niedzielę byliśmy na lodach i ja, chociaż były tam moje ulubione lody czekoladowomiętowe, wzięłam dwie kulki lodów malinowych. Mam kurczę chyba jakieś niedobory czegoś, co jest w malinach, a nie ma nigdzie indziej, czy coś, dziwne to jest. :D Kosmetyków malinowych nie lubię, w ogóle mnie odrzucają kosmetyki o zapachu jedzenia, taki spadek mam po Mamuli, no chyba, że olejki. Olejek malinowy moja Mamulka posiada. Genialnie pachnie.
Uwielbiam Jacka Danielskiego, w sensie Jacka Danielsa oczywiście. W ogóle lubię whisky, już o tym zresztą pisałam, ale Jacka najbardziej. Mój Tatul mi to wypomina, ilekroć tylko może, że ja niby jestem zdrajczyni, bo sympatyzuję ze Szkotami i w ogóle wszystko Scottish, a whisky to piję amerykańską, ale według mnie to nie ma nic do rzeczy, szkocka whisky też jest dobra, chciałabym kiedyś spróbować walijskiego Penderynu, może w niedalekiej przyszłości mi się uda. W każdym razie, powracając do Jacka, czysty jest dobry, ale jak dla mnie w niewielkich ilościach, na ogół piję go z pepsi. Ale lubię też pić Jacka jak jest mi zimno, z jakąś dobrą herbatą, miodem i czystą witaminą C, zamiast cytryny, bo jak dodasz cytrynę do herbaty, to się wytwarza glin, a glin jest bardzo szkodliwy dla mózgu, no a co jest dla rozwoju ludzkości ważniejsze, niż prawidłowo działające mózgi. I uwielbiam kawę z Jackiem. Najlepiej kawę Irish Cream, ale jakakolwiek normalna, mielona kawa jest git z Jacusiem.
OK, to by było chyba tyle.

2017-08-15 15:22:26
pajper
Maliny są pyszne. :D
A w jakiej stadninie uczysz się jeździć?
Naszej Bolszewskiej? Bo szczerze mówiąc nie wiem nawet czy tam przyjmują do nauki. :)
2017-08-15 17:34:53
moozgish
Jeżdżę w pobliżu Pegaza w Redzie, tam jest taki jakby główny Pegaz i obok jeszcze takie cóś mniejsze tylko z kilkoma końmi, tu mi jest najbliżej i fajnie jest. Formalnie rzecz ujmując jest tam hipoterapia, jeżdżą wyłącznie niepełnosprawni, ale ponieważ moja hipoterapeutka zajmuje się też ujeżdżaniem, a ja należę do niezbyt
licznych tam osób, które sobie same radzą na koniu, więc obecnie po prostu uczę się tam ujeżdżania i nie bardzo to typową hipoterapię przypomina. :D
2017-08-15 19:09:13
pajper
Rozumiem. :D
Przyznam uczciwie, że stadniny w Redzie nie kojarzę. :)
2017-08-15 19:34:08
moozgish
No ja też nie kojarzyłam, że w Bolszewie jakaś istnieje.
2017-08-15 19:54:39
pajper
Jest, jest.
Ale wydaje mi się, że tam nie ma szkolenia z jazdy konnej.
2017-08-15 22:17:41
jamajka
O! Ale patent! Też tak muszę zrobić. Może sobie nawzajem podbijemy popularność i zrobimy q & a, co? A, no i chciałam tu oficjalnie, głośno wykrzyczeć całemu światu, że ja uwielbiam, kocham wręcz, twoje zwariowane pomysły! Te z weną twórczą na przykład! :d Pozdrawiam cię, jako człowieka, który rozłożył mój mózg na części pierwsze, zrozumiał wszystko, uśmiechnął się i złożył w prostrzy sposób. :d
O, ja nie wiedziałam, że ty taka miłośniczka Jacka jesteś. :p
2017-08-17 20:37:49
moozgish
No też tak sobie właśnie pomyślałam, że pomysł na taki wpis jest całkiem fajny. W ogóle takie właśnie randomowe wpiski załatwiają sytuację, jak nie wiesz, o czym pisać na przykład, ja w sumie zawsze raczej wiem, ale fajnie sobie cóś takie porobić. Pomysł z Q&A, jak już Ci zresztą pisałam na Twoim blogu, też mi się bardzo podoba, trzeba się podbijać. Ja uwielbiam babrać się w ludzkich mózgach, także cała przyjemność po mojej stronie. :D A Jacek Danielski nie jest wyjątkiem od regóły, tak, jak mam fisia na większość znanych mi Jacków, tak i również na niego.
2017-08-18 13:13:51

Inspiracja.

Piękny dzień zaczyna się wtedy, gdy twój umysł jest piękny. Kiedy budzisz się, poświęć sekundę i pomyśl o tym, jaki to przywilej po prostu być żywym i zdrowym. Gdy zaczniesz zachowywać się tak, jakby życie było błogosławieństwem, zapewniam cię, że zaczniesz tak je odczuwać. Czas doceniony jest czasem wartym przeżycia.
Autor nieznany.
2017-08-15 14:22:17

To ja Misha dawno mnie nie było.

Hhrrru?
Co tam u Was słychać? To ja Misha. Dawno mnie tu nie było, bo nie chciało mi się gadać. Chciałem Wam powiedzieć o kilku ciekawych rzeczach, które się mi ostatnio przydarzyły.
Zrobiłem wczoraj Emi niespodziankę. Haha, pięknie się udała. Bardzo lubię robić niespodzianki, bardzo lubię rozśmieszać ludzi, zadziwiać, lubię, jak się śmieją i cieszą, bo wtedy są dla mnie mili i lubię ludziom pomagać, podobno po to jestem na ziemi. No więc sobie pomyślałem, że zrobię niespodziankę Emi, na pewno się z takiej niespodzianki ucieszy. Przespałem prawie cały dzień i wciąż chciało mi się spać. Wszedłem do Emi do pokoju, tak bardzo cichutko, sprawdziłem, czy jest, no i była, ale nawet nie zauważ yła, że wszedłem. Ja rzadko tak cicho idę, że nikt mnie nie słyszy, ale potrafię tak iść i się udało. Tym bardziej było łatwo, że Emi miała słuchawki i słuchała jakiejśwrzeszczącej muzy. Więc ja bardzo cichutko wszedłem do mojego łóżeczka, do kosza, który stoi na łóżku Emi, bo ja mam kilka różnych łóżek. Wszedłem i się tak cicho śmiałem, bo byłem ciekawy, kiedy Emi mnie znajdzie co wtedy zrobi. Ale to strrrasznie długo trwało i nic, więc trochę się niecierpliwiłem, a w końcu zasnąłem. Obudziłem się dopiero jak przyszła ta wrzeszcząca Zofija, siedziała na łóżku i o czymś bardzo głośno gadała i nawet mnie nie zauważyła. I one tak bardzo długo gadały i gadały i nic, nikt na mnie nie zwracał uwagi, aż mi się trochę smutno zrobiło. Ale potem było śmiesznie. Emi się zapytała gdzie jest właściwie Misha, a Zofija powiedziała nie wiem, pewnie ciągle śpi na walizkach jak jakiś bezdomny, stary dziad. I wyszły z pokoju i wołały Miiiiiishaaaaa, Miiiishaaaa, Miiiiishaaaa. Śmieszne, nie? Aż się trząsłem ze śmiechu. No i wtedy właśnie one na chwilę przestały się drzeć, a ja tak się trząsłem, że aż kosz trzeszczał i jeszcze mlaskałem, bo takie to było wszystko śmieszne, one to usłyszały i na mnie lecą "Misha, Misha, Misheczka, co ty tu robisz, tu jest Misha, tu jest Misha, tu jest Miiiishaaaa", normalnie jakiś cyrk. Zofija powiedziała, że trzeba mi zmienić koc w łóżku, bo jest białoszary i mnie na nim nie widać. Przestraszyłem się, bo nie chciałem wstawać, nie lubię takiego zamieszania, ale to chyba był żart. Nie rozumiem czasem, po co ludzie żartują. Ja nie chciałem powiedzieć, jak długo tam już byłem, więc Zofijka mnie lekko podniosła i sprawdziła, jak jest ciepło w koszu. Było gorąco, więc się domyśliła, że już jestem bardzo długo. I byłem jeszcze dłużej, prawie do nocy. Potem tylko wstałem na kolację i Emi z Mamulą oglądały jakieś głupie filmy, a potem Emi mnie znowu wzięła do snu.
Ahaa. Ale jeszcze Wam nie opowiedziałem o jednej, bardzo ciekawej rzeczy. W niedzielę miałem bardzo daleką podróż. Naprawdę. Aż do kościoła. Spałem sobie milutko w garderobie, aż tu nagle mama mnie obudziła tak głośno Misha wstawaj i mnie podniosła. Pobiegłem na dół, żeby sobie znaleźć inne miejsce do snu, ale Mamula zaraz przyszła i przyniosła moje łóżeczko, właśnie ten kosz, który stoi u Emi. I Emi też była na dole. Mamula mnie położyła do tego kosza i powiedziała, że jestem bardzo grzeczny, bo się nie wyrywałem. Wtedy tylko usłyszałem taki dziwny dźwięk i już nawet nie mogłem się wyrwać, bo dookoła tylko była jakaś kratka i mogłem tylko patrzeć i słyszeć co jest nazewnątrz i Emi mnie głaskała. Potem ktoś mnie wziął w tym koszu na ręce i gdzieś długo niósł, strasznie trzęsło, potem mnie gdzieś położyli i trzęsło jeszcze bardziej i warczało. Ja już kiedyś byłem w tym trzęsącym i warczącym czymś, jak jechałem do lekarza, jak miałem chore oko. Emi mnie głaskała i mówiła cały czas, że jestem dobry, spokojny Misha. Starałem się być spokojny, ale się w środku denerwowałem, bo nie wiedziałem, co się dzieje. Potem to coś przestało warczeć, znowu byłem na podwórku, Emi mnie niosła i potem słyszałem bardzo dużo różnych dźwięków. Najwięcej to było psów. Strasznie głośno szczekały, potem mama postawiła mnie na ziemi w koszu i widziałem te wszystkie psy i mnóstwo ludzi i inne zwierzęta i wszystko dobrze słyszałem. Emi przy mnie była i mnie głaskała i podchodzili różni ludzie i się jej pytali, jak się nazywam, najczęściej jakieś dzieci i mnie głaskały, jedno się mnie wystraszyło, chociaż ja wcale nie jestem straszny, ktoś powiedział, że jestem bardzo ładnym królikiem, a jakieś dziecko, jak Emi mu powiedziała, że jestem Misha, to zawołało, mamo, patrz jaka ładna, ona nazywa się Misha. Mama rozmawiała z jakąś panią, że przyjechała, żeby mnie poświęcić, a Emi się śmiała, że będę miał chrzest. Mamula mówiła, że nie rozumie, czemu ludzie się tak dziwią, przecież samochody się święci i rośliny, to zwierzęta też trzeba i różne inne mądre rzeczy mówiła, to znaczy tak mi się wydaje, że to było mądre, bo ja z tego wszystkiego nic nie rozumiałem i w sumie nadal niewiele rozumiem, ale najważniejsze, że miałem przygodę. Ktoś bardzo głośno mówił coś o zwierzętach, a potem poleciała na mnie woda. Potem znowu Emi mnie niosła z powrotem i znowu siedziałem w tym warczącym czymś, a potem było najlepiej, bo mama pozwoliła mi chwilę pobyć na podwórku. Emi powiedziała, że byłem bardzo dzielny i spokojny, a do mamy powiedziała, że chyba bardziej się denerwowała niż ja, bo się bała, że ja się będę bał. Jak dobrze, że nikt nie widział, że się bałem. Potem byłem bardzo zmęczony i chciałem pospać, właśnie dlatego, żeby się tak nie denerwować i Emi zabrała mnie do domu i znowu położyłem się w garderobie.
Fajnie miałem, nie?
Pozdrawiam wszystkich bardzo Mishnie.
Misha.
2017-08-15 10:24:36

Sobotnie miłe rzeczy.

Sobotę spędziłam bardzo miło.
W piątek wieczorem się zadeklarowałam, że potowarzyszę mojemu biednemu, wiecznie samotnie podrużującemu ojcu w podróży, służbowej rzecz jasna, do Koszalina. Wprawdzie istnieje reguła, że kierowcy cystern przewożących paliwo nie powinni przewozić pasażerów, co ciekawe jeszcze nie tak dawno w ogóle jej nie było, a my sobie normalnie z Tatulem jeździliśmy i nikt od żadnego nagłego wybuchu życia nie stracił, tylko na dłuższych trasach się czepiała kierowców na przykład policja, chyba raczej dlatego, że nie wszystkie tego typu pojazdy były przystosowane do przewożenia pasażerów, na przykład całą drogę jechało się na łóżku, czasem właśnie podczas takich dłuższych tras Tatul zabierał mnie ze szkoły, bo nie było innych możliwości, a ja miałam wtedy przygodę życia, natomiast potem jak była gdzieś w pobliżu policja musiałam się chować pod kocami. :D Teraz jednak jeśli już jeździmy gdzieś z Tatulem, to tylko na krótsze trasy, Koszalin to i tak było stosunkowo daleko. Wstaliśmy więc w sobotę koło czwartej, bardzo miło spędziliśmy podróż, pomijając fakt, że w Koszalinie, tam gdzie Tatul się rozładowywał, były jakieś chamskie ludzie, wskutek ich opieszałości zmarnowaliśmy całą godzinę, ale i tak w domu byliśmy koło dwunastej.
Potem z Zofijką jadłyśmy muffinki malinowe i grałyśmy w różne gry, aha, mówiłam Wam w ogóle, że Zofijka ma już stabilizator? Powiedzieli jej, że noga już nie jest złamana, chyba za tydzień jedzie do kontroli, jednak jeszcze ją boli to kolano i musi chodzić o kulach.
Popołudnie spędziłam bardzo miło, ucząc się walijskiego, słuchając walijskiej muzy, pisząc z walijskimi ludźmi. I z innymi ludźmi także.
Poza tym strasznie dużo czasu spędziłam w blogosferze, aaa... no i bym prawie zapomniała, dostałam ogromnie dużo książek z Audible od mojej koleżanki z Irlandii, też niewidomej, wreszcie się na pewno zmotywuję, żeby jeszcze więcej czytać po ingliszu, zwłaszcza, że większość tych książek dotyczy tematu, na jaki, jak już Wam kiedyś pisałam, obecnie mam sporego fisia i lubię go zgłębiać, mianowicie wszelkich zaburzeń dysocjacyjnych i spraw pokrewnych, a cała reszta również dotyczy psychologii, są tam też książki Casey Watson i Cathy Glass, z których tak niewiele jest przetłumaczonych na polski, a jeszcze mniej udało mi się znaleźć gdziekolwiek w sieci. Także po prostu świetnie.
Czytałam też w sobotę bardzo fajną książkę, "Ja Wiktoria" Cynthii Harrod-Eagles. Jako, że interesuję się Wielką Brytanią, jej historią, fascynują mnie też biografie słynnych kobiet i po prostu lubię królową Wiktorię, wiele przyjemności mi ta lektura sprawiła, mam jeszcze na podorędziu jedną książkę na jej temat, Rolanda jakiegoś tam, nie pamiętam w tej chwili, ale na razie nie będę jej zaczynać.
No i to chyba tyle.

2017-08-14 14:33:47
pajper
Cieszę się, że miły dzień spędziłaś. :)
O stabilizatorze pisałaś.
Z cysterną z paliwem nie jechałem, natomiast kiedy byłem mały, tata dowoził do hurtowni towar ciężarówką.
To też było przeżycie z nim jeździć. :)
A z bliższej przeszłości, niezapomniana przygoda z dnia 2 października 2016.
Wieźliśmy wtedy przez pół Polski rakietę na poligon.
Nie byłoby w tym nic niezwykłego, zdarza nam się jechać z rakietą, gdyby nie to, że w samochodzie było pięć osób, a silniki, ustatecznienie, paliwo i inne systemy powciskaliśmy gdzie się dało.
Przez całą drogę modliłem się, by nikt niczego nie kopnął. :D
I by policja nas nie zatrzymała, bo oczywiście wszelkie zgody mieliśmy, ale nie miałem pojęcia, jak im wyjaśnię to, jak wyglądało u nas w samochodzie. :)
2017-08-14 14:38:43
hazel96
Oo, a dałabyś tę książkę o królowej Wiktorii? O ile masz ją w jakiejś elektronicznej formie.
No i jak poznałaś tę niewidomą koleżankę?
2017-08-14 14:45:11
moozgish
O Boooże, ależ musiałeś mieć adrenalinę. :D Całe szczęście, że nic się nikomu ani niczemu nie stało.
2017-08-14 14:51:23
moozgish
OK, mam ją w PDF-ie, to Ci rzucę. A tę koleżankę poznałam przez jej bloga.
2017-08-14 14:53:31
pajper
Ale, nie ukrywam, ciekaw jestem nagłówków w gazetach, gdyby coś się stało.
Fakt, nie przeczytałbym ich, bo nikt nie przeżyłby startu rakiety z tak bliska.
I oczywiście nie zrobiłbym czegoś takiego, spokojnie.
Ale i tak jestem strasznie ciekaw...
Rakieta wystrzeliła z samochodu osobowego na autostradzie A1. :D
2017-08-14 15:24:22
moozgish
Hahahaha, rzeczywiście. :D Sensacja roku by była. Ludzie by sobie chyba pomyśleli, że dziennikarze sobie jakieś jajca robią.
2017-08-14 15:30:18
pajper
- Admirale Bolden, na orbitę wszedł nowy obiekt. - głos oficera przestrzeni wybudził Paula Boldena z zamyślenia.
- Nie mamy go w wykazie lotów? - Zapytał. Co prawda jego ludzie znali protokoły, raz na jakiś czas zdarzało się jednak, że ktoś pod wpływem adrenaliny zapominał o sprawdzeniu podstawowych danych.
- Nie, sir. Żadnej rezerwacji. To z pewnością jednak rakieta.
- Rakieta? - Zdziwienie Boldena stawało się coraz większe. - Wiecie, skąd ją wystrzelono?
- Tak, sir... Ze środka polskiej autostrady, sir. Mamy to nagrane przez satelitę Columbus.
- Jak to ze środka autostrady? Wybudowali tam kosmodrom?
- Nie, sir. Z samochodu wystrzeliła, przez maskę.
:D
2017-08-14 15:34:59
moozgish
Hahahahahaa, zjawiskowe by to było. :D
2017-08-14 15:43:00
Celtic1002
Bardzo, bardzo się cieszę, że tak miło dzień spędziłaś.
2017-08-15 16:48:08

Danielle Lewis - Breuddwyd Yn Tyfu.

Witajcie!
Chciałam już zrobić wpis dotyczący mojej czwartej fazuni, ale jak zwykle wyszło inaczej. Ostatnio słuchałam sobie radia Cymru FM i usłyszałam tam piosenkę, która obecnie znajduje się w moim awatarze. Piosenka owa, jak zresztą wszystko w radiu Cymru FM, jest po walijsku, nazywa się "Breuddwyd Yn Tyfu", polubiłam ją od razu, gdy ją usłyszałam, taki lekki folkpopik raczej stosunkowo łatwo jest polubić. W ogóle teraz lepiej poznałam wykonawczynię tej piosenki, niejaką Danielle Lewis i polubiłam jej muzykę ogólnie, nie tylko ten utwór. Ma on też swoją wersję angielską, o tytule "Dreams Grow", oba tytuły po naszemu znaczą dokładnie to samo, obie wersje znajdują się w moich plikach udostępnionych, bo angielska też chciałam Wam pokazać. Według mnie jednak ta angielska, mimo, że bardzo ładna, jest mniej naturalna, bo walijska została napisana jako pierwsza, i to angielskie o ile się orientuję jest trochę taką kalką tłumaczeniową raczej, no ale tak się tylko czepiam, bo mi się nudzi, i tak jest fajna. Miłego słuchania, jak zwykle ciekawa jestem wszelkich opinii.
2017-08-14 13:57:19

Lucy Maud Montgomery - Czary Marigold.

Przyszedł czas na recenzję jednej z książek mojej ulubionej autorki, jaką jest Lucy Maud Montgomery.
Czary Marigold czytałam naprawdę bardzo wiele razy, co nie przeszkodziło mi sięgnąć po tą książkę ponownie po raz niewiadomo który z kolei i po raz drugi w oryginale. Oryginalny tytuł tej książki to "Magic For Marigold". Z tytułami polskimi też jest trochę zamieszania, ponieważ istnieją dwa tłumaczenia tej książki na nasz język, a przynajmniej tylko o tylu mi wiadomo, jedno Karoliny Bałłaban pod tytułem "Czarodziejski Świat Marigold", a drugie, bardziej współczesne, Magdaleny Koziej-Ostaszkiewicz "Czary Marigold". Ja więcej razy czytałam tę pierwszą wersję, każda ma swoje plusy i minusy, ale jednak chyba bardziej podoba mi się przekład Koziej-Ostaszkiewicz.
Książki Lucy Maud Montgomery są zaliczane do książek dla dzieci i większość z nich istotnie dla dzieci świetnie się może nadawać, jednakże warto czytać je także później, bo dopiero wtedy można dostrzec bardzo wiele rzeczy, których jako dziecko się nie dostrzegło, zresztą w ogóle za każdym razem, gdy czyta się jakąś książkę, dostrzega się coś innego. Do takich książek, w których wiele rzeczy odkryć można dopiero z czasem, należą właśnie "Czary Marigold".
Marigold Lesley urodziła się po śmierci swojego ojca, mieszka razem ze swoją mamą - Lorraine, - oraz innymi członkami rodziny i dwoma kotami w domu o nazwie Świerkowy Obłok, Świerkowa Kępa, czyli po prostu Cloud Of Spruce. W skład jej najbliższej rodziny wchodzi prócz matki: starsza babka - osoba o bardzo wnikliwym umyśle, lubiąca krytykować innych, bardzo inteligentna, dość władcza i apodyktyczna, ale generalnie jest pozytywną postacią, niestety umiera, gdy Marigold ma kilka lat - młodsza babka - kobieta o stalowej woli, bardzo urodziwa, młodo wyglądająca, szczerze mówiąc ja jej za bardzo nie polubiłam - wujek Klondike - były żeglarz, człowiek o nieco zawadiackim poczuciu humoru i podejściu do życia- ciocia Marigold - lekarka, żona wuja Klondike'a, uratowała życie Marigold, gdy była bardzo malutka, wskutek czego dziewczynka została nazwana jej imieniem,. Poza tym ma jednak niezmierzone ilości ciotek, wujków, stryjków, babek ciotecznych, dziadków wujecznych i innych pociotków. Niektórych to wkurza, ale według mnie jeszcze bardziej ubarwia fabułę. Lesleyowie stanowią swojego rodzaju klan, także Marigold wychowywana jest w poczuciu dumy z przynależności do swojej rodziny.
Marigold jest dziewczynką obdarzoną bujną wyobraźnią, bardzo wrażliwą i oryginalną. W książce przeżywamy wraz z nią bardzo różne przygody, przyjemne i beztroskie chiwile dzieciństwa, problemy, poznajemy świat jej fantazji, który jest naprawdę ogromnie bogaty.
Marigold odbywa wizyty do różnych swoich krewnych, gdzie niemal zawsze poznaje jakieś dziecko, z którym się zaprzyjaźnia lub po prostu spędza czas, przeżywając różnego rodzaju przygody, czasami też przyjeżdżają do niej inne dzieci, jak na przykład kuzynka Gwennie, której Marigold z początku nienawidziła, bo ciotka Josephine zawsze ją do niej porównywała i stawiała jej Gwennie za wzór, okazało się natomiast, że Gwennie ma w sobie bardzo dużo ikry, wymyśla zwariowane zabawy i że można z nią fantastycznie spędzać czas, odwiedziła ją też niemniej psotna z natury rosyjska księżniczka Warwara. W książce widać wyraźnie, że Marigold ma jakąś podświadomą ambicję, żeby stać się bardzo dobrą, wątek ten pojawia się w kilku rozdziałach, najpierw Marigold odczuwa gwałtowne powołanie, żeby stać się misjonarką i jest dobra aż do bólu, a potem podczas jednej z wizyt u rodziny poznaje niejaką Paulę Pengelly, która "bawi się w religię", wciąga do tej zabawy Marigold, dziewczynki odmawiają sobie różnych przyjemności i cała ta zabawa ma dość skrajną formę, co wygląda dość śmiesznie. W ogóle Marigold jest raczej perfekcjonistką, co przejawia się nie tylko w próbach bycia "dobrą", ale także w jej wysiłkach kulinarnych, o których jest mowa w jednym z rozdziałów i które, w przeciwieństwie do bycia nieludzko dobrą, zdecydowanie nie idą na marne. Ponieważ Marigold jest jedynym dzieckiem w Świerkowym Obłoku, na co dzień nie miała za bardzo z kim się bawić, dlatego też wymyśliła sobie przyjaciółkę z wyobraźni, mimo, że młodsza babka konsekwentnie próbowała wybić jej to z głowy. Przez długi czas była to jej najlepsza przyjaciółka, lepsza od wszystkich prawdziwych dzieci, jakie znała.
Uważam, że książka ta jest bardzo dobrą lekturą i dla dzieci, i dla młodzieży, i dla dorosłych, ja zawsze mam ogromną przyjemność z jej czytania, jak i przy każdej książce Maud.
Komu mogłabym ją polecić? Przede wszystkim tym, którzy nigdy wcześniej nie czytali książek Montgomery lub czytali jedynie "Anię Z Zielonego Wzgórza", to znaczy pierwszą część tego cyklu. Także tym, którzy lubią książki Maud, a jeszcze Marigold nie czytali. Tym, którzy czytali, też polecam przeczytać po raz kolejny. Polecam tę książkę wszystkim dzieciom, ja sama przeczytałam ją w wieku mniej więcej lat 12, nie wiem, czy we wcześniejszym wieku normalne dziecko nie pogubi się w ilości krewnych Marigold i innych podobnych szczegółach, które w obfitości tam występują, ale zawsze można spróbować. Moja Zofijka jednak, która ma lat 10, myślę, że by tego nie strawiła. Poza tym mogę tę książkę polecić wszystkim dziewczynom i kobietom, wszystkie książki Lucy Maud Montgomery zdecydowanie mają właściwości kształtujące żeńskie mózgi, kształtują wszystkie mózgi, męskie także, ale żeńskie szczególnie. Poleciłabym Marigold także wszystkim tym, którzy chcieliby powrócić do chwil dzieciństwa, bądź to żeby przypomnieć sobie swoje własne szczęśliwe chwile z tego okresu, bądź, żeby czytając o stosunkowo beztroskim dzieciństwie Marigold nadrobić braki z własnego, jeśli nie było aż tak szczęśliwe. NO i wszystkim tym, którzy lubią sobie wyobrażać różne rzeczy, którzy lubią przebywać na łonie natury, ludziom wrażliwym i może nieco idealistycznym, tak jak Marigold. Aha, no i tym, którzy lubią, tak jak ja, dobrze zarysowane osobowości bohaterów książkowych.
Na koniec chciałabym się z Wami podzielić kilkoma cytatami z tej książki, na ogół nigdy nie czytam książek w ten sposób, że po ich przeczytaniu zostają mi w mózgu jakieś konkretne myśli z niej w całości, niczego też raczej z książek nie wypisuję, ale czytając Marigold po raz niewiadomo który z rzędu, zwracałam uwagę na poszczególne zdania i na zawartą w nich mądrość, albo na to, czy się z nimi zgadzam, czy nie.
"Nie przejmuj się zbytnio tym, co ludzie powiedzą. Rób, co ci się w życiu podoba, jeśli tylko będziesz mogła potem w lustrze spojrzeć sobie w twarz."
"Trwaj przy swoich marzeniach tak długo, jak będziesz mogła, Marigold. Marzenia są nieśmiertelne. Czas nie może ich zabić ani zniszczyć. Można się zmęczyć rzeczywistością, ale nie marzeniami."
"Im więcej jest w twoim życiu rzeczy, w które wierzysz, tym bardziej jest ono, jak ty to mówisz, "interesujące"."
"Jeśli będziesz gonić za mężczyzną, to ci ucieknie. Każdy ucieka, gdy jest ścigany. To tkwi w naszej naturze."
"Ciocia Clo rzeczywiście jest ciocią któregoś z Lesleyów, choć Marigold nigdy nie pamięta czyją. Nie lubi jej, tak samo jak wujek Klon, który utrzymuje, że Clo jest zbyt szpetna, by żyć. - Pod skórą jest na pewno godna miłości - powiedziała kiedyś ciocia Marigold, będąca świeżo po lekturze Kiplinga. - Niech więc ją zdejmie, u licha! - odpalił wujek."
"Najtrudniej w życiu jest być sprawiedliwą. O ileż łatwiej jest być wielkoduszną".
"Nie mogę nic na to poradzić, że podoba mi sie tyle rzeczy i jestem z tego zadowolona. Dzięki temu życie jest o wiele bardziej interesujące."

2017-08-09 19:51:44
Celtic1002
Może w końcu i tę książkę przeczytam, bo nigdy jej nie czytałam, serio. :)
2017-08-09 20:00:04
hazel96
Brzmi ciekawie. Naprawdę ładna recenzja. :D
2017-08-10 14:48:50
moozgish
Dziękuję. :)
2017-08-10 15:43:33

Wczorajsze miłe rzeczy.

Witajcie!
Wczoraj spotkało mnie dość dużo miłych rzeczy.
Pierwszą miłą rzeczą było to, że wreszcie się wyspałam. Niestety znowu miałam jakieś przedziwne koszmary, ja nie wiem, skąd mój mózg to bierze, ale ale mimo to się wyspałam, bo ostatnio jakoś mi to nie wychodziło i już tak trochę łaziłam jak Zombie.
Zofijce zdjęli gips. Na pogotowiu mówili, że będzie sześć tygodni, ale pojechały wczoraj z Mamulką na chirurgię i tam jej zdjęli, żeby zrobić prześwietlenie i okazało się, że nie będzie już potrzebny, założyli jej stabilizator, czy też raczej, jak twierdzi Zofijka, stalibizator, którego ma nie zdejmować w ogóle i musi cały czas chodzić o kulach, żeby tej nogi nie przeciążać, zwłaszcza, że jeszcze ją to kolano boli.
Wczoraj były urodziny Cornelisa Vreeswijka, obiektu mojej trzeciej fazy, któremu wczoraj poświęciłam wpis. Sam fakt, że były wczoraj jego urodziny, jest dla mnie miłą rzeczą, przy okazji też w szwedzkim radiu zrobili reportaż o Vreeswijku, którego pierwszej części wczoraj słuchałam i jak już pisałam aż się rozkleiłam, natomiast na stronie Dagens Nyheter pojawił się quiz o Vreeswijku, który ja postanowiłam zrobić i, o czym również pisałam, nie znałam odpowiedzi tylko na jedno pytanie, choć sama nie wiem, czy to dobrze, czy świadczy to o jakimś moim fiśnięciu, no ale tak już jest ze wszystkimi moimi fazami.
Był to dzień ważny także dla obiektu mojej czwartej fazy, o którym jeszcze Wam kiedyś napiszę osobny wpis, na razie powiem tyle, że obecnie odbywa się taki bardzo ważny walijski festiwal Eisteddfod, w którym między innymi on bierze udział, no i wczoraj miał taki wielki koncert, który, ku mojej niebotycznej wdzięczności, transmitowało BBC Radio Cymru.
Zrobiłyśmy sobie też wczoraj bardzo fajny wieczór z Mamulką, jak to moja Mamulka określiła, wieczór filmowy, nic fajnego w TV nie leciało, ale my i tak miło spędziłyśmy czas, bardzo fajnie się nam nawijało, jadłyśmy różne rzeczy, które zostały z kolacji, którą Mamulka robiła w weekend dla naszych sąsiadów, bo ich zaprosiliśmy, Mamulka zawsze przy jakichś takich okazjach wystawi na przykład oliwki, albo kapary, żeby było tak elegancko i w ogóle, ale okazało się, że oni chyba tego nie lubią, tym lepiej dla nas, bo został cały słoik oliwek i pełno papryczek chilli i w ogóle różnych takich rzeczy, piłyśmy też martini, Mamulka też, co prawda kiedyś mówiła, że zawsze ją po nawet malutkich ilościach alkoholu boli mózg, więc się zdziwiłam, ale Mamulka stwierdziła, że mózg jej nie będzie bolał, no i nie boli chyba, bo wszyscy by raczej wiedzieli. :P
Jeździliśmy sobie wczoraj z Tatulem po Laponii. Na mapach Google oczywiście, już Wam pisałam, że bardzo często zwiedzamy świat w ten sposób.
No i kończyłam wczoraj czytać "Magic For Marigold", o której również już Wam pisałam, wiele radości mi sprawiło czytanie tej książki, jak zawsze z Montgomery, zaraz będzie jakaś tam recenzja.



2017-08-09 18:30:55

2017-08-09 18:31:49
Celtic1002
Miałaś bardzo dużo miłych rzeczy. :)
2017-08-09 19:09:52

Cornelis Vreeswijk - Grimasch Om Morgonen.

Wreszcie się na coś zdecydowałam. Myślałam o czymś bardziej niekonwencjonalnym, ale w końcu wybrałam moją najbardziej ulubioną piosenkę Cornelisa o tytule "Grimasch Om Morgonen". Najbardziej podoba mi się w niej text, który jest dość smutny i cyniczny, ale piękny, ale wszystko w niej jest piękne. Ciekawa jestem jak zwykle Waszych opinii. :)
2017-08-08 18:20:48
Celtic1002
Ja to znam. :D To jest naprawdę ładne. :)
2017-08-08 19:02:32

Wpis o Cornelisie z Drimolandii.

Opowiem Wam trochę o Vreeswijku, opowieść będzie długa, o Jego życiu jak i twórczości. W jakieś bardzo szczegułowe rzeczy wchodzić nie będę, ale nie będę ograniczać się też wyłącznie do przedstawienia suchych faktów o Cornelisie. Pokażę Wam też moje tłumaczenia Vreeswijka, chociaż to bardzo górnolotne określenie. One wciąż są przeze mnie doskonalone i myślę, że sporo czasu upłynie, zanim naprawdę będę mogła być z nich dumna. "Kołysanka Dla Bim…" najprawdopodobniej ma kilka błędów, "Niebieski Sen" nie jest cały, tylko półtorej zwrotki, a wiersz "Apollinaire" przetłumaczyłam bardzo dosłownie i wydaje mi się, że dość sucho, po prostu tak jak było, tak przetłumaczyłam, ale innego pomysłu nie miałam. Wiersz ten jest biały, a do tego króciutki więc większych problemów mi co prawda nie sprawił, ale mojej polskiej wersji daleko do oryginału. No ale tak to już jest z genialnymi ludźmi jak Cornelis, że nikt ich nie pobije.
Cornelis urodził się 8 sierpnia 1937 roku, swoją drogą kiedyś słyszałam, jak jeszcze zgłębiałam tajniki astrologii, że jak ktoś się urodzi w urodziny miesiąca, czyli np. 1 stycznia, 2 lutego, 3 marca itd. to ma duże szanse na to, że będzie genialny. Ile w tym jest prawdy tak ogólnie to nie wiem, ale u Vreeswijka się sprawdziło. I pomyśleć, że ja miałam się urodzić 2 lutego. Stety lub niestety tak się nie stało i urodziłam się dzień wcześniej. Urodził się oczywiście w Holandii, jak już pisałam w pierwszym wpisie, dokładnie w Ij Muijden, w gminie Velsen, w prowincji Holandia Północna. Ij Muijden to miasto portowe, więc praktycznie nad samym morzem. Jego tatuś - Jacob Vreeswijk - był kierowcą i właścicielem firmy transportowej, a mamusia - Jeanne -z którą Cornelis miał podobno bardzo dobrą relację, zajmowała się domem. Cornelis był ich pierwszym dzieckiem, miał jeszcze trzy siostry: Marianne, Idę i Toni. Jak chyba wszystkim wiadomo, dwa lata później - 1939 - nastąpiło cóś tak strasznego jak II Wojna Światowa i Jacob Vreeswijk miał jakiś problem ze swoją firmą, nie wiem, czy mu ją Niemcy zabrali, czy co z nią zrobili, w każdym razie był z tym jakiś problem. Rodzice Cornelisa chcieli go ochraniać przed nazistami, i tu jest dla mnie kwestia bardzo niejasna gdyż: w tym właśnie czasie panowała u nich epidemia gruźlicy, i wiele dzieci w wieku Cornelisa stało się jej ofiarami, nie wiem jednak jak rzecz się miała z Nim samym, ponieważ rodzice ukryli go w klasztorze w Ij Muijden i wszystkim mówili, że to dlatego, że miał gruźlicę. Jednak spotkałam się z wersją, że tak naprawdę nie miał gruźlicy, tylko jego rodzice wymyślili taki powód, żeby był bezpieczny podczas wojny, z kolei jednak gdzie indziej pisze, że przez jakiś czas musiał walczyć o życie. I komu tu wierzyć? Jedno jest pewne, że w czasie wojny był w klasztorze, chociaż on i jedno z jego rodziców (chyba tatuś) byli protestantami. Ij Muijden jest - a przynajmniej wtedy było miejscowością - w której żyli zarówno katolicy i protestanci i obie te religie swobodnie mogły tam szerzyć swoją kulturę, a ludzie mogli bez problemu wyznawać albo to, albo to i nikt nikomu pod tym względem nie przeszkadzał. Cornelis kiedyś nawet wspominał, że tam nastąpił pierwszy jego świadomy kontakt z wiarą katolicką, ale i z muzyką, bo codziennie słyszał, jak siostry śpiewały i twierdził, że to było magiczne. On tam był na jakiejś specjalnej diecie, nie mam pojęcia dlaczego, może przez tą gruźlicę czy coś, no w każdym razie one go strasznie tłusto karmiły, co się oczywiście skończyło w dość jasny sposób. Słyszałam też dość nieprawdopodobną historyjkę o tym, że kiedy wojna się skończyła i mamusia po niego przyjechała, musieli go do domu ciągnąć na taczce, bo nie mógł się udźwignąć na nogach, co oczywiście wzbudziło rozbawienie innych dzieci.Hm, mało wiarygodnie to wygląda, no ale dobra, tak słyszałam. No cóż. Takie jest życie. W ogóle on tam w tym całym skichanym klasztorze mógł się widzieć z mamusią i z babcią tylko przez kratki i bardzo rzadko. Straszne. A On twierdzi, że miał szczęśliwe dzieciństwo. Tymczasem podczas gdy Vreeswijk jeszcze znajdował się w klasztorze, nasz szanowny Jacob Vreeswijk wyjechał sobie szukać szczęścia w świecie, a konkretnie w Szwecji. I chyba je znalazł, bo jak wrócił do Holandii, to stwierdził, że chciałby się tam przeprowadzić. Mamusia chyba na początku nie bardzo była zadowolona, zwłaszcza, że od urodzenia Cornelisa przyszły na świat jeszcze dwie dziewczynki - Ida i Marianna - które były malutkie, ale w końcu najwidoczniej dała się namówić, bo wyemigrowali do Szwecji. Było to dokładnie w 1949 roku, Cornelis miał wtedy dwanaście lat. W trzy lata później urodziła się jeszcze Toni. Oczywiście nikt z nich - a przynajmniej na pewno nie Cornelis - nie umiał mówić po szwedzku. To oczywiście bardzo utrudniało komunikację z ludzkością, mimo że holenderski i szwedzki mają troszkę wspólnego, z racji na spokrewnienie z językami starogermańskimi czy jak im tam i mimo, że Cornelis całkiem dobrze znał angielski, no ale w desperacji zaczął się uczyć szwedzkiego. Najpierw w bardzo ciekawy sposób, czytając komixy, aż w końcu poszedł do szkoły. Wcale nie do jakiejś przygotowawczej czy cóś. Do normalnej szwedzkiej szkoły z normalnymi szwedzkimi dziećmi, chociaż mówił po szwedzku chyba dość słabo. Przełom nastąpił gdy kiedyś mieli cóś tam czytać o witaminach. Hmm, tu nie wiem jak to Wam dobrze wyjaśnić. Zarówno po szwedzku i holendersku witamina pisze się tak samo: vitamin. Ale po holendersku v czyta się jako f, czyli będzie fitamin. Za to w Szwecji fitta, czyli słowo brzmiące dość podobnie to jest tyle co (z góry sorry za wulgarność) cipa. No i Vreeswijk zamiast vitamin powiedział fitamin, a wiadomo jak to dzieci w tym wieku, takimi rzeczami się jarają, zresztą myślę, że nie tylko dzieci w tym wieku, ale one najbardziej, no i zaczęły się oczywiście śmiać. To go tak strasznie przybiło, że w końcu Jacob Vreeswijk znalazł mu nauczycielkę, którą była niejaka Nina Sp?nberg czy jakoś tak się ona zwała i która za wiele problemów z nim chyba nie miała, bo z tego co wiem, już po pół roku nauki umiał się biegle porozumiewać szwedzką nawijką. Też tak chcę. Może gdybym się urodziła dzień później, ze mną byłoby podobnie? Cóż. Niektórzy opowiadają historyjki, że już wtedy Cornelis fascynował się szwedzką literaturą, co najprawdopodobniej jest prawdą, niemniej jednak śmiem wątpić, że była to literatura klasyczna, jak któś stwierdził, bo myślę, że dwunastoletnie dziecko, zaczytujące się szwedzką klasyką, choć rzeczywiście musi być niesamowicie inteligentne, musi być też nudne i zamulaste. Wyobraźcie sobie na przykład polskie dziecko w tym wieku czytające Mickiewicza, i to tak z pasją. A cornelis zamulasty nie był w żadnym razie. Można o nim dużo mówić, ale na pewno nie da mu się w żaden sposób zarzucić nudności i zamulastości. A czas leciał, i Vreeswijk coraz bardziej uwielbiał muzykę i szwedzką literaturę. Najchętniej słuchał niejakiego Josha White'a, to jest jakiś gościu od jazzu, nic bliższego Wam nie powiem, bo jazz jest mi tak obcy jak istoty żyjące na Jowiszu, o ile w ogóle istnieją, no chyba, że mówimy o jazzie w twórczości Cornelisa. Z czasem słuchał też dużo bluesa, muzyki szwedzkiej i francuskiej, rocka i w ogóle. W kwestii literatury z kolei najbardziej fascynował się Carlem Michaelem Bellmanem, który był także pieśniarzem, i którego utwory później niejednokrotnie wykonywał, Nilsem Ferlinem itd. Kształcił się na pracownika socjalnego, chciał zostać dziennikarzem, ale na studiach coraz bardziej pochłaniała go muzyka. Sam nauczył się grać na gitarze i często grał na rużnych spotkaniach studenckich. Pierwszy odkrył go Fred ?kerström, którego ja nie lubię, a którego bardzo często porównuje się z Vreeswijkiem, bo podobno robią podobną muzykę. Fred zaproponował mu, żeby pojechał z nim w tourne po Szwecji. W raz z nimi pojechała też Ann-Louise Hansson. Fred chciał, żeby Cornelis pisał mu piosenki. Na koncertach publiczność od razu pokochała Cornelisa, który śpiewał zarówno solo Swoje własne piosenki jak i z Fredem i Ann-Louise. Część piosenek, które śpiewali razem, była również autorstwa Vreeswijka o ile się nie mylę. Z tego okresu pochodzą Jego piosenki "Brev Fr?n Kolonien" (List Z Kolonii) bardzo śmiszna piosenka, "Mordar-Anders" (Zabujca Anders), "Teddybjörnen" (Miś) czy "Milan" (Młynarz), które rozśmieszały ludzi. I tak się rozpoczęła popularność Vreeswijka. Potem Fred skontaktował Go z producentem Andersem Burmanem, któremu Vreeswijk zaśpiewał swoją piosenkę "Häst-P?-Tacket-William" i podpisał kontrakt z wytwórnią Metronome czy jak się tam ona zwie, i z nią współpracował najdłużej. Pierwszy album Cornelisa nazywa się (Ballader Och Oförskämdheter" (Ballady I Obelgi) to się chyba tłumaczy czy jakoś tak, i pojawił się w roku 1964. Oczywiście wielka furora, no i słusznie, bo cały album jest genialny począwszy od "Ballad P? En Soptipp" (Ballada Na Śmietnisku" aż na kołysance dla Jego synka - Jacka - kończąc, swoją drogą genialnie się przy niej zasypia. Potem pojawił się album "Ballader Och Grimascher". Co to jest grimasch to jak któś chce się dowiedzieć, to niech się pyta Vreeswijka, a jak się dowie to niech mi powie, bo ja nie wiem. Wydaje mi się, że nawet wcześniej coś takiego jak grimasch nie istniało, dopóki Cornelis tego nie wymyślił, wiem tylko jedno, że piosenka o tytule "Grimasch Om Morgonen" jest przecudowna, więc grimasch musi być czymś genialnym. Następnie pojawił się również świetny album "Grimascher Och Telegram". W roku 1968 zaś "Tio Vackra Visor Och Personliga Persson" (Tio Vackra Visor to dziesięć pięknych pieśni, a "Personliga Persson" to ostatnia piosenka na tym albumie, dosłownie tytuł tłumaczy się jako prywatny Persson, jest to o koledze Vreeswijka, który miał na nazwisko Persson, ale ponieważ jest to bardzo popularne nazwisko w Szwecji, stwierdził, że jest zbyt prozaiczne i zmienił je na Person, co, jak się zapewne domyślacie, oznacza osobę. Według mnie jest to jeden z lepszych albumów Vreeswijka. Kolejny zasługujący na uwagę albumik to "Cornelis Sjunger Taube", na którym znajdują się piosenki niejakiego Everta Taube w wykonaniu Vreeswijka. Potem pojawił się następny świetny albumik, nagrany podczas koncertu w Geteborgu "Cornelis Live". Potem pojawiło się jeszcze między innymi "Fr?n Narrgnistor Och Transkriptioner Och Linneas Fina Visor", "Vildhallon" (czyli Dzika Malina), "Movitz, Movitz" (Movitz to bohater carla Michaela Bellmana z tomu Fredmans Epistlar, polski przekład nazywa się "Fredmanowe Posłania", i na tym albumie znajdują się utwory Bellmana w wersji Cornelisa". Kolejny genialny album to "Felicias Svenska Suit" (Felicia to bohaterka piosenek Vreeswijka,która jest jednocześnie przede wszystkim bohaterką książki "Varulven" (Wilkołak) norweskiego pisarza duńskiego pochodzenia, Axela Sandemose, no i właśnie Felicia tak zainspirowała Vreeswijka i piosenka Felicia Adjö powstała w Brazylii, podczas gdy Cornelis grał w filmie "Svarta palmkronor" (Czarne korony palm) Po Felicii pojawił się kolejny album "Turistens Klagan" (taki tytuł ma też piosenka Cornelisa znajdująca się na tym albumie. Turistens Klagan to Lament Turysty). Potem powstał album "Cornelis Sjunger Victor Jara", na którym Vreeswijk śpiewa piosenki chilijskiego artysty Victora Jara, po szwedzku oczywiście, ale nie wszystkie i nie w całości są po szwedzku, zresztą sam je na szwedzki przetłumaczył. Potem był bardzo dobry albumik o tytule "En Spjutkastares Visor", potem jeszcze "Hommage Till Povel" (album ów jest hołdem dla niejakiego Povela Ramela, również szwedzkiego artysty, bardzo cenionego w swej ojczyźnie). KOlejny album nazywa się "Mannen Som Älskade Träd" (Człowiek, który kochał drzewa) i powstał w Norwegii, niemniej jednak jest tak samo szwedzki jak wcześniejsza i późniejsza szwedzkojęzyczna twórczość Cornelisa. Ostatni album (1987) powstała miesiąc przed śmiercią Vreeswijka. Nazywa się "Till Fatumeh" (Fatumeh to forma imienia Fatima, a ona sama wywodzi się z kolei z książki niejakiego Gunnara Ekelöfa "Sagan om Fatumeh" (Bajka o Fatumeh). ). Oczywiście wszystkich albumów było jeszcze więcej, poza tym Cornelis jeździł także do Holandii i tam też tworzył muzykę również bardzo dobrą. Poza tym przez jakiś czas jeździł sobie głównie po Europie (acz nie tylko), a nawet przez jakiś czas mieszkał w Belgii, we Francji, w Danii.
Jeszcze trochę o Jego życiu Wam opowiem. Jakoś w latach sześćdziesiątych, Vreeswijk poznał Ingalill Rehnberg, która była pielęgniarką w szpitalu psychiatrycznym, i została Jego żoną i urodziła mu synka w roku 1964, który nazywa się Lars Jacob, czyli w skrócie Jack. W tym czasie zaczynają się przygody Cornelisa z używkami: alkohol, szlugi, dextryna i różne leki w stylu Neospazmina. Też mniej więcej w tym czasie Vreeswijk zagrał w filmie "Svarta Palmkronor" o którym już wspominałam, z akcją w Brazylii. Wiem też, że gdy był w związku z Ingalill, to kupił sobie i jej jakąś łódź, czy jacht, czy coś takiego, i sobie tam mieszkali, ale wszystko im się zatopiło. Bliższych szczegółów nie znam. O tym opowiada zresztą piosenka "Jag hade en g?ng En Bat" (Miałem kiedyś łódź), która jest co prawda tłumaczeniem jakiejś angielskiej piosenki, a w każdym razie ma jej melodię i podobny styl, ale w Szwecji uchodzi za piosenkę Vreeswijka i jest i powinna być traktowana raczej odrębnie. Zrobił ją z Ann-Louise Hansson. Cornelis kilka razy wylądował w więzieniu. Potem Jemu i Ingalill zaczęła się sypać relacja, w związku z czym się rozwiedli. Jack został z Tatusiem. Cornelis ponoć zarabiał dość dużo, ale jak któś gdzieś stwierdził, "pieniądze jakoś dziwnie szybko znikały", nie płacił w ogóle podatków, twierdząc, że nie będzie utrzymywać tych wszystkich oszustów, czyli szwedzkiego rządu. W związku z tym był zadłużony straszliwie, i nie miał zbyt lekko, no więc stres sobie w wiadomy sposób rozładowywał, za pomocą dextrynki, szlugów i innych takich "dobrodziejstw" natury. Z Jackiem wyjechał do Holandii, sam został tam przez jakiś czas, ale Jack został tam na dłużej, i mieszkał chyba u babci. To bardzo dobrze dla niego, tak uważam. Może się Wam wydawać tak jak mi z początku, że ten biedny Jack musiał mieć strasznie trudne życie z takim genialnym Tatusiem, ale Jack mówi, że otrzymał od niego wiele miłości, i co ciekawe, zawsze czuł się bezpiecznie przy Swoim crazy Tatusiu, z którym nigdy nic nie wiadomo. Mama Jacka ułożyła sobie życie z jakimś innym facecikiem i ma o ile pamiętam dwójkę dzieci: Katję i Teodora, a Vreeswijk znalazł sobie taką jedną Bim. Bim Warne. Ale Bim to jej pseudonim artystyczny, bo Bim jest aktorką. Naprawdę nazywa się Birgitta Gunvor Linnea Warne. Możliwe więc, że Linnea, do której Cornelis adresował niektóre Swoje piosenki to właśnie Bim. Bim opisuje swój związek z Cornelisem jako fascynujący, a zarazem jako drogę między niebem a piekłem. Zamieszkali gdzieś tam w jakiejś willi, po której raczej można by się domyślać, że Cornelis jest kapitalistą, a nie komunistą, chyba w Alings?s no ale ważne, że dobrze im się żyło.. Bim jest w ogóle ogromnym źródłem informacji o Vreeswijku, żyła z nim chyba najdłużej. Gdy Cornelis był z Bim, stał się już naprawdę uzależniony od dextryny, a ona robi naprawdę spustoszenie w psychice (dextryna, a nie Bim, tak w razie gdyby któś miał wątpliwości), w dodatku niewykluczone, że miał też jakieś predyspozycje do tego, żeby ześwirować, w sensie genetyczne czy cóś, w związku z tym zaczęła mu się robić paranoja i w ogóle. Przede wszystkim jednak był dosłownie chory z zazdrości. Mądrzy ludzie nazywają to zespołem Otella. Nie mógł pozbyć się myśli, że Bim ciągle go zdradza, i zawsze chciał ją kontrolować. Jednocześnie wiedział, jak bardzo jest to nieracjonalne, ale nie mógł się pozbyć takich dziwnych przeczuć. To musiało być straszne. A Bim nie mogła mu niczego wyperswadować, a nawet jak, to tylko na jakiś czas, bo przecież według Niego ona może równie dobrze cały czas Go oszukiwać. Więc dla Bim to też było bardzo bolesne, ale dlatego starała się mu jak najczęściej okazywać swoje uczucia, bo nawet nie pomyślała o tym, żeby zdradzić Cornelisa. W filmie o Cornelisie jest nawet taka scena, że on jeszcze przed ślubem z Bim siedzi sobie w domu, i wraca Bim z jakiegoś tam klubu książki czy czegoś takiego. Vreeswijk się jej pytał, co robiły i o czym rozmawiały i w ogóle, a ona mówi, że nic specjalnego, jak zwykle o książkach. No to Cornelis stwierdził, że skoro jest taka powściągliwa, to na pewno nie tylko, bo te wszystkie lesbijki (miał na myśli koleżanki Bim) na pewno się jej pytały, dlaczego ona wychodzi za takiego piiiip jak On. Oczywiście to nie była prawda, ale ona nie umiała Mu tego wytłumaczyć, też się zirytowała no i się pokłócili, chociaż Vreeswijk był taką osobistością, która raczej unika konfliktów. Niemniej jednak mam takie wrażenie (jak najbardziej osobiście, nie wiem czy tak było), że mimo tak ogromnych trudności z Bim było Mu najlepiej. Do tego jeszcze dochodził fakt, że według wielu osób z jego otoczenia miał trudności z nawiązywaniem trwałych relacji z ludźmi i rzadko się przed kimś umiał otworzyć, bo podobno wcześniej wiele razy był przez ludzi oszukiwany, dlatego obawiał się, że taka sytuacja może się powtórzyć. Najgorsze jest kurczę to, że mimo wszystko takie sytuacje dość często się zdarzały. Życie. Potem rozwiódł się także z Bim, ale to już odrębna, długa historia. Przez jakiś czas był sam, (przynajmniej formalnie…) aż potem ożenił się z niejaką Anitą Ströndell, piosenkarką, z którą też troszeczkę współpracował. O tym etapie jego życia nie wiem właściwie nic. Gdy rozwiódł się z Anitką, pojechał sobie do Kopenhagi, chociaż właściwie powinnam dodać, że oni razem też dużo podróżowali, w szczególności po Brazylii, i gdy pojechał do Kopenhagi, żeby rozwijać Swoją genialną karierę, tam zdiagnozowano u niego cukrzycę. W związku z tym koniec z chlaniem, bo inaczej nie przeżyje dłużej jak pół roku. Jednak nawet cukrzyca ma jakieś dobre strony, a raczej presja, jaką wywiera na ludzi swoim istnieniem. Po dwóch latach okazało się coś jeszcze straszniejszego, Cornelis miał raka wątroby, no i nic się z tym nie dało zrobić, bo to już się bardzo rozwinęło. W związku z tym ostatni Jego album, charyzmatyczna "Till Fatumeh" została w dużej części stworzona w bardzo inspirującym do działania miejscu, w szpitalu. Aha, jeszcze wcześniej odbyło się coś bardzo znaczącego dla Vreeswijka. W lipcu 1987 roku pojawił się na festiwalu w Roskilde w Danii, pomimo iż był już bardzo wyniszczony. Potem Jego sława i popularność gwałtownie wzrosła, szkoda tylko, że tak długo rosła, że od Roskilde zdążyło upłynąć prawie pół roku, w związku z tym Vreeswijka nie było już wśród żywych i dopiero wtedy cała Szwecja się obudziła do życia i zaczęła wielbić Vreeswijka. Jeszcze w ostatnich miesiącach Jego życia ludzie nie byli Mu aż tak przychylni, aczkolwiek miał też trochę bezkrytycznych, pełnych uwielbienia fanów, ale trochę miał ich zawsze. Umarł jednakże w samotności, w Sztokholmie 12 listopada 1987 roku i został pochowany na Cmentarzu Katarzyny również w Sztokholmie. Pod koniec życia jak mówi Jack, miał jeszcze większe objawy paranoiczne. Matko, straszne, prawie w ogóle nie ufać ludziom. No ja nie mówię, żebym była jakimś bardzo ufnym stworzeniem, niee, w ogóle, ale tak kompletnie nikomu? Myśleć że wszyscy są źli i okropni? Niee nie mogę o tym myśleć. A jak mówią o Vreeswijku Ingalill i Bim? Ich opinie o Vreeswijku się pokrywają. Ingalill twierdzi, że choć na scenie Vreeswijk wykazywał się niesamowitą charyzmą i samokontrolą, co zresztą wszyscy wiedzą, to znaczy wszyscy, którzy wiedzą coś o Vreeswijku i chociaż byli osobiście na Jego koncercie, albo słuchali, i chociaż zawsze dobrze wiedział czego chce jeśli chodzi o muzykę, nigdy też nie było tak, że dawał Sobą rządzić jakimś tam producentom czy menadżerom, to jednak w życiu prywatnym było zupełnie inaczej. Jak to w życiu. Wszystkie maski opadają i jesteśmy po prostu Sobą. A Vreeswijk był porządnie, OOSTRO zakomplexiony, chociaż ja naprawdę nie rozumiem dlaczego, wielu ludzi poza tym uważa, że był mizoginem, swego czasu ja również nie mogłam z całą pewnością stwierdzić, że nie, ale to jest niemożliwe. Jak by któś nie wiedział, to mizogynia to jest nienawiść do kobiet. Ale to może być co najwyżej ginofobia, czyli po prostu lęk, albo zwyczajny skutek zakompleksienia. W twórczości Cornelisa jakże często pojawiają się konkretne kobiety: Ann-Katrin, Felicia, Veronica.., jak i motyw kobiecości. Po cóż miałby się z kimkolwiek żenić, no a poza tym jeśli już nawet by to zrobił, to chyba taka Bim nie miałaby z tego okresu takich wspomnień, jakie ma… Poza tym, jak się pozna jakiegoś mizogina, to sprawa staje się naprawdę jasna. Cornelis miał bardzo dobre relacje z płcią przeciwną w życiu zawodowym, ale kiedyś powiedział, że te wszystkie kobitki, które go oblegają na koncertach, nawet się nie domyślają, z kim tak naprawdę mają do czynienia. Poza tym Ingalill twierdzi, że był bardzo niepewny siebie, i nawet sobie czasami nie ufał, Boooże ja bym w takiej sytuacji chyba doszczętnie zwariowała. Jak tak można żyć? Jak można chociaż przez chwilę czuć się szczęśliwym, skoro z każdej strony widzi się jakieś zagrożenie? Okropność. Według niej miał też problem z podejmowaniem decyzji, co wobec powyższego nie powinno nikogo dziwić. Bim mówi bardzo, bardzo podobnie. Że Vreeswijk był bardzo wrażliwy, śmiem twierdzić, że troszkę nadwrażliwy, i bardzo łatwo było Go urazić, a jednocześnie, co wszyscy wiedzą, miał ogromny dystans do siebie, co jest zjawiskiem ciekawym, miał w ogóle dystans do wszystkiego i wszystkich, oraz specyficzne, genialne poczucie humoru. I to właśnie ze względu na swój dystans właściwie do wszystkiego, oraz genialne poczucie humoru jest tak rozpoznawalny i popularny w Szwecji, Szwedzi to nawet czasami normalnie w codziennym życiu cytują Vreeswijka. Wiem, bo widziałam, a właściwie słyszałam. Jak zaobserwowałam, ostatnio całkiem sporo ludzi próbuje jakoś podobnie do niego pisać, z różnym skutkiem naprawdę, ale podrobić nie idzie. Chętnie też dzielił się zawsze z innymi. Bim mówi, że Cornelis unikał konfliktów, choć niektórym może być w to trudno uwierzyć, na pewno przeciętni ludzie ze Szwecji mogą mieć ten problem, bo cały czas w mediach krąży opowieść, jak to Vreeswijk rzucił się z nożem na transwestytów. Ja uważam, że dobrze zrobił. To znaczy gdyby ich zabił to nie, a poza tym gdyby on nie zrobił tego co zrobił, to by w ogóle nie musiał ich ścigać z nożem, ale uważam, że dobrze zrobił. Była to taka sytuacja, że Cornelis był sobie na jakiejś imprezie, oczywiście napity. No i widzi jakieś babki, gada sobie z nimi i zaprosił je do siebie do domu. Przyszli, no i jak to bywa po pijaku, przystąpili do kopulacji. Niezbyt mądrze, prawda? Zwłaszcza, że jak się chwilę później okazało, to nie były one, tylko oni, no to się nasz Vreeswijk wkurzył, oni zaczęli uciekać, a on ich gonić z nożem. Cornelisawsadzili do kicia, a Ci sobie dalej biegali na wolności. Że Vreeswijka wsadzili, no to OK, bo jakby nie było grożenie komuś nożem jest niezgodne z prawem, ale ich też powinni, za oszustwo. No ale Cornelis sobie z więzienia uciekł. Sprawa dawno ucichła, a ludzie w szwedzkich mediach nadal trąbią, że Vreeswijk propaguje homo i transfobię, gdyż po tym wydarzeniu, żeby odreagować, napisał piosenkę "Balladen Om Hursom Don Quixote Gick P? En Bl?sning". No niech sobie propaguje, w Szwecji to się przyda, bo ci ludzie niedługo zaczną twierdzić, że skoro źle się czują z własną płcią, to może powinni być zwierzętami, i będą się ubierać w sierści i robić sobie operacje plastyczne i inne takie rzeczy, żeby się bardziej "uzwierzęcić" hahaha. To się nazywa nowoczesność. Porażka. Nawet mój Tatul się ze mną zgodził pod tym względem, jak mu o tym opowiedziałam, no ale oczywiście ja innej reakcji nie oczekiwałam. Aale swoją drogą on musiał być nieeźle nawalony, skoro się nie skapnął, że te baby jakieś dziwne są. Przecież nawet jeśli oni zrobili sobie te całe dziadowskie operacje, nie wiem, czy wtedy było to możliwe, to jednak pewne cechy z facetów i tak im pozostaną. Ja Cornelisa uwielbiam za spostrzegawczość w obserwowaniu ludzi między innymi, ale w tym przypadku się nią za bardzo nie wykazał. W każdym razie Bim twierdzi, że właśnie ogólnie nienawidził wszelkich konfliktów, a jak na ironię chyba w życiu często zdarzało mu się uczestniczyć w sytuacjach konfliktowych. Jednak mówi też Bim, że czasami jak już się wkurzył, to od razu był w strasznej furii. Hm, nie zdziwiłabym się w takim razie, jakby kiedyś zaczęło walić gromami, bo Vreeswijk jest wkurzony. No cóż :D Co do Jacka Vreeswijka, to aktualnie jest on następcą Swojego Tatusia i jest prawie, praawie tak samo genialny. Ale na szczęście na swój sposób, nie małpuje tylko i wyłącznie swojego Tatusia i nie zbiera laurów tylko za to, że jest jego synem, jak to dużo dzieci sławnych ludzi ma w zwyczaju. Ale kiedyś Jack był rzeźnikiem.
No to wrzucę Wam te moje tłumaczenia wraz z oryginałami. Kołysanka Dla Bim jest w wersji poprawionej po raz chyba setny, więc nie razi aż tak strasznie błędami jak kiedyś.
"Vaggvisa För Bim, Cornelis Och Alla Andra Människor P? Jorden"
Nu sover Staffan, nu sover Stina
Bikupan sover, i den sover bina
Taxen sover i korgen
Glödjen sover och sorgen
Bara mörkret är vacket
M?lar svart över tacket.
Om allt här i världen ber man om lov
Men man sover i frihet s? sov… Sov… Nu sover Kenneth, nu sover Marit
Glömmer fabriken bort har de farit
Bort fr?n stressen och ekonomin
Bort fr?n hyran och hysterin
Bort fr?n oror för barnen
Bort fr?n grottekvarnen.
Om allt här i världen ber man om lov
Men man sover i frihet s? sov… Sov… Nu sover Lasse, nu sover Pia
Drömmen är fri, s? nu är de fria
Dansar i lingonriset
Slipper tänka p? priset
Nu drömmer Greta och Elis
Nu drömmer Bim och Cornelis.
Om allt här i världen ber man om lov
Men man sover i frihet s? sov… Sov… Kołysanka dla Bim, Cornelisa I Wszystkich Innych Ludzi Na Ziemi.
Teraz śpi Staffan, teraz śpi Stina
Śpi ul, w nim cała pszczela rodzina
W swoim koszu śpi jamnik
Śpią smutki z radościami
Ciemność wokół się snuje
Czerń na dachach maluje.
I choć na tym świecie wolnośći brak.
To człowiek wolność odzyskuje w snach. Więc śpij… Śpij… Teraz śpi Marit, teraz śpi Kenneth
Odeszły od nich troski codzienne
Wolni od stresu, frasunku
Czynszu, histerii, rachunków
Wolni od troski o dzieci
I czas im spokojniej leci.
I choć na tym świecie wolności brak
To człowiek wolność odzyskuje w snach. Więc śpij… Śpij… Teraz śpi Lasse, teraz śpi Pia
Sen im w beztroskiej wolności mija

Tańczą pośród żurawin

Nie martwią się cenami
Teraz śnią Greta i Elis
Teraz śnią Bim i Cornelis.
I choć na tym świecie wolności brak
To człowiek wolność odzyskuje w snach. Więc śpij, śpij.

Przed wrzuceniem "Niebieskiego Snu" jestem Wam winna wyjaśnienie. W tej piosence pojawia się niejaki John Blund. Czy wiecie, kto to jest Piaskowy Dziadek? W razie, gdyby nie, to Wam powiem, że Piaskowy Dziadek, to w wielu krajach europejskich taki stwór, który w nocy przychodzi do dzieci i sypie im piaskiem w oczy, żeby zasnęły, i wkłada im sny pod poduszkę. Swoją drogą bardzo inspirująca postać. Piosenkę o Piaskowym Dziadku zrobiła też Enya, i jest naprawdę nieziemsko piękna, nazywa się po prostu "Song Of The Sandman", Metallica też ma piosenkę pod tytułem "Enter Sandman". Jedna z Baśni Andersena ma tytuł "Olle Zmróż Oczko". Tak się nazywa duński odpowiednik Piaskowego Dziadka. Olle Zmróż Oczko. A szwedzki Piaskowy Dziadek nazywa się John Blund, od blunda, zamykać oczy. Niestety udało mi się przetłumaczyć zaledwie półtorej zwrotki, jak już napisałam wyżej, więc z oryginału też wklejam tylko pół zwrotki.
"Den Bl?a Drömmen"
Varje kväll när lampan slocknar
och natten ska falla p? s? knackar John Blund p? dörren
s? tyst och försiktigt s?.
Han tassar in genom dörren
i sina sömniga skor
och sätter sig fint vid sängen i rummet där du bor.
Han har en s? sömnig mössa,
den är full av sömnig sand.
Han ger dig en sömnig kaka
med sin sömniga lilla hand.
Niebieski sen.
Gdy wieczorem światło gaśnie
I noc zapada już
Ostrożnie i delikatnie
Puka do Ciebie John Blund
On w swoich sennych butkach
Podchodzi cicho do drzwi
I siada wygodnie na łóżku
W pokoju, w którym śpisz.
On ma pełen sennego piasku
Kapelusz cały ze snów
On daje Ci senne ciastko
Swoją rączką, też całą ze snu.
I jeszcze wiersz Apollinaire.
"Apollinaire"
Det är mörkt omkring mig
Du skickar mig livstecken
Men jag bor inte där, har aldrig gjortdet
Jag väntar, du är försumlig
Jag röker cigaretter och det är mörkt omkring mig
Jag har en cymbal i huvudet som sl?r
För n?gons tid som inte finns här
Men jag söker betvinga mig
Vad skulle jag annars göra? Det är mörkt omkring mig
Jag röker cigaretter
Det är mörkt omkring mig
"Apollinaire"
Ciemno jest wokół mnie.
Wysyłasz mi znaki życia.
Ale ja tam nie mieszkam.
Nigdy mnie tam nie było.
Czekam. Ciebie to nie obchodzi.
Palę papierosy i ciemno jest wokół mnie.
Czuję, jak coś pulsuje mi w głowie.
Odmierza czas komuś, kogo tu nie ma.
Ale staram się poskromić siebie.
Co jeszcze mogę zrobić? Ciemno jest wokół mnie ciemno jest wokół mnie.
Palę papierosy.
Ciemno jest wokół mnie.


2017-08-08 18:00:50

Cornelis Vreeswijk.

Tak więc przyszła pora na obiekt mojej trzeciej fazy, Cornelisa Vreeswijka. Ostatnio pisałam Wam, że muszę się uwijać z Declanem i z Cornelisem, bo niedługo są jego urodziny, Cornelisa w sensie, z tym, że pochrzaniło mi się, bo napisałam, że w poniedziałek. Byłam przekonana, że 8 sierpnia to jest poniedziałek, bo akurat pisałam z jedną taką dziewczyną, którą znam na tyle dobrze, że wiem, że zawsze robi pewną rzecz w poniedziałki, teraz przez parę tygodni tego nie miała i pisała mi, że następny raz będzie mieć ósmego, tak więc przekonana byłam, że to również będzie poniedziałek. No ale nieważne, w każdym razie urodziny Vreeswijka są dziś, także gratis p? födelsedagen, Cornelis, happy birthday, fijne verjaardag czy nie wiem, po jakiemu tam jeszcze. :)
W Szwecji dziś szumi o Vreeswijku, w Holandii nie tak bardzo, niewdzięczni są, ale nawet w Szwecji normalnie nie szumi tak jak dziś, bo dziś są osiemdziesiąte urodziny Cornelisa, w każdym razie byłyby, gdyby żył, nie wiem, czy gdzieś tam w zaświatach również je obchodzi. Mimo, że mi się już ta faza trochę przytłumiła moją czwartą jakże intensywną fazą, to jednak jak na przytłumioną fazę wciąż jeszcze Vreeswijk sporo miejsca w moim mózgu zajmuje. Strasznie się więc cieszę, że tak dzisiaj szumią w Szwecji ze wszystkich stron, dzisiaj już się zdążyłam rozkleić, bo dziennikarz szwedzkiego radia P4 zrobił reportaż o Vreeswijku i słuchałam jego pierwszej części, ja się jakoś bardzo łatwo nie wzruszam, to znaczy ogólnie chyba tak, ale nie tak do łez jak na przykład moja Mamulka, albo moja babcia, która obecnie płacze i z radości, i ze smutku, i czegokolwiek, co ją bardziej poruszy, ale jak słucham jakiegoś reportażu o Vreeswijku, a zwłaszcza jak oglądam iluśsetny raz z kolei film o nim, albo któryś z filmów z nim, no to się rozkleić muszę, nie ma innej opcji chyba, co mnie trochę wkurza czasami. Dzisiaj jeszcze mnie wybitnie wpieniało, jak czegoś nie rozumiałam, na ogół to były jakieś pojedyncze słowa czy frazy, albo jak ktoś wybitnie faflunił i niewiele się dało z tego zajarzyć, ale ja się obawiałam, że umknie mi coś bardzo istotnego, no i się wkurzałam. Aha, jeszcze dzisiaj w Dagens Nyheter, to jest taka szwedzka gazeta, jakby któś nie kojarzył, chociaż dość znana jest i poza Szwecją, pojawił się quiz o Vreeswijku. Ja go postanowiłam rozwiązać, i wiecie co? Ja bym się nie chciała chwalić, zresztą nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale z całego tego quizu nie znałam odpowiedzi tylko na jedno pytanie, mianowicie ile Cornelis dostał nagród Grammy, wiedziałam, że kilka, ale, że dla mnie się w większości przypadków bardziej liczy jakość, a nie ilość, rzadko kiedy mnie w ogóle liczby interesują, to nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Całą resztę wiedziałam. To już jest jakaś choroba, no nie? Swoją drogą, ciekawa jestem, ile wiedzą o nim Szwedzi, w sensie tacy przeciętni ludzie, nie takie fisie, jak ja. Większość Szwedów, których ja znam, poznałam jakoś przez Vreeswijka, na jakichś forach, blogach, czy cóś, także oni wiedzą z pewnością więcej niż ja, ale od takiego przeciętnego Erika Svenssona to ja jednak chyba wiem więcej, tak mi się wydaje. WOlałabym jednak, żeby mi się tylko wydawało, bo nieładnie by to o nich świadczyło. :D Ale dobra.
Powinnam Wam chyba trochę opowiedzieć o Vreeswijku, bo w Polsce tylko nieliczne jednostki go znają, chyba tylko ludzie, którzy znają szwedzki, jeżdżą do Szwecji, czy coś, no albo ci, którzy znają mnie i zdążyli się troszkę zarazić. :P Jak pisałam jeszcze na Drimolandii, moja fazunia była w apogeum i stworzyłam całego, wielkiego wpisa, z minibiografią Vreeswijka. Gdybym miała pisać o wszystkim, co o nim wiem, zajęłoby to chyba z dobre kilkadziesiąt stron, bo w przeciwieństwie do Enyi, która ogromnie chroni swoją prywatność i Declana, którego jak sądzę też rodzice bardzo chronili, o Vreeswijku media uwielbiały dostarczać informacji, wtedy niezawsze prawdziwych, teraz już raczej zweryfikowanych przez dość liczne biografie. Właściwie to chyba ja Wam tego wpisa z Drimolandii w następnym wpisie przekleję, tutaj napiszę tak tylko krótko o Cornelisie.
Tak więc Cornelis Vreeswijk urodził się 8 sierpnia 1937 roku w Ij Muijden w Holandii, to jest taka dość mała, portowa miejscowość. Jak jeszcze się bardzo interesowałam astrologią, to gdzieś słyszałam, że ludzie urodzeni w urodziny miesiąca, czyli właśnie 1 stycznia, 2 lutego, 3 marca itd. są genialni. Nie wiem ile w tym jest prawdy, niemniej jednak znam człowieka, który urodził się 1 stycznia i w sumie nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś mi powiedział, że jest genialny, o Cornelisie wiele osób tak mówi, nie wiem, czy w sensie potocznym, czy dlatego, że naprawdę tak sądzą, myślę jednak, że coś w tym jest. W wieku lat 12 razem ze swoją rodziną przeprowadził się do Szwecji, głównie dlatego, że wtedy była wojna, a Szwecja, była - cóż, jak zawsze - neutralna. Miał ogólnie bardzo burzliwe życie, jeszcze zanim został artystą, później tym bardziej, wiadomo, o tym by można pisać i pisać, to jest główną cechą charakterystyczną Vreeswijka, ale ja o tym napisałam dość sporo w tym Drimolandzkim wpisie, który Wam pokażę później. W 1964 roku urodził się jego syn Jack i w tym samym roku Vreeswijk zaczął odnosić sukcesy w muzyce i w literaturze, różne czasopisma przyjmowały jego wiersze, został też odkryty jako wokalista i gitarzysta. Aż do swojej śmierci był niesamowicie wręcz produktywny, mi ta jego twórczość i poetycka i muzyczna, przypomina jakąś studnię bez dna, co jakiś czas znajduję coś nowego, albo w Szwecji ujawniają w ogóle coś zupełnie nowego, co zrobił. Jego muzykę trudno jest chyba jakoś przystępnie dla Polaków określić, w Szwecji na to mówią visa. Visa to jest po szwedzku piosenka, albo pieśń, odnosi się to do jakiejkolwiek piosenki, ale jako gatunek dotyczy piosenek skandynawskich, takich trochę folklorystycznych, no w takim typowym stylu. Najlepsze jest to, że ja z tych wszystkich visiarzy tak naprawdę mało kogo lubię, przynajmniej tych takich, o których mówią, że są podobni do Vreeswijka, albo tworzyli w podobnych czasach, jak dla mnie w ogóle nie mają uroku. Międzynarodowo Vreeswijka wsadza się po prostu do wielkiego zbiorowiska wszystkiego i niczego pod tytułem folk. Ale to jeszcze nie jest wszystko, bo u niego słychać i bluesa, i jazz, i soul, i rocka, no ciężko jest go określić. Zwłaszcza, że ten jego styl tak sobie ewoluował trochę na przestrzeni lat, choć zawsze był bardzo rozpoznawalny, dla mnie przede wszystkim ze względu na tą jego gitarkę, ja jeszcze nie słyszałam, żeby któś tak grał, no chyba, że coveruje/parodiuje Vreeswijka. Nie chodzi nawet o to, że ładnie, czy coś, chociaż według mnie owszem, ale bardzo charakterystycznie. Ponieważ Cornelis miał ogromne zdolności aktorskie, grał też w kilku filmach, w tym w cudownym filmie Rännstensungar główną rolę, my z Zofijką bardzo lubimy ten film, o jego fabule też już gdzieś na Drimolandii pisałam. Oglądałyśmy go kilka razy, ja Zofijce mówię, co gadają, bo napisów brak, chociaż ja próbowałam coś tam sklecić po polsku i po angielsku, a Zofijka mi mówi, co robią. Zmarł 12 listopada 1987 roku na raka wątroby, w ogóle był strasznie wyniszczony, także mimo, iż go zoperowali i wszystko niby było OK, to chyba było już troszkę za późno.
Przechodząc do wpływu tej fazy na mnie i na moje życie, stwierdzić muszę przede wszystkim, że pojawiła się ona w jednym z najokropniejszych okresów w moim życiu, ale większość czasu jej trwania miała miejsce w czasie dla mnie ogromnie szczęśliwym. Pośrednio faza owa wpłynęła na mnie w ogromnej ilości rzeczy. Jak mi się zaczęła? Zacznę od tego, że w trzeciej klasie podstawówki, gdy uczyłam się szwedzkiego, poznałam taką piosenkę - "Balladen Om Herr Fredrik ?kare Och Den Söta Fröken Cecilia Lind". Nie wiem, w czyim ja to wtedy słyszałam wykonaniu, możliwe, że to było Vreeswijka, ale równie możliwe, że nie, w każdym razie bardzo ją wtedy polubiłam, nauczyłam się jej na pamięć, nie, żeby mi to do czegoś było potrzebne, ale wiecie, uczenie się na pamięć różnych textów w obcym języku potrafi być pomocne zwłaszcza na pierwszych etapach nauki, a w tym czymś było dużo ciekawych słów, choć jednocześnie dość łatwo było mi to zrozumieć, a jeszcze łatwiej zakodowało mi się w mózgu, jak się okazało, na wiele lat. Szwedzkiego uczyłam się do czwartej klasy, potem wróciłam do Lasek i tam spędzałam większość czasu, więc już lekcji nie miałam, uczyć się z czego też nie miałam, więc powoli i niepostrzeżenie zaczynałam wszystko zapominać, mimo, że kochałam ten język ogromnie, ale wolałam o nim w ogóle nie myśleć, bo pomimo, że bardzo się z Mamulką starałyśmy, nikogo w Warszawie nie znalazłyśmy, kto mógłby mnie tego szwedzkiego uczyć dalej i w ogóle, śmiesznie, bo przecież takie wielkie miasto, było mało prawdopodobne, żebym kiedyś umiała się nim posługiwać. Strasznie tęskniłam za jego brzmieniem, może to głupio zabrzmi, ale czułam to jak jakiś taki zew, że powinnam mieć z nim kontakt, zresztą teraz tak mam ze wszystkimi moimi językami, że strasznie, strasznie chciałabym móc nimi mówić, że mogłabym ich słuchać dosłownie cały czas, to jest chyba jakiś fetysz, no nie? :D Potem poszłam sobie do gimnazjum, byłam w drugiej klasie, przyjechałam do domu na przerwę majową i nagle w ogóle od czapy przyczepiła mi się do mózgu ta Cecilia Lind i nie chciała mi się odczepić, co uważałam za dziwne, bo jak dotąd w ogóle o niej nie myślałam jakoś szczególnie, w ogóle mnie rozśmieszyło, że jeszcze pamiętam niemalże cały text tego czegoś, melodię i w ogóle. Łaziło to to za mną tak, że 1 maja postanowiłam sobie znaleźć tą piosenkę w sieci i jeszcze raz jej posłuchać, umilając sobie w ten sposób czas, który miałam poświęcić na ogarnięcie projektu gimbazjalnego. No i jakoże wersja Vreeswijka jest wersją oryginalną tej piosenki, to ją znalazłam jako pierwszą i stopniowo zaczęłam się zarażać. Bardzo, bardzo, bardzo powoli, ale widocznie. W którymś momencie, gdy już byłam tego świadoma, że oto zostałam zarażona trzecią fazą i trochę rozczarowana, że faza na Declana nie jest już moją główną fazą, bo zawsze to jest trochę taki ciężki proces, pomyślałam, że teraz to ja już stanę na nosie, czy na czymkolwiek będzie trzeba, żeby na nowo zacząć się bawić szwedzkim. Tym bardziej, że im więcej słuchałam Vreeswijka, tym silniejsze miałam wrażenie, że te wszystkie słowa, które ja już zapomniałam, szwedzki akcent, wszystko w ogóle, zaczyna do mnie wracać. Skojarzyło mi się to trochę tak, jakby człowiek miał amnezję i nagle wszystko zaczyna mu się w mózgu układać, kim tak właściwie jest i wszystko wydaje się takie normalne i oczywiste, mimo, że jeszcze pół minuty wcześniej tego nie wiedział. Bardzo, bardzo, ogromnie mi to ułatwiło późniejszą naukę, tym bardziej, że ja jeśli chodzi o moje fazy jestem wścibska do bólu i jeśli czegoś nie rozumiałam, to w tym celu zainstalowałam sobie szwedzki słownik na mojej pięknej Nokii, a że zasad pisowni nie zapomniałam, to na pierwszej lekcji miałam już dosyć rozbudowane i różnorodne słownictwo. Tak funkcjonowałam przez cały maj i przez całe wakacje, moja fazunia pięknie się rozwijała, a potem przeniosłam się do mojej rejonowej szkoły, wskutek czego mogłam wznowić moje lekcje szwedzkiego, a że wtedy byłam już nieco bardziej ogarnięta z kwestiami technicznymi, mogłam też się dużo uczyć sama. Rzeczą, która zadziwia mnie do tej pory, jest fakt, że jeszcze przed wakacjami udało mi się przetłumaczyć pierwszą piosenkę, a zarazem wiersz Vreeswijka "Vaggvisa För Bim, Cornelis Och Alla Andra Människor P? Jorden" (Kołysanka Dla Bim, Cornelisa I Wszystkich Innych Ludzi Na Ziemi). Takie miałam marzenie, żeby przetłumaczyć polskim ludziom chociaż część twórczości Vreeswijka i mam do tej pory, a wtedy właśnie siedziałam nad textem tej kołysanki, po prostu chcąc ją choć w części zrozumieć i wtedy mnie nagle naszło, jakby to można ładnie zrobić po naszemu. Ładnie to nie wiem, czy było, ale było nieźle jak na moje ówczesne możliwości, chociaż pewnych rzeczy do dzisiaj nie wiem, jak poprawić. Przetłumaczyłam także kilka innych wierszy i piosenek Vreeswijka, ale większość jak już pisałam tkwi w jakimś martwym punkcie i nie wiem, co zrobić z tym dalej. Nie wiem w ogóle, czy jego twórczość przyjęłaby się u nas, czasami mam wrażenie, że to podobnie szalony pomysł, jak sadzenie bananów w naszych szerokościach geograficznych.
Ponadto, co może się wydawać absurdalne, pośrednio można rzec, że nawróciłam się dzięki Vreeswijkowi. Może być to śmieszne, bo sam Vreeswijk nie był człowiekiem wierzącym, mimo, iż jego żona, tfu, sorry, chciałam powiedzieć, że jedna z jego trzech żon, twierdzi, że był człowiekiem uduchowionym, jak dla mnie to jest jednak różnica. Pochodzę z bardzo wierzącej rodziny, także teoretycznie zawsze byłam chrześcijanką, ale moja wiara była raczej słaba, a w Laskach, gdzie frustrowało mnie podejście do spraw religii, mówiąc oględnie, osłabiła się jeszcze bardziej, z czasem weszłam w ezoterykę, okultyzm i inne takie badziewie, szerzej o tym pisałam na Drimolandii, zresztą nieszczególnie chce mi się do tego wracać na forum publicznym. Jeszcze na krótko zanim poznałam Vreeswijka, różne rzeczy i różni ludzie na różne, dość dobitne sposoby pokazywali mi, że powinnam stamtąd jak najszybciej wyleźć, w sensie z tego całego okultystycznego badziewia i w ogóle. Gdy poznałam Vreeswijka, byłam już na dobrej drodze do uczynienia tego, chciałam to zrobić i się od tego wszystkiego uwolnić, a potem wpadła mi w ręce praca magisterska człowieka, który nazywa się Peter jakiś tam, dotyczyła w każdym razie obrazu Boga w twórczości Cornelisa i jeszcze dwóch jakichś tam intelektualistów ze Szwecji. Ja tak to czytałam i czytałam, co drugie słowo musiałam sobie tłumaczyć, mimo, że zytałam tylko część dotyczącą Vreeswijka to i tak roboty z tym miałam dużo i dużo czasu mi to zajęło, ale coraz bardziej się przybijałam. Przede wszystkim utwierdziłam się w przekonaniu, że Vreeswijk jest socjalistą. Ja staram się nie robić tak jak moja Mamulka i lubić albo nie lubić ludzi za to, jakie mają poglądy, bo to trochę głupie, staram się szanować ludzi łącznie z ich poglądami, ale trochę mnie to zasmuciło, bo jednak ja mam poglądy prawicowe i myślę, że człowiek liberalny poczułby się podobnie, gdyby się dowiedział, że człowiek na którego ma fazę, jest faszystą, no rozumiecie, o co idzie. Potem dowiedziałam się ogólnie o jego podejściu do spraw wiary, a że znałam już dość dobrze jego życiorys i poglądy w różnych innych kwestiach, zaczęłam człowiekowi współczuć. Współczułam mu w bardzo wielu kwestiach, ale wtedy współczułam mu tego, że zapewne teraz, jak już jest gdzieś tam po drugiej stronie, srogo się na swoich poglądach najprawdopodobniej zawiódł. A potem Mamulka przeczytała mi książkę "Święta Pani", Fulli Horak, czytała mi ją już parokrotnie wcześniej, ale niezbyt mnie to interesowało, albo tylko bardzo powierzchownie. Książka dotyczy życia pozagrobowego, głównie dusz czyśćcowych. No i odtąd zaczęłam modlić się za dusze czyśćcowe, szczególnie często za Vreeswijka i zmarłych z mojej rodziny. Mam nadzieję, że jeśli tam jest, w jakimś stopniu mu to pomogło lub pomoże, bo myślę, że jego szwedzcy przyjaciele nieszczególnie się przejmują tym, co dzieje się z nim, jak i z kimkolwiek innym, po śmierci. O mojej drodze powrotnej do chrześcijaństwa też już pisałam we wpisie o duszach czyśćcowych na Drimolandii.
Jeszcze co do szwedzkiego, jedną z pierwszych rzeczy, jakich dowiedziałam się o Vreeswijku, było to, że jak przyjechał do Szwecji, to bardzo szybko zaczął mówić po szwedzku, ale tak naprawdę szybko to ogarnął. I ja stwierdziłam, że ło mamusiu ja też tak chcę. I potraktowałam to jako swego rodzaju wyzwanie. Niewieloma rzeczami w życiu się zajmowałam z takim perfekcjonizmem. No i stwierdzić muszę, że teraz, jak tak patrzę z perspektywy niecałych trzech lat, odkąd uczę się szwedzkiego, gdy mówię już dość płynnie, no kurczę, tak w miarę płynnie mówić potrafiłam już w pierwszej połowie pierwszej liceum. Nie mówię, że gramatycznie, bo nie zawsze, pisałam dość nieortograficznie, śmisznie trochę, ale bardzo dobrze rozumiałam ze słuchu, miałam dosyć dorzeczny akcent chyba, przynajmniej mój nauczyciel twierdzi, że szybko mi wszedł i się nie przycinałam przy mówieniu co chwilę, choć z ingliszem miałam tak przez bardzo, baardzo długi czas, zapominałam podczas nawijania wielu słów, czego ze szwedzkim praktycznie nie miałam w ogóle.
Wtedy zaczęłam też uwielbiać holenderski. Wcześniej, przed fazą na Cornelisa, holenderski w ogóle mi się nie podobał, no przecież jest taki strasznie ostry, normalnie nadaje się do użytku chyba tylko w celach militarnych, a po jakimś czasie słuchania holenderskich utworów Vreeswijka stwierdziłam, "Matko, jaki ten holenderski jest piękny, taki pięknie charczący, ja nie wyrobię.". :D Potem jeszcze odkryłam fryzyjski, z którym Cornelis nie ma nic wspólnego, ale, że się nim mówi w Holandii, to w którymś momencie na fryzyjski wpadłam i zaczęłam wielbić. Potem jeszcze kiedyś się dowiedziałam, że Cornelis umiał trochę mówić po fińsku, a mi się fiński zawsze podobał, więc zaczęłam też drążyć temat fińskiego i również ten język ogromnie polubiłam i podobnie jak z holenderskim nauczyłam się jego bardzo podstawowych podstaw i kiedyś zamierzam więcej zrobić z tymi trzema językami. W ogóle Cornelis dość dużo języków znał z tego, co mi wiadomo, ktoś mi mówił, że nawet rosyjski, ale nigdzie nie udało mi się tego zweryfikować, także akurat do tego rosyjskiego sceptycznie podchodzę, po ingliszu podobno zaczął dość szybko mówić, bo w jednym z wywiadów mówi, że zanim poznał szwedzki, to w Szwecji rozmawiał z ludźmi po angielsku. Według mnie ma trochę śmiszny akcent w tym ingliszu, mi się kojarzy z jakimiś hipisami, choć nie mam pojęcia dlaczego.
Inną rzeczą, która nastąpiła podczas tej fazy, było to, że bardzo polubiłam książkę Colina Wilsona "Outsider". Gdzieś przeczytałam, że bardzo wpłynęła ona na Vreeswijka, no a że faza tak działa, postanowiłam, że w związku z tym muszę, muszę ją przeczytać. Czytałam ją bardzo długo, umilałam sobie nią czas na przerwach w trzeciej gimnazjum, wtedy miałam w szkole wiele okazji do czytania i chociaż zwłaszcza na początku ciężko mi było przez nią przebrnąć i w ogóle na pewno nie mogę powiedzieć, że czytałam ją z zapartym tchem, to jednak muszę przyznać, że w którymś momencie stwierdziłam, że bardzo ją lubię i na pewno jeszcze będę do niej niejednokrotnie zaglądać, może nie, żeby czytać od deski do deski, ale serio dużo można z niej wyciągnąć. I rzeczywiście, co jakiś czas do niej zaglądam i znajduję w niej coś dla siebie. Śmiesznie, bo jest to książka filozoficzna, ja takich na ogół nie czytuję, traktuje ona o różnych sławnych outsiderach z minionych stuleci, opisuje ich życiorysy i to, w czym byli outsiderami, pozornie rzecz straszliwie nudna, jak wejdziesz głębiej, wcale nie. Chociaż ja sama nie mam pojęcia, czy mogłabym się określić jako "outsider", to jednak zdecydowanie rozumiem, co tak przyciągnęło do tej książki Vreeswijka, na pewno jest to książka kształtująca mózg w jakimś stopniu.
Zaraziłam fazą iście ciekawe grono osób. Przede wszystkim Celtic1002, to jest już chyba reguła, że się zarażamy fazami, czy coś, troszkę Zofijkę, chociaż Zofijka nie rozumie, o co w tym wszystkim w ogóle chodzi, no ale to jest raczej logiczne, a poza tym, uwaga, uwaga... moją babcię. Wyobrażacie sobie? Zarazić BABCIĘ fazą? Kiedyś sobie tak rozmawiałyśmy o muzyce, babcia mi mówiła, że lubi niejakiego Jacquesa Brela, ja go nie lubię, w ogóle nie lubię takiej muzy, ale Vreeswijk lubi Brela i innych takich zamułów, zresztą ma z nimi dużo wspólnego muzycznie, oboje są poza tym intelektualiści, w sensie moja babcia i Cornelis, i tak mnie naszło, żeby babci pokazać muzykę Cornelisa. I tak siedzimy, słuchamy i w którymś momencie babcia mówi "Niesamowity jest cały ten twój Vreeswijk". :D Śmiesznie to zabrzmiało, ale nie sposób się nie zgodzić. Teraz babci trochę przeszło, bo nie ukrywam, że najwięcej niesamowitości Vreeswijka znajduje się w jego textach, tak to ja zawsze babci tłumaczyłam, o co chodzi, a teraz, jak się przeprowadziliśmy, to nie bardzo jest kiedy. Kolejna osoba, jaką zaraziłam, jest również osobliwością, ponieważ jest to nauczycielka polskiego z mojego rejonowego gimnazjum. Zabawnie, czyż nie? Ja tam miałam nauczanie indywidualne, w trakcie roku okazało się śmisznie, że ja niby w Laskachw drugiej klasie przerobiłam większość lektur i w ogóle wiele rzeczy z klasy trzeciej, poza tym bardzo dobrze mi w tym roku szło, więc szybko przerobiłyśmy materiał i po egzaminach na lekcjach właściwie nie bardzo było co robić. W związku z tym któregoś dnia przeczytałam jej moje tłumaczenia Vreeswijka i tak się potoczyło dalej, że ona go polubiła i potem na każdej lekcji chociaż przez chwilę rozmawiałyśmy o Vreeswijku. Aczkolwiek teraz nie mam pojęcia, co z tą jej fazą.
Aha. Zapomniałam jeszcze wspomnieć o jednej iście ciekawej rzeczy. Dzięki Vreeswijkowi przekonałam się, odrobinę zaledwie, ale jednak, do jazzu. Kiedyś po prostu nie trawiłam, no w ogóle nic, a u niego jest tych jazzowych motywów trochę. Także w trakcie trwania tej fazy zdążyłam minimalnie jazz polubić i polubiłam prawie wszystkie jego utwory z tymi jazzowymi motywami, chociaż albumu "Cornelis & Jazz Incorporated" nie lubię do tej pory, bo dla mnie jest już za bardzo jazzujący. Zresztą w ogóle jeśli jakichś utworów Vreeswijka nie lubię to na ogół albo dla tego, że za dużo jest w tym jazzu, albo dlatego, że jaskrawo kłóci się treść tego czegoś z moimi poglądami, bo on się z tym swoim socjalizmem straszliwie afiszował.
Faza trwała mi do 3 grudnia ubiegłego roku.
OK, to będzie tyle, zaraz wstawię wpis z Drimolandii i... o kurczę, jakiś awatar, naprawdę nie wiem co.


2017-08-08 16:38:06
hazel96
@celtic1002 pokazała mi kiedyś jakąś jego piosenkę, ale mnie nie ujęła, chociaż, z drugiej strony, może
to za szybko, żeby się obiektywnie wypowiedzieć.
2017-08-08 16:50:23
moozgish
On ma przede wszystkim piosenki bardzo różne, także jedna nie zdefiniuje jego stylu, a poza tym nawet i dla mnie są takie piosenki Vreeswijka, które rzeczywiście średnio mnie ujmują.
2017-08-08 16:57:24

Wczorajsze miłe rzeczy.

Witajcie!
Ostatni weekend, plus prawie cały czwartek i cały piątek był dla mnie obrzydliwie wręcz obrzydliwy, ale wygląda na to, że od wczoraj sytuacja zaczyna się normować, mam taką nadzieję, że mam rację, także jest to dość miła rzecz, poza faktem, że miałam też wczoraj obrzydliwie obrzydliwe sny i się nie wyspałam.
Wczoraj duuużo bawiłyśmy się z Zofijką, było bardzo śmiesznie, musiałam jakoś odreagować ten obrzydliwy czas i ogólnie tyle się śmiałyśmy, że czasami to się zastanawiałam, czy czasem nie umrzemy dziś, to znaczy wczoraj oczywiście, ze śmiechu, ale konsekwencją tego było tylko to, że Zofijce w trakcie jednego z ataków śmiechu zachciało się strasznie siusiu, a że o kulach ciężko jest szybko dobiec do kibelka, to ledwo uniknęła katastrofy. :D
Czytałam i czytam do tej pory książkę "Magic For Marigold" Lucy Maud Montgomery w oryginalnej wersji. Książkę tę jak wszystkie książki Maud czytałam już bardzo dużo razy, Marigold w oryginale czytałam już raz, w ogóle zawsze ciężko jest mi się zmotywować i zabrać do czytania książek po angielsku, mimo, że ostatnio sobie uświadomiłam, że już chyba większość tego, co czytam na co dzień w sieci jest po ingliszu, ale książki Maud w oryginale czytać uwielbiam. Uwielbiam jej książki w ogóle i uwielbiam wiedzieć, jak coś wygląda u niej w wersji oryginalnej, zwłaszcza, że jej książki mają na ogół po kilka tłumaczeń, czy na przykład taka "Ania Z Zielonego Wzgórza" chyba z kilkanaście, wskótek czego jest trochę miszmasz. Różne polskie przekłady też uwielbiam czytać. Ale o tym będzie więcej kiedy indziej, jak będę robić recenzję Marigold.
Poza tym dużo czasu wczoraj spędziłam z Mishą oraz z Mamulką, z którą byłam w sklepie i podczas drogi do sklepu i z powrotem bardzo miło się nam nawijało. Niestety Mamulka ma zapalenie krtani, co nie jest już tak miłe, ale znając jej odporność oraz przeróżne sposoby, jakie zna na wszelkie choroby, bardzo szybko sobie z tym powinna poradzić.

2017-08-08 13:11:26
Celtic1002
O, nie byłam sama z zapaleniem, niekonieczie krtani, ale gardła. Pocieszające. No ale, mam nadzieję,
że Twojej mamie niedługo minie i wróci do zdrowia.
2017-08-08 15:36:27
gadaczka
A co to za obrzydliwe rzeczy?
2017-08-08 16:21:35
moozgish
@Celtic1002: Haha, Mamulka miała zapalenie i krtani i gardła, tak żeby było ciekawiej, także miałaś zawsze jakieś towarzystwo w cierpieniu. :)
@Gadaczka: Między innymi pochorował nam się Misha, nie mieliśmy pojęcia, co mu jest, na szczęście tylko wyglądało strasznie i to chyba nic poważnego, bo już z tego wychodzi, poza tym mieliśmy różne problemy rodzinne, które nie dotyczą bezpośrednio mnie, dlatego sądzę, że rozsądniej będzie, jeśli nie będę o tym pisać jakoś w szczegółach.
2017-08-08 17:04:21
pajper
Nie jedną książkę i nie jednego autora po angielsku czytałem, czego nie żałuję.
Wyszczególnić tutaj należy Tolkienia, Szekspira i Defoe zwłaszcza.
Ale twórczości Montgomery w tym języku jakoś nie czytałem.
Nie jedną powieść tej autorki pochłonąłem dawniej, w podstawówce i gimnazjum.
Ale nie czułem się na siłach wtedy na lekturę po angielsku.
Prawdę mówiąc, żałuję, bo z perspektywy czasu, w podstawówce może nie, ale w gimnazjum spokojnie dałbym radę, a i swoje anglojęzyczne horyzonty bym poszerzył.
No ale wyszło jak wyszlo.
Więc powiadasz, że warto?
PZDR
DP
2017-08-08 22:07:04
moozgish
Tak, sądzę, że zdecydowanie warto ją czytać w oryginale, chociaż mamy w Polsce całkiem dobre tlumaczenia większości jej książek, to jednak w wersji oryginalnej jest jakoś ciekawiej, według mnie postacie są jakby bardziej autentyczne, tym bardziej warto, jeśli już czytałeś dużo innych książek po ingliszu. Jeśli chodzi o samą Marigold, to również warta jest przeczytania, niezależnie po jakiemu. Szekspira też kiedyś czytałam po ingliszu, w całości przeczytałam tylko "Burzę", czytałam też Hamleta, ale utknęłam.
2017-08-08 23:10:36

Inspiracja.

Ludzie, którzy potrzebują pomocy, wyglądają czasem tak, jakby jej zupełnie nie potrzebowali.
Glennon Doyle Melton

2017-08-05 16:08:36
pajper
Święta prawda.
Czasem trudno poznać, że ktoś potrzebuje naszej pomocy.
Nie wiem tylko, dlaczego bardziej.
Czy dlatego, że nie wygląda, jakby była potrzebna, czy też dlatego, że nie chcemy tego dostrzec.
2017-08-05 16:09:42
Monia01
Myślę, że dlatego, że takie osoby często udzielają pomocy innym, a nam się wydaje, że skoro one pomagają,
to same nie potrzebują pomocy.
2017-08-05 17:40:09
ambulocet
Zgadzam się. Ogólnie ludzie często ulegają złudzeniu, że jeśli ktoś wygląda tak, jakby miał wszystko,
to naprawdę niczego mu nie brakuje. Zapominamy jednak, że z perspektywy obserwatora mamy dostęp tylko
do określonych aspektów życia danej osoby, podczas gdy większość jej pragnień, tęsknot i tak dalej, może
być przed światem starannie ukryta.

2017-08-06 12:43:53
Celtic1002
Nie mam nic więcej do dodania, jak tylko się z Wami zgodzić. :)
2017-08-07 07:14:49

Inspiracja.

Jesteś zwycięzcą! Próby życiowe nie mają na celu złamać cię, ale cię ukształtować.
Norman Vincent Peale.

2017-08-04 21:24:37
pajper
O. :)
Podoba mi się. :)
Muszę zapamiętać. :)
2017-08-04 21:25:08
ambulocet
Zgadzam się. To słowa, które zdecydowanie daj,ą do myślenia.
2017-08-06 12:36:28

Declan Galbraith - Strange World.

Tak więc w moim dzisiejszym awatarze jest piosenka Declana Galbraith, o tytule "Strange World". Istnieją dwie wersje tej piosenki, jedna jest akustyczna, druga jest częścią tego demo o którym pisałam. Ja wybrałam na awatar tę drugą, choć obie lubię tak samo, w przypadku tej fazy też nie mam tak, że coś tam lubię bardziej, a coś mniej, tak samo jak i z Enyą, no ale na coś zdecydować się musiałam. :D Strasznie podoba mi się ta piosenka jak i jej text, z którym, cóż, trudno się nie zgodzić. Text spodobał mi się do tego stopnia, że postanowiłam zrobić do niego tłumaczenie na textowie i zrobiłam już wieki temu, bo kilka osób tam już od dawna piszczało, żeby któś to przetłumaczył, a ja akurat wcześniej ten text przerabiałam na moim indywidualnym angielskim, także się czułam przygotowana. :D Jak zwykle ciekawa jestem, co o tym utworze myślicie i jak zwykle wszystko jest u mnie w plikach udostępnionych.

2017-08-03 11:53:06
Celtic1002
Uwielbiam tę piosenkę i, trudno mi się ni zgodzić z Declanem, że dziwny jest ten świat. :)
2017-08-03 15:02:45

Declan Galbraith.

Witajcie!
Miałam poczekać z kolejnymi wpisami o fazach i nie wrzucać wszystkiego tak od razu, ale jakiś czas po wrzuceniu wpisu o Enyi i mojej na nią fazie olśniło mnie, że przecież w poniedziałek są urodziny Vreeswijka, czyli obiektu mojej trzeciej fazy, więc postanowiłam do tego czasu uwinąć się z Declanem, czyli obiektem mojej drugiej fazy, żeby na poniedziałek upamiętnić Vreeswijka jakimś wpisem i awatarem. Z racji, że wpis jest fazowy, znów ostrzegam, że może być przydługi.
O ile Enya jest postacią szeroko znaną nie tylko tym, którzy ją bardzo lubią, ale też i większości ludzi w ogóle, o tyle Declan raczej nie, dlatego myślę, że na początku napiszę coś o nim w ogóle.
Declan Galbraith tworzy muzykę, która się mocno zmienia wraz z upływem czasu, niemniej jednak ja wciąż zaklasyfikowałabym ją do popu, ewentualnie do poprocka. Urodził się 19 grudnia 1991 roku w Anglii, w hrabstwie Kent, jego tata pochodzi ze Szkocji, a Mama z Irlandii, a nie odwrotnie, jak twierdzi nasza Wikipedia, już nawet sam fakt, że jego tata nazywa się Alec, może sugerować, że gościu jest raczej ze Szkocji. Trochę śmisznie jest jak się ma matkę z innego kraju, ojca z innego, a w jeszcze innym się mieszka, no ale Declan zawsze może powiedzieć, że jest "British". :D Inaczej chyba ludzie w podobnej sytuacji muszą mieć trochę problem z tożsamością kulturową, no ale to tak off topic. Jako mały chłopiec Declan brał udział w różnych konkursach piosenki, bardzo lubił śpiewać, co zaowocowało tym, że w 2002 roku nagrał album, na którym znajdują się covery znanych lub mniej znanych piosenek. Kolejny album, też głoównie z coverami, zrobił w roku 2006 w wieku lat piętnastu, a następny w 2007 roku, także głównie coverował. Potem miał dłuuugą przerwę, związaną ze studiami, ale pojawił się i tak wcześniej, niż zapowiadał, ponieważ jakoś mniej więcej w czasie igrzysk olimpijskich w Londynie zaczęło coraz więcej o nim słychać, a potem pojawiło się demo z jego nowymi utworami. Są one wszystkie napisane przez niego i, według mnie, mają taki trochę bardziej alternatywny styl.
OK, przechodząc do mojej fazy oraz tego, co zmieniła w moim życiu, zaczęła się ona w Dzień Babci, którego roku nie pamiętam, niemniej jednak zaczęła się dość gwałtownie, więc to, że dokładnie wtedy był Dzień Babci kojarzę. Była to pierwsza z moich intensywniejszych faz, choć trwała najkrócej z nich wszystkich, oczywiście jako faza główna, bo tak jak już pisałam, mi się fazy wielkie przytłumiają, wraz z nadejściem kolejnej, a nie całkowicie kończą, przynajmniej do tej pory jeszcze żadna mi się nie skończyła. Nie wiem jeszcze oczywiście, ile potrwa mi moja obecna faza jako główna, niemniej jednak z tych poprzednich faza na Declana była chyba najkrótsza. Znowu, tak jak poprzednim razem, zaraziłam się od Celtic1002 i Annabeth, za co również jestem im ogromnie wdzięczna, bo zawsze fajnie jest mieć jakąś fazę, :) kilka osób udało mi się zarazić i tym razem, niemniej jednak już nie tyle, ile ENyą, co ciekawe, wśród tych osób znalazła się także Zofijka, której faza, całkiem mocno rozwinięta, trwa do tej pory, najbardziej lubi piosenkę Declana pod tytułem "Ego You", może ze względu na własne, niesamowicie dobrze ukształtowane i rozrośnięte ego. Wraz z tą fazą zaczęła mi się także fascynacja nie tylko Irlandią, jak w czasie fazy na Enyę, ale też Szkocją i ogólnie kulturą celtycką, także celtyckimi językami. U Declana są obecne, zwłaszcza na pierwszych dwóch albumach, jakieś nawiązania do folku, czy nawet folkowe utwory jak "Carrickfergus", "Danny Boy" czy "The Last Unicorn" folkowej piosenkarki Loreeny MCKennitt, sam Declan słucha muzyki irlandzkiej, na przykład Christy'ego Moore'a, a jego dziadek grał w irlandzkim zespole folkowym, później niestety jednak dużo tego folkloru na jego albumach już nie ma, bo wydaje mi się, że tak serio to on jest jednak bardziej "British", niż Irish czy Scottish. :D Bardzo mocno poszedł mi do góry inglisz podczas tej fazy, tak jakoś dostałam wtedy wzmożonej fazy na inglisza, mimo, że wtedy byłam na takim etapie, że angielskiego jako przedmiotu szkolnego nie lubiłam, bo mnie po prostu nudził, mimo, że język w jakimś stopniu lubiłam już dawno. Wtedy nauczyłam się też rozróżniać akcenty, to znaczy oczywiście brytyjski od amerykańskiego, amerykański od australijskiego, australijski od irlandzkiego czy irlandzki od szkockiego, ale też nauczyłam się rozróżniać różne brytyjskie akcenty, co mi wtedy akurat dość ślamazarnie szło, ale wyszło, co, jak sądzę, jest najważniejsze. Ogólnie podczas tej fazy miałam pod wieloma względami bardzo fajny, śmieszny czas w życiu, także mam i z tą fazą w ogóle i z muzyką Declana wiele bardzo miłych skojarzeń.
W tym wpisie to tyle, za chwilę pojawi się jeszcze osobny wpis na temat mojego dzisiejszego awataru.
2017-08-03 11:42:00
Celtic1002
Kocham Declana. Zawsze chyba będę go kochać. :) Szkoda, że nigdzie nie ma płyty, tej, którą wydał pod
psełdonimem, ale dobrze, że chociaż ma mte dema. :) I oczywiście, cieszę się, że mogłam się przyczynić
do Twojej fazy.
2017-08-03 15:01:50
moozgish
Pod tym pseudonimem Child Of Mind to chyba nie była płyta, tylko singiel, chyba, że coś pochrzaniłam, w każdym razie rzeczywiście szkoda, że jej nigdzie nie ma, czymkolwiek by to nie było.
2017-08-03 15:23:39
hazel96
Ja teraz rzadko wracam do Declana, ale mam do niego ogromny sentyment, natomiast "Last unicorn" uwielbiam
i w ogóle kojarzy mi się jakoś kołysankowo.
2017-08-16 18:53:48

Wczorajsze miłe rzeczy.

Witajcie!
Wczoraj miałam miły, ale raczej spokojny dzień. Spędziłam dużo czasu z Mishą, prawie jak zawsze. Poza tym wczoraj mój Tatul pojechał do pracy, pewnie wróci jutro, albo może pojutrze, ale zanim jeszcze pojechał spędziliśmy bardzo miło czas na Google Maps. Mój Tatul bardzo lubi sobie tak podróżować palcem po mapach Google, po różnych ciekawych miejscach, a potem ma w zwyczaju mówić: "Jak ja byłem w Finlandii, to widziałem...", "Jak przejeżdżałem przez Norwegię..." i wszyscy się dziwią. :D Ja bardzo lubię mu w tych podróżach towarzyszyć, wczoraj akurat zwiedzaliśmy pewną walijską miejscowość, ponieważ ja chcę wiedzieć na jej temat dosłownie wszystko, co tylko można. W ogóle często po Walii sobie jeździmy i w ogóle dużo czasu spędzamy razem z Tatulem przy kompie, bo Tatul mi opisuje na przykład różne zdjęcia, które chcę, żeby mi opisał, albo ja pomagam Tatulowi, bo mój Tatul bardzo niewiele potrafi na kompie zrobić, a jeszcze mniej potrafi zrobić nie wkurzając się, poza tym różne rzeczy z tą naszą firmą ja robię na komputerze, wtedy czasami Tatul jest potrzebny i w rezultacie wspólne posiedzenie nad moim lub Tatula laptopem zawsze się przeciąga. Aha, bo ja Wam zapomniałam napisać, że w związku z tym, że uczę się zaocznie, to mogę sobie również pracować, co też robię i pracuję jako coś w rodzaju sekretarki w firmie mojego Tatulka, piszę do jego klientów, przechowuję mu dokumenty itd. robię różne rzeczy, na które Tatul nie ma czasu, albo zrobić nie potrafi, żeby sobie trochę na przyszłość zarobić.
Dużo czasu spędziłam też wczoraj z Zofijką i pisałam z wieloma fajnymi ludźmi.
Ahaa, napiszę Wam jeszcze, że Zofijka dostała telefon. Wcześniej nie miała własnej komórki, dopiero wczoraj Mamulka kupiła jej jakiegoś LG, chociaż zawsze się zarzekała, że Zofija nie dostanie telefonu przed piętnastymi urodzinami. Ale mojej Mamuli się zmienia zdanie bardzo często i Zofijka wczoraj była w takiej euforii, że aż miło było to obserwować, choć nie wiem, czy akurat dla nas wyniknie coś dobrego z tego, że posiada swój własny telefon, na pewno będzie wszystkich nękać SMS-ami i telefonami, ale może też będzie więcej spokoju i nie będzie tak ciągle jęczała, że jej się nudzi. :D Bo ona bardzo często tak właśnie jęczy w normalnych sytuacjach, gdy może robić wszystko, co chce, więc wyobraźcie sobie, ile jęczy teraz, jak ma tą nogę rozwaloną.
2017-08-01 15:11:06

Enya - Dreams Are More Precious.

Wreszcie się zdecydowałam na ten awatar. :D No serio nie wiedziałam co wybrać. Ja z Enyą nie mam tak, że mam jakieś utwory, które lubię bardziej, albo mniej, no OK, Orinoco Flow tak średnio lubię, bo mi się trochę dziwnie kojarzy i jak dotąd się tego jeszcze nie pozbyłam.
W każdym razie w moim awatarze jest Dreams Are More Precious, piosenka z pięknym textem, który bardzo mi się podoba i w ogóle cała jest piękna, no ale wiadomo, Enya. :)
2017-07-31 14:18:23
Celtic1002
Kocham tę piosenkę. Za jej tekst, no i za melodię i za wszystko <3
2017-07-31 14:37:54
pajper
Oświadczam oficjalnie, że to kradziesz. :D
Oczywiście żartuję.
Sam chciałem wstawić ten właśnie awatar i...
Okazuje się, że ktoś mnie ubiegł o kilka godzin. :D
Cudny utwór.
PZDR
DP
2017-07-31 20:09:09
moozgish
Oo, serio? :D A ja jeszcze rano chciałam z tym awatarem czekać do jutra. To dobrze, że się z tym pospieszyłam. :D
2017-07-31 22:12:13

Enya.

Witajcie!
Na początku uprzedzam, że wpis może być długi. Postanowiłam zacząć cykl związany z moimi fazami. Wydaje mi się, że słowo faza jest jakoś dziwnie powszechne w niewidomym środowisku w tym znaczeniu, o jakie mi obecnie chodzi, niemniej jednak jeśli są osoby, które nie mają pojęcia, co to właściwie jest ta faza, należy im się jakieś chociaż krótkie wyjaśnienie.
Otóż faza jest słowem o bardzo szerokim znaczeniu, ale najprościej rzecz ujmując jest to rodzaj fascynacji, najczęściej okresowej, acz nie zawsze, bo niektóre potrafią się z różnym nasileniem utrzymywać naprawdę długo, ja te takie długie mam w zwyczaju nazywać fazami wielkimi. Fascynacja owa może dotyczyć muzyki, to znaczy najczęściej jakichś konkretnych wykonawców i wtedy faza obejmuje i wykonawcę i to, co on robi, może dotyczyć też gatunków muzycznych, książek, ich autorów, poszczególnych bohaterów, filmów, reżyserów, aktorów, ludzi z twojego otoczenia. Niektórzy to mylą z miłością, to może się pojawiać jednocześnie, ale chyba rzadko się tak zdarza, w ogóle trudno na to jakoś obiektywnie spojrzeć. W jakimś sensie termin faza pokrywa się z obecnie modnym terminem crush. Jeśli któś chciałby się dowiedzieć czegoś więcej, odsyłam na Drimolandię do wpisu pod tytułem Czym Jest Faza, oczywiście nie traktujcie definicji z Drimolandii zbyt poważnie, tak to sobie zrobiłam dla jaj, bo mi się nudziło, jest mocno przejaskrawiona.
Przechodząc do moich faz, faz wielkich miałam cztery, a właściwie mam, bo u mnie jest tak, że jak się zaczyna jakaś nowa, to mi ta stara bynajmniej nie przechodzi, tylko tak jakby trochę się tłumi pod presją tej nowej, świeżej. Faz małych miałam niezliczone ilości, małych i pod względem czasu ich trwania i pod względem ich nasilenia, o, teraz mam na przykład małą fazę na książki Jacqueline Wilson i na taki walijski zespół o nazwie Swnami. Te wszystkie moje cztery wielkie fazy są muzyczne, mam też dość intensywne fazy książkowe, jedną dotyczącą Lucy Maud Montgomery, w szczególności serii "Emilka Ze Srebrnego Nowiu", miałam też ciężką fazę na jednego z bohaterów Emilki, do tego stopnia, że czwartą część chciałam pisać, z tym kimś w jednej z ról pierwszoplanowych, ale przeczytałam pamiętniki Maud i doszło do mnie, że jednak to nie bez przyczyny jest tak, jak jest, więc już nie chciałam tych moich pomysłów realizować.
Jednak to fazy muzyczne odgrywają największą rolę w moim życiu spośród wszystkich faz, jakie posiadam, w szczególności właśnie te wielkie, no a jak się już na pewno domyśliliście, pierwszą z tych moich wielkich faz była Enya.
Żeby było ciekawiej, to ja kiedyś Enyi nie lubiłam. Naprawdę. I to tak nawet dosyć mocno. Polubiłam ją dopiero bardzo stopniowo jakoś pod koniec podstawówki, za sprawą dwóch osób, na Eltenie funkcjonujących jako Celtic1002 i Annabeth, za co jestem im obu do tej pory ogromnie wdzięczna.
Akurat pojawienie się tej fazy zbiegło się z tym, że miałam w różnych obszarach życia dużo raczej nieszczególnie przyjemnych chwil i muzyka ENyi bardzo mi pomagała to jakoś odreagować, zresztą podobno z wieloma ludźmi tak właśnie jest czy było, że poznali muzykę ENyi w jakimś takim ciężkim momencie i ona im pomagała. Do samej Enyi miałam stosunek taki, jak do żadnego innego z późniejszych obiektów moich faz, strasznie ją podziwiałam, zresztą do tej pory tak jest, zawsze ją sobie wyobrażałam jako jakąś taką istotę trochę nie z tej ziemi, lubiłam o niej myśleć, że jest moją drugą Mamusią i różne rzeczy w związku z tym sobie wyobrażać. Faza ta nie była tak burzliwa jak moje wszelkie następne fazy, była takim jakby preludium do moich przygód z fazami, zaczęła się podczas niej także moja fascynacja muzyką celtycką ogólnie, w jakimś sensie już też folklorem, ogólnie kulturą celtycką, Celtami, choć wtedy jeszcze przede wszystkim Irlandią, Szkocji i Walii jeszcze aż na tyle nie odkryłam. Niestety może właśnie ze względu na tę małą intensywność owej fazy, stosunkowo niewiele teraz z niej pamiętam, oprócz tego, że mogłam słuchać Enyi godzinami i że w bardzo wielu rzeczach mi pomagała. Pamiętam też, że wtedy, gdy była to moja główna faza, zawsze słuchając jej muzyki, odczuwałam, że czegoś bym chciała, jakbym za czymś tęskniła, ale nie miałam bladego pojęcia za czym, co ogromnie mnie frustrowało, ale jednocześnie było w tym coś przyjemnego. Potem po długim czasie coś podobnego, ale nie aż tak nasilonego, odczuwałam, gdy słyszałam język walijski, więc teraz mam taką teorię, że to musiało być coś z językami, ze szwedzkim też miałam takie dziwne akcje, w czasie, gdy już zaczęłam się go uczyć, a potem długo nie mogłam, bo byłam w Laskach i nie miałam jak. Ale też słyszałam, że wielu ludzi ma jakieś bardzo ciekawe odczucia podczas słuchania Enyi, więc może po prostu tak to działa. Jak opowiadałam o tym mojej Mamulce, to ona miała jeszcze inną teorię. Enya jest chrześcijanką, w sensie praktykującą, sprawdzałyśmy to, bo ja się bardzo martwiłam na początku tej mojej fazy, czy to, co ona robi, to nie jest jakiś sekciarski new age, więc się dowiedziałyśmy, że nie. No i moja Mamulka mi mówiła, że często jak jest sobie w jakimś takim bardziej melancholijnym nastroju, w jakim ja wtedy słuchając Enyi byłam bardzo często, patrzy na jakąś naturę, albo na jakieś stare kościoły, albo coś takiego, to tak to na nią działa, że zaczyna za czym tęsknić i uważa, że jest to tęsknota za Bogiem. Nie wiem, czy mojemu mózgowi mogło rzeczywiście o to chodzić, niemniej jednak właśnie tak się niejednokrotnie ciekawie czułam, słuchając Enyi. Cały czas gdy trwała mi ta faza, miałam wielkie marzenie, żeby mi się Enya przyśniła. Niestety, przyśniła mi się tylko raz i to bardzo mgliście, ale i tak po tym bardzo się cieszyłam. No i podczas tej fazy udało mi się zarazić nią w jakimś stopniu najwięcej osób, bo, jeśli nie wiecie, to Wam mówię, że fazy potrafią być czasem ogromnie zaraźliwe.
OK, o Enyi byłoby chyba tyle, za czas jakiś będą się pojawiać wpisy o moich kolejnych fazach, a jak wrzucę tego wpisa, to jeszcze wrzucę coś od Enyi jako awatar, muszę się tylko zdecydować, co, jeśli w ogóle uda mi sę zdecydować.
2017-07-31 13:52:30
Celtic1002
Nasza ukochana, słodka Enya. <3 Chyba nic więcej nie mam do dodania, ale cieszę się, że się w jakimś
stopniu przyczyniłam do tego, że ją polubiłaś. :)
2017-07-31 14:37:15
pajper
Ojjj, przepraszam za komentarz z tak dużym opóxnieniem, ale jakoś nie miałem chwili na przeczytanie tego wpisu.
Uwielbiam twórczość Enyi.
Ja też odkryłem ją przez Angelikę, mam ogólnie wrażenie, że to ona była jedną z głównych promotorek jej muzyki w niewidomkowym środowisku.
Ale trochę o Enyi zapomniałem po czasach głównej Klangowej aktywności, tzn. po roku, powiedzmy, 2011-2012-2013.
Czasem coś przesłuchałem, ale to raczej przy okazji.
A moje umiłowanie Enyowej muzyki, jeśli mogę tak to określić, wróciło podczas pisania pierwszych wersji Eltena.
No i tak zostało do dziś, kocham jej twórczość. :)
2017-08-09 21:37:14
moozgish
Tak, też mi się wydaje, że to głównie za sprawą Angeliki Enya pojawiła się w naszym środowisku. Swoją drogą podobno wielu ludzi tak ma, że słuchają Enyi, potem mają przerwę, a po jakimś czasie do niej wracają, ja też mam takie momenty, że nie słucham jej zbyt dużo, niemal w ogóle, a potem wracam i potrafię spędzić cały tydzień, albo dłużej słuchając niemal wyłącznie Enyi, niektórzy wracają tak jak Ty po latach przerwy. TO jest ciekawe zjawisko według mnie.
2017-08-09 21:49:39

O jednej niemiłej i wielu miłych rzeczach słów kilka.

Witajcie!
Zacznę jednak chyba od tej niemiłej rzeczy, bo jest dość szokująca. Wczoraj Zofijka złamała nogę. W kolanie. Jechała na wrotkach, ale była u niej nasza kuzynka, która też jeździła, mimo, że nie bardzo umie, więc Zofijka pożyczyła jej ochraniacze, dosłownie na chwilę. Pewnie gdyby tego nie zrobiła, teraz w ogóle nie byłoby sprawy. Prawie całą nogę ma w gipsie i w sumie nie wiadomo, czy w ogóle potem będzie mogła jeździć na wrotkach. W gipsie ma być sześć tygodni, cały czas ją ta noga boli. Dzisiaj Tatul skombinował jej jakieś kule, to sobie w tym względzie jakoś radzi, nienajgorzej właściwie, ale jest wciąż dość przybita. Wczoraj jak wróciła do domu, była w jakimś takim szoku, że właściwie ledwo co mówiła, tylko, że się chce szybko położyć do łóżka i jest głodna, ale nie da rady nic zjeść. Nic więcej nie mówiła, co jest bardzo, bardzo nie w stylu Zofijki, bo normalnie jak ma jakiś problem to ciągle gada. Jak nie ma to też. Dziś już jest lepiej, na szczęście wciąż jest z nią Dominika - nasza kuzynka - to chociaż o tym tyle nie myśli. Wydaje mi się, że problem jest nie tyle w tym, że złamała sobie nogę, ale że może nie będzie mogła już jeździć na wrotkach, no i że nie pojedzie w czwartek na obóz siatkarski. Strasznie się na pewno wynudzi.
Co do miłych rzeczy: Tatul dzisiaj rano był w sklepie po cóś tam i specjalnie kupił Zofijce i mi bułki maślane. Bardzo często Tatul rano kupuje mi bułki, co jest bardzo miłe z jego strony.
Miałam po prostu piękny, no genialny, niesamowity sen. W szczegóły wchodzić nie będę, bo musiałabym się rozpisywać o rzeczach, o których przynajmniej póki co nie macie pojęcia, wpis pewnie miałby z dobrych kilka stron, nie wiem, może kiedyś będzie osobny wpis na ten temat i moimi snami też się z Wami podzielę, może tak, a może nie, muszę jeszcze pomyśleć. Jakby jednak nie było miałam piękny sen i warte jest to udokumentowania.
I żeby było jeszcze fajniej, odpisał mi dzisiaj Bardzo Miły Człowiek, a żeby było jeszcze fajniej, jak mu bezzwłocznie odpisałam, to jeszcze dzisiaj mi odpisał ponownie. :D Jak to zwykły email może człowiekowi zrobić endorfinowy koktajl z mózgu. :D
Dostałam od Mamulki specjalne kulki do kąpieli, znaczy nie jakieś specjalne, że specjalne, po prostu kulki specjalnie do kąpieli. Już wcześniej ich nie raz używałam i zawsze bardzo je lubiłam, to są takie bardzo fajne lawendowe kulki, to znaczy z olejkiem lawendowym w środku, są takie małe, wrzucasz je do wody i one się bardzo szybko rozpuszczają, no i ja się dzisiaj myłam w ich towarzystwie, oraz w towarzystwie Mishy, który pił wodę z umywalki. Także miałam towarzystwo doborowe doprawdy.
Jadłyśmy dziś z Zofijką krakersy z masłem orzechowym. Kiedyś strasznie nie lubiłam masła orzechowego, moja Mamula twierdzi, że musiałam pierwszy raz zjeść jakieś podrobione i jest to bardzo możliwe, bo jak Mamulka po kilku latach od tego momentu, gdy ja je jadłam po raz pierwszy, kupiła sobie masło orzechowe i ja go spróbowałam, stwierdziłam, że jest bardzo dobre i zupełnie inne od tego czegoś, co ja jadłam kilka lat temu. Także obecnie lubię, i ja i Zofijka też, masło orzechowe. Bardzo miło też nam się z Zofijką rozmawiało.
OK, to by było chyba tyle.

2017-07-29 20:16:06
Celtic1002
Biedna Zofijka. Ja sobie nigdy nogi nie złamałam, no i oczywiście bym nie chciała, ale Zofijce bardzo,
bardzo współczuję.
2017-07-29 23:09:10
moozgish
No bardzo biedna Zofijka. Ja też sobie nigdy nic nie złamałam, ale byłam w gipsie po operacji, więc w jakimś sensie znam ten ból i dla mnie osobiście niewiele było rzeczy tak frustrujących jak gnicie w gipsie, więc też jej bardzo współczuję. Cały czas jest przybita, płakała dziś trochę, ale i tak jest bardzo dzielna.
2017-07-30 11:19:18
Monia01
Ja w gipsie nigdy niczego nie miałam, ale dawniej gips był moją największą zmorą. No może prócz żab, które w koszmarach prześladują mnie do dziś, bo z lęku do gipsu się wyleczyłam. Kiedyś jednak bałam się go panicznie! Kobieta, która się mną opiekowała, złamała sobie rękę i zaczęłam uciekać choćby na dźwięk jej nazwiska albo w ogóle przypuszczenia, że mogłaby znajdować się w tym samym pomieszczeniu co ja. Tę moją awersję do ludzi mających coś w gipsie rodzinka, pogodziwszy się z faktem, że w żaden sposób nie da się jej ze mnie wyplenić,, jakoś zaakceptowała, ale... potem moja siostra złamała sobie rękę! Cały wieczór przeleżałam w łóżku, czekając, aż ona pójdzie spać, żebym mogła skorzystać z łazienki. Potem gips zaczął mi się nawet podobać i kiedy siostra następnego lata złamała sobie drugą rękę, obyło się już bez chowania pod kołdrą. :) Tak więc Zofijce bardzo współczuję... I to jeszcze w wakacje... :( A masło orzechowe jest pyszne!
2017-07-30 12:47:01
moozgish
Ojj, to ciężka gipsofobia, ciekawe, że aż taka, skoro nigdy niczego sama w gipsie nie miałaś. Ja mam po operacji po której byłam bardzo długo w gipsie chyba jakąś lekką traumę, bo jeszcze mi się czasami śni, że w nim mam całe nogi, a jak dotknęłam tego Zofiji gipsu to mnie aż ciarki przeszły. Rzeczywiście bycie w gipsie podczas wakacji to kicha, akurat jak na złość Zofijce zrobił się upał i jest jej w tym bardzo gorąco i nikt do niej nie przychodzi, bo wszyscy wolą być na podwórku.
2017-07-30 15:24:33
pajper
Ojjj, współczuję twojej siostrze.
Na szczęście ja niczego nie złamałem, jak dotąd.
Ale mój brat niedawno coś zrobił sobie ze stawem skokowym i też w gipsie był przez sześć tygodni.
Nikomu nie polecam.
Pozdrawiam,
DP
2017-07-31 10:41:42

Camille DeAngelis - Nowa Mary.

Przyszedł więc czas na recenzję pierwszej książki na moim blogu.
"Nowa Mary" raczej nie należy do żadnego z typów książek, które czytam często. Zaintrygował mnie ogromnie opis z okładki na Biblionetce i właśnie dlatego postanowiłam ją przeczytać.
Lucy Morrigan, córka naukowca i genetyka, sama również będąca naukowcem i genetykiem, w pracy zajmuje się chorobą Huntingtona, ściślej rzecz ujmując poszukiwaniem leku na nią. Po godzinach relaxuje się w piwnicy, przeprowadzając badania dotyczące ludzkich komórek macierzystych i ich klonowania. W pewnym momencie Lucy zdaje sobie sprawę, że chciałaby mieć dziecko. Mimo, że przez jakiś czas ona i jej chłopak Gray starają się o nie, w końcu okazuje się, iż dziewczyna nie będzie mogła normalnie zajść w ciążę. W związku z tym wpada na jakże oryginalny pomysł. Klonuje swoją babcię Mary. Niestety, dopiero potem dowiaduje się, że istnieje możliwość, iż sklonowana Mary będzie posiadała wspomnienia prawdziwej babci Lucy. Experyment udaje się o tyle, że istotnie Mary zostaje "wskrzeszona", jednak z czasem oczywisty staje się fakt, że nie będzie normalnym noworodkiem. Nie będzie noworodkiem w ogóle, ponieważ komórki, z których została stworzona, należały do jej dawczyni, gdy miała dwadzieścia dwa lata. Kopia Mary budzi się w sztucznej macicy, skonstruowanej przez ojca Lucy, śmiertelnie przerażona i nie bardzo wiedząc, o co chodzi. Lucy, Megan i Gray doprowadzają ją do normalnego wyglądu, po czym zostaje na jakiś czas uśpiona lekami nasennymi. Budzi się z mętlikiem w głowie. Jest w swoim domu, ale nie w swoim pokoju, wokół niej znajdują się rzeczy, których jeszcze przed jej obudzeniem w ogóle tu nie było, a przede wszystkim nie wie, gdzie podział się jej mąż, Teddy. Z czasem akceptuje fakt, że nie jest prawdziwą Mary, a jedynie owocem nieudanego experymentu swojej "wnuczki", co jednak bardzo wiele ją kosztuje. Nie może tylko przestać tęsknić za swoim mężem. Wobec tego w końcu Lucy zdecyduje się sklonować także i Teddy'ego, choć wiąże się z tym jeszcze większe ryzyko. Teddy, którego stworzyłaby Lucy, mógłby pamiętać swoją śmierć, co raczej nie wpłynęłoby dobrze na jego stan psychiczny. Poza tym prawdziwy Teddy był kombatantem, więc mógłby nie otrząsnąć się z wojennych wspomnień i z traumy. Na szczęście ten experyment się udaje i Teddy - choć piętnaście lat starszy od tego, którego pamięta Mary, bo Lucy dysponowała tylko komórkami z exhumacji dziadka - pojawia się na świecie cały i zdrowy.
Nie będę spoilować Wam całej fabuły, bo jeśli ktoś zdecyduje się tą książkę przeczytać, naprawdę nie będzie miał już połowy przyjemności, zaskoczenia i w ogóle wszystkiego, niemniej jednak dużo się tam dzieje i ja przeczytałam ją właściwie w jedną noc- zaczęłam w środę wieczorem, a skończyłam w czwartek rano, akurat nie mogłam spać więc szybko poszło, tak mnie wciągnęła.
"Nowa Mary" dała mi wiele do myślenia, jako chrześcijance postępowanie Lucy wydaje mi się niesamowicie niemoralne, nieetyczne i w ogóle, choć przyznać muszę, że ją samą polubiłam i choć nigdy wcześniej tematyką klonowania się absolutnie nie interesowałam, teraz w jakimś stopniu się to zmieniło, ponieważ jakkolwiek zdecydowanie stwarzanie nowych ludzi nie jest i nie powinno być w naszej gestii, to jednak sam temat klonowania ludzi jest ogromnie interesujący, nigdy bym nie przypuszczała, że aż tak. Zawsze myślałam raczej, że w efekcie sklonowania człowieka może powstać ewentualnie jakiś cyborg o identycznym wyglądzie i IQ, chociaż to nielogiczne, bo przecież emocje i inne tego typu rzeczy też się w genach zapisują, no ale tak właśnie sądziłam. Zaczęłam się w ogóle zastanawiać, czy aby nie nawiązać znajomości z kimś światłym, kto by mi potrafił wskrzesić Mishę, jak mu się już licencja na pierwsze życie skończy. :D Oczywiście się nabijam, bo z takim Mishą pewnie więcej bym się po weterynarzach najeździła, niż robiła cokolwiek innego i i tak pewnie po mniej więcej sześciu latach musiałabym nowego mieć.
Jak skończyłam już całą książkę, czułam trochę niedosyt, bo mam wrażenie, że kilka końcowych wątków można by jeszcze trochę pociągnąć, zwłaszcza wątek z Lucy, bo jej sytuacja na końcu książki ogromnie mnie zaskoczyła, wręcz mną wstrząsnęła, jej ojciec musiał mieć coś z mózgiem chyba, wątek Mary i Teddy'ego też by można, no ale cóż.
I tak książka jest naprawdę świetna i zdecydowanie polecam ją wszystkim. Zanim zaczęłam ją czytać, byłam już uprzedzona, że przekład nie jest najlepszy i to prawda, pod tym względem "Nowa Mary" jest troszkę toporna, ale idzie się przyzwyczaić.
Komu mogłabym szczególnie polecić tę książkę?
Przede wszystkim oczywiście ludziom, których tematyka klonowania czy w ogóle genetyki interesuje. Ludziom, którzy interesują się kwestiami etycznymi i moralnymi. Ludziom, którzy lubią science fiction i inne podobne wytwory. Ludziom, którzy lubią książki kontrowersyjne. No i ludziom kierującym się takimi samymi pobudkami jak ja, gdy zaczynałam czytać tę książkę, czyli takim, którzy lubią książki z dziwną atmosferą, o dziwnej tematyce, o dziwnych ludziach, generalnie dziwne w pozytywnym według mnie znaczeniu tego słowa. Co do dziwnej atmosfery, to mi się bardzo podobała atmosfera w piwnicy Lucy, śmiszne takie laboratorium.
Tak więc jeszcze raz gorąco wszystkich zachęcam do przeczytania tej książki, naprawdę zdecydowanie warto. Na Biblionetce wystawiłam 5,5, co chyba samo mówi za siebie.
2017-07-28 17:01:33

Ja Misha.

Hhrrru?
To ja Misha. Dawno mnie tu nie było. Ostatnio dostaję dużo dobrego jedzenia. Zofijka kupiła mi moje ulubione kiełbaski, Emi kupiła mi nowe przekąski. W ogóle jest fajnie. W środę nawet mi pozwolili wyjść na taras! Sam mogłem wyjść! Sam, bez nikogo. Ale byłem szczęśliwy. Najgorsze, że wtedy był deszcz. Gdyby nie było deszczu, to bym gdzieś daleko pobiegł, na koniec świata i wreszcie wszystko bym obejrzał i wszystkim bym pokazał, że jestem najlepszy. Ale był deszcz, a ja nie lubię deszczu. Lubię tylko pić wodę, a nie jak na mnie chlapie. Więc tak chodziłem bokami, żeby na mnie jak najmniej chlapało, ale i tak było fajnie. I bardzo długo tam byłem, ale w końcu zrobiło mi się zimno i mamusia mnie wpuściła. Ostatnio mam więcej ochoty na to, żeby się tulić i być z ludźmi, Zofijka mówi, że to znaczy, że się starzeję. Szkoda. Ale Emi mówi, że i tak jestem jeszcze bardzo młodziutki. Wczoraj bawiłem się z Emi i Zofijką, że jestem królem, a potem jeszcze w różne inne zabawy. Bo ze mną można się bardzo fajnie bawić, naprawdę. Ja dużo rozumiem, Zofijka mówi, że więcej, niż jakiś tam dachowiec, ale mama i tak ciągle mówi, "Misha, jesteś głupi". Ale Zofijka mówi, że to tylko żart. Nie wiem, po co ludziom są te żarty, nic przez to nie wiadomo. A ja bym chciał wiedzieć tak naprawdę, czy jestem głupi czy mądry. Wczoraj jadłem schabik. Bardzo mi smakował. Zofijka mnie nakarmiła, a ja się głaskałem po główce. Dzisiaj mama obcinała mi pazurki i mnie czesała. Nie cierpię tego. To jest najgorsze, co może być. Kiedyś jeszcze mnie czesała inną szczotką i to było bardzo przyjemne, ale potem powiedziała, że tamta szczotka to jest jakiś "pic na wodę" i teraz mnie czesze taką okropną. No dobra, może ma jedną zaletę, po niej jestem jeszcze bardziej miękki. Ja lubię być miękki. I lubię być piękny i ładnie wyglądać, zawsze się bardzo długo myję przed snem i wtedy Zofijka mówi na mnie Michelle. To jest okropne. Jeszcze gorsze od czesania i obcinania pazurków. A jeszcze przydarzyła mi się jedna niemiła rzecz w środę. Babcia Emi, Olka i Zofijki powiedziała, że jestem brzydki. Nikt wcześniej nie powiedział, że jestem brzydki. Wszystkim się podobam. A babcia powiedziała mamie, że Emi powinna mnie nazwać Mysza, nie Misha, bo jestem taki szary jak mysz i wszystkim mówiła, że jej się nie podobam. Zofijka powiedziała, że jestem piękny i że myszy są inaczej szare, a Emi powiedziała, że w każdym razie jestem mądrzejszy i bardziej wrażliwy niż mysz, ale mi i tak było trochę smutno. Potem jeszcze Emi mi powiedziała, że wcale nie muszę się wszystkim podobać i to nawet dobrze, że się nie podobam wszystkim, bo pewnie zaraz by mnie ktoś ukradł, albo kupił sobie takiego podobnego Mishę. Emi twierdzi, że to by było straszne. Ciekawe, ile jest takich podobnych Mishów, którzy wyglądają tak jak ja. Chciałbym ich wszystkich poznać.
Pozdrawiam wszystkich bardzo Mishnie.
Misha, nie mysza ani Michelle.

2017-07-28 14:19:55

Środowe miłe rzeczy.

W środę były imieniny mojej Mamulki i w związku z tym było całkiem miło. Mamulka zrobiła toffi, w sensie ciasto toffi i ciasto z sokiem, przyjechała do Mamulki nasza najbliższa rodzina, całkiem miło spędziliśmy czas. Toffi wyszło Mamuli bardzo dobre, poza tym Tatul robił mi genialne drinki z wcześniej już wspomnianym Grand MCNishem w roli głównej, zresztą wszyscy się tymi drinkami mojego Tatula zachwycali, niezależnie z czym.
Inną miłą rzeczą było to, że zaczęłam czytać fantastyczną książkę, mianowicie "Nową Mary" Camille Deangelis, przeczytałam ją do końca wczoraj, ale cały czas mam w mózgu, pierwszy raz się z czymś podobnym zetknęłam, najprawdopodobniej będzie recenzja jakaś.
No i Misha. Misha był ze mną przez większość czasu gdy siedziałam z nimi przy stole. Wyobrażacie sobie? Siedział mi na kolanach i mruczał. I nie uciekał. Śmieszne, w ogóle nie w jego stylu. Żeby jeszcze było jakieś mięso do jedzenia, to ja rozumiem, ale było dopiero na kolację, a on tak ze mną siedział dużo wcześniej.
A, no i ciekawe nawijki mieliśmy z dziadkiem, co ma miejsce prawie zawsze, więc prawie bym o tym zapomniała, ale też bardzo miła rzecz, więc uwzględnić należy. :)
2017-07-28 13:54:34
hazel96
Super! Warto się cieszyć drobnymi rzeczami :D
2017-07-28 20:42:13
ambulocet
Ja też bardzo lubię rozmawiać z moim dziadkiem, a właściwie pra dziadkiem. Mimo, że ma 93 lata. Umysł
ma bardzo bystry. Często rozmawiamy o filozofii, bo mój pradziadek jest doktorem nauk humanistycznych
i zawsze się cieszy, że ma z kim podyskutować o tych sprawach.
2017-08-06 15:26:00
moozgish
O, fajnie, że masz tak z kim podyskutować. :) Mój dziadek ma lat zaledwie siedemdziesiąt, dyskutujemy właściwie o wszystkim, od medycyny niekonwencjonalnej przez przemiany polityczne w Polsce po jakieś kwestie psychologiczne i kiedyś stwierdził, że szkoda, że ze wszystkimi swoimi wnukami tak łatwo mu się nie rozmawia, co jest bardzo miłe.
2017-08-06 16:13:27

Inspiracja.

Dobroczynność nie polega na dawaniu kości psu. Dobroczynność to kość dzielona z psem wówczas, gdy jesteś równie głodny jak on.
Jack London
2017-07-28 13:42:47
Celtic1002
Słusznie, ale nie porównałabym tego do kości i dzielenia się kością z psem. :D
2017-07-28 18:52:23
moozgish
Haha, tu się zgodzę, że porównanie jest cokolwiek oryginalne. Ale bardzo słuszne mimo to.
2017-07-28 21:30:50
pajper
To prawda. :)
Chociaż, może to porównanie najtrafniejsze nie jest.
Ale fajnie lustruje, na czym polega dobroczynność. :)
PZDR
DP
2017-07-28 23:20:37
ambulocet
Zgadzam się. Przesłanie cytatu bardzo głębokie, chociaż samo porównanie może nie najszczęśliwsze. Z drugiej
strony każdy, kto ma psa, wie, że trudno jest być tak głodnym, jak on, głównie dlatego, że większość
psów, zwłaszcza określonych ras, jadłaby bezustannie. :)
2017-07-31 22:13:44

Wtorkowe miłe rzeczy.

Witajcie!
Wybaczcie, że nie pisałam wcześniej, ale rozwalił mi się zasilacz od laptopa, więc zanim sobie skombinowałam nowy, trochę zeszło.
Co do miłej rzeczy, jaka spotkała mnie we wtorek, ma ona ścisły związek z Mishą. Położyłam się na chwilę po południu na łóżku, Misha leżał w koszu, chciałam go pogłaskać, a on z tego kosza wyszedł i położył się na mnie. Był taki grzeczny i miły. I tak leżeliśmy razem prawie godzinę, a ja słuchałam wszystkich dźwięków w Mishy, które są bardzo piękne. Jak bije jego serduszko, jak oddycha przez sen, jak mruczy... Uwielbiam słuchać Mishy.
2017-07-28 13:11:50
Celtic1002
Ja też bardzo lubię koteczki, mruczące, miauczące, a zwłaszcza jak mruczą, bo to takie słodkie i uspokajajće.
2017-07-28 13:13:09
pajper
Nooo, koty są fajne, wiem, bo sam mam. :)
A teraz od kilku dni mamy trzy małe swoją drogą. :)
PZDR
DP
2017-07-30 14:46:10
moozgish
Ooo, aale miło. :)
2017-07-30 15:26:19

Wczorajsze miłe rzeczy.

Witajcie!
Wczoraj miałam ogólnie dość miły dzień. Tak jak już wcześniej pisałam, miałam miłe sny. Bardzo dużo
miłych snów. Miałam też różne niemiłe, ale większość była raczej miła. Zofijka pojechała na większość
dnia do koleżanki na urodziny, byłyśmy więc same z Mamulką, bo Tatul był w Szczecinie. Generalnie nie
działo się wczoraj raczej nic szczególnego, ale po prostu miło spędziłam czas. Ze szczególniejszych rzeczy
jeszcze, wieczorem napisała do mnie koleżanka z UK, z którą się wymieniamy mniej więcej raz w tygodniu,
czasami częściej, bardzo długimi mailami dotyczącymi dosłownie wszystkiego. Bardzo lubię jej maile, ponieważ
fajnie pisze i jeśli chodzi o styl i opisywanie tego, co się u niej dzieje, mamy poza tym dość dużo wspólnego.
Ostatnio wysyłałam jej zdjęcia Mishy, bardzo się jej spodobał, ale Misha podoba się wszystkim, więc raczej
nic dziwnego w tym nie ma. A, co do Mishy, to, jak może ktoś zauważył, nic wczoraj nie pisał. Powód jest
banalnie prosty. Przespał cały, dosłownie cały, długi dzień. I ja go w ogóle nie widziałam. Przez cały
dzień. Myśleliśmy, że w związku z tym będzie w nocy rozrabiał albo jęczał, co mu się często zdarza gdy
prześpi cały dzień, ale tym razem spał bardzo spokojnie w swoim koszu i mimo, że ja przez większość noy
nie spałam, bo mi się w ogóle nie chciało i robiłam różne rzeczy, bo mi się w łóżku nudziło, to Mishy
to raczej we śnie nie przeszkadzało. No i miłych rzeczy chyba tyle.
2017-07-25 12:21:03

Clannad - R? Na Cruinne.

Jest nowy awatar, tym razem już nie po ingliszu, tylko po irlandzku. Clannad jest dość znanym zespołem
w Polsce, w ogóle na świecie, więc nawet jak ktoś irlandzkiej muzyki nie słucha, może Clannad kojarzyć,
choć tego utworu raczej nie. Wielu ludzi w ogóle nie wie, jak brzmi język irlandzki, dlatego gdy pomyślałam,
żeby wstawić coś od Clannad, stwierdziłam, że musi to być po irlandzku, tak, żeby ci, którzy z tym językiem
do czynienia jeszcze nie mieli, mogli się z nim zapoznać. Ciekawa jestem Waszych opinii na temat tego
utworu, jeśli ktoś poprzez tę piosenkę po raz pierwszy zetknął się z językiem irlandzkim gaelickim, dzielcie
się wrażeniami. Rí Na Cruinne oznacza po irlandzku król wszechświata i piosenka dotyczy tego, jak ludzie
niszczą naturę, świat, samych siebie, jest to prośba do Króla Wszechświata, żeby raczył coś z tym zrobić
i żeby ludzie nie postępowali w ten sposób.
2017-07-24 15:41:15

Poniedziałkowa inspiracja.

Trzeba znaleźć równowagę pomiędzy tym, czego potrzebują od nas ludzie, a tym, czego potrzebujemy od siebie
my sami.
Jessye Norman.



2017-07-24 14:55:09

2017-07-24 14:55:28
ambulocet
Mądre słowa, bardzo prawdziwe.
2017-07-24 21:07:19
Celtic1002
Zgadzam się z Kubą. Bardzo mądre słowa.
2017-07-25 14:06:10

Uczucia po przebudzeniu.

Witajcie!
Znalazłam sobie writing prompt, bo chciałam coś napisać, ale nie wiedziałam, co właściwie, więc takie randomowe cóś będzie dziś. Jakie uczucia towarzyszyły mi po przebudzeniu i jakie bym chciała,
aby zawsze mi towarzyszyły.
Najpierw napiszę jednak trochę jeszcze o dniu wczorajszym, żebyście mieli kontext. Wczoraj wieczorem zeszłam sobie do Mamulki na dół, oglądała jakiś polski film, a mi się akurat nudziło,
więc oglądałyśmy razem i Mamulka się mnie zapytała, czy chcę jakiegoś drinka. Do niedawna miałyśmy z
Mamulką taką tradycję, że oglądałyśmy sobie cóś i piłyśmy Jacka Danielskiego, potem tradycja się rozwaliła,
ponieważ moja Mamulka ma chyba jakąś alergię na alkohol, już po jednym drinku rano zawsze ma taki ból
głowy, że nie chcielibyście nawet tego obserwować. W związku z tym teraz alkoholu nie pije w ogóle, a ja
nie lubię sama pić, a mój Tatul nie lubi whisky. Ostatnio jednak miałam taką ochotę na Jacka, czy jakąkolwiek dobrą whisky, że w tym
tygodniu piłam ją już dwa razy, najpierw Jacka, a właśnie wczoraj Grand MCNisha, z Pepsi w sensie, i
ów MCNish był bardzo dobry. W ogóle na początku zrozumiałam, że to MCMish, ale dobra, to już mój problem.
:D Więc wypiłam dwa drinki z tym MCNishem, ja wiem, że to jest dziwne, ale zawsze, jak się napiję jakiegoś
alkoholu, zaczynam myśleć po ingliszu :D więc sny miałam dziś też po ingliszu i bardzo, bardzo, bardzo
mi się podobały, chociaż były strasznie kosmiczne. W jednym z tych snów wygrałam nawet dziesięć tysięcy
złotych, także było bardzo ciekawie, ale całych tych snów nie będę teraz opowiadać, zresztą za bardzo
to było pokręcone.
Także przechodząc do meritum wpisu, obudziłam się dziś w bardzo ciekawym stanie. Byłam bardzo szczęśliwa
po tych wszystkich fajnych snach, zdziwiona, że w ogóle może się coś takiego śnić człowiekowi, zamulona
po MCNishu, co mi na szczęście po chwili przeszło i chciało mi się bardzo śmiać jak sobie przypomniałam,
o czym wczoraj dyskutowałyśmy z Mamulką. :D Było fajnie. W ogóle podoba mi się bardzo nazwisko MCNish
i wczoraj sobie postanowiłam, że sprawdzę, skąd się wywodzi, no poza tym, że ze Szkocji oczywiście. Nigdy
wcześniej o nazwisku MCNish nie słyszałam, nazwiska szkockie/irlandzkie zaczynające się od MC/MAC pierwotnie
znaczyły, czyim osoba nosząca to nazwisko jest synem, bo mac to syn, ale ja nie kojarzyłam i nie kojarzę
szkockiego imienia Nish ani żadnego podobnego. Dzisiaj chciałam się czegoś dowiedzieć na Behindthename.com,
ale tam też nie ma ani MCNisha ani Nisha. To tak troszkę of topic, jeszcze się na pewno dowiem, nie ma
że nie.
Także obudziłam się w stosunkowo miłym nastroju, dodajmy, że dość późno, bo jakoś chwilę przed dwunastą.

Z jakimi uczuciami chciałabym się budzić codziennie? Bo ja wiem? Ciężko stwierdzić, czy w ogóle chciałabym
się budzić zawsze z tymi samymi. Przede wszystkim nie chciałabym mieć tych moich epickich wprost koszmarów,
to już i tak byłoby nieźle. Chciałabym mieć więcej snów związanych z moimi fazami, dzisiaj na to narzekać
nie mogłam, ale patrząc na całokształt ostatnio jest trochę kiepsko. No i nie chciałabym tego, co mi
się stosunkowo często zdarza, czyli że śpię, nawet bardzo długo czasami, a budzę się tragicznie zmęczona,
no chore. Aha, i mogłabym mieć trochę logiczniejszy cykl snu, to też by dobrze wpłynęło na moje samopoczucie
po przebudzeniu, ale więcej raczej żadnych pomysłów nie mam.
A w jakim nastroju Wy się dzisiaj obudziliście? Z jakimi uczuciami chcielibyście się budzić?

2017-07-24 14:51:48
pajper
Kosmiczne sny?
Ooooo, coś dla mnie! :)
To jeszcze nic.
Ja kiedyś jakoś przypadkiem w domu przeszedłem na angielski i dziwić się zacząłem, że oni nie rozumieją, co mówię. :D
Z jakimi uczuciami?
Yyyy, na zasadzie, za długo. :)
Bo dla ciebie dwunasta to późno.
Ja się obudziłem o dziewiątej.
I dla mnie to bardzo póxno! :)
Ja zwykle się budzę o siódmej, max ósmej. :D
PZDR
Dp
2017-07-24 22:43:58
moozgish
Co do tych moich snów, to o kosmosie i kwestiach pokrewnych nic tam nie było, :D były tylko kosmiczne,
w sensie dziwne. Takich dosłownie kosmicznych snów chyba jeszcze nie miałam.
Hahahaha woow, pięknie. Ja tak hardcore'owo nie miałam, ale często jak robiłam coś dłużej po ingliszu,
to potem czasem ciężko mi było znaleźć polski odpowiednik jakiegoś słowa.
Ooj, to rzeczywiście długo spałeś w takim razie.
2017-07-24 23:06:30
pajper
Wiem, co miałas na myśli mówiąc kosmiczne. :)
Tylko się wygłupiam i czepiam słów. :)
PZDRDp

2017-07-24 23:43:11
moozgish
Tak też myślałam, ale wolałam sprostować, żeby nie było. :D
2017-07-24 23:44:29
Celtic1002
Eee, rakietowe sny to chyba tylko ja mam. :D Znaczy kosmiczne, i to dosłownie. :D
2017-07-25 14:04:01
hazel96
Spoko :D Ja z racji studiów filologicznych mieszam angielski z polskim co chwilę, to znaczy szczególnie po ciężkim dniu
na uczelni, aczkolwiek snów po angielsku nigdy nie miałam, raz tylko śniło mi się, że spóźniłam się na
egzamin.
2017-07-28 21:13:40

Misha jeszcze raz.

Hhrrru?
Tu Misha jeszcze raz. Przepraszam, że tak Was zanudzam moim śpiącym życiem, ale zdarzyło się coś bardzo
ciekawego. Jak zjadłem to pyszne mięsko, o którym Wam mówiłem, poszedłem spać do Emi. Potem zawołała
mnie mama, bo chciała mnie pokazać tym gościom, jaki jestem ładny. Potem chwilę kręciłem się na dole
i płakałem sam nie wiem za czym a Zofijka ciągle wrzeszczała z góry Misha przymknij się. Potem goście
przyszli obejrzeć pokój Emi i ja też tu przyszedłem. Byli tu strrrasznie długo, strasznie dużo i głośno
mówili i trochę nie wiedziałem, o co chodzi. Wlazłem na szafę do kosza, żeby się poczuć trochę bezpieczniej
i sobie na nich z góry popatrzeć, a nie tylko na nogi i tyłki. Już pisałem, że Emi nie lubi, jak wchodzę
na szafę, zawsze mnie wtedy ściąga, ale teraz nie mogła mnie ściągnąć, bo rozmawiała z tymi gośćmi, więc
sobie tam leżałem, a potem zasnąłem, sam nie wiem kiedy. Obudziłem się dopiero przed chwilą, bo Emi wyszła
z pokoju i zszedłem na dół do kuchni. Była tam mama i Emi. Mama dała mi jeszcze trochę boczku, ładnie
pachniał, ale ja niestety nie byłem głodny i mama powiedziała, że Misha gardzi jedzeniem i niedługo trzeba
mu będzie kupować krewetki, żaby i ślimaki. Ale to wcale nieprawda. Mogła mi po prostu dać później, na
pewno bym zjadł, ale nie. Ona go sobie sama zjadła i jeszcze tak robiła mmmmm. Pewnie specjalnie, żeby
mi było smutno, że nie jestem głodny i nie mogę go teraz zjeść. A potem przyszedł nasz Tatul, bardzo
dużo zrobił zamieszania, nie wiadomo po co mnie wołał i to nawet nie dziadu tylko Misha. Przyszedłem,
ale nic chyba nie chciał. Potem jeszcze raz zawołał Misha i powiedział chodź się pobawić z tatusiem.
Bardzo chętnie przybiegłem, lubię się bawić z tatusiem, rzadko się to zdarza, ale wszyscy się dziwili,
że tatuś sam się przyznał, że jest moim tatusiem. Wziął mnie na ręce i powiedział, że idziemy... no zgadnijcie
gdzie? Powiedział, chodź, Misha, idziemy na dwór. Bardzo się ucieszyłem, aż tak cichutko zrobiłem do
siebie hhrrru? Tata mnie trzymał na rękach i patrzyłem na świat. Ale potem podszedł do okna, widziałem
mamusię i wtedy chyba dopiero mamusia i Emi zauważyły, że nas nie ma, bo zaczęły strasznie wrzeszczeć,
żebyśmy wrócili, bo ja tatę podrapię i potem będę płakał pod oknami. A wcale że nie. Wcale bym mojego
tatusia nie podrapał i w ogóle bym nie płakał. Ale takie już są baby, zawsze muszą histeryzować. A tata
niestety ich posłuchał, wrócił ze mną do domu, rzucił mnie na ziemię, tak, że aż podskoczyłem i był trochę
wkurzony. Chyba też chciał jeszcze dłużej zostać na dworzu. Może gdyby one nie zaczęły wrzeszczeć, pokazał
by mi cały świat? Ehhh, a tak tam było fajnie.
Pozdrawiam wszystkich bardzo Mishnie.
Misha.

2017-07-23 18:44:37

Misha. Po obiedzie.

"Hhrrru?"
Tu Misha. Bardzo się dzisiaj wyspałem. Spałem u Emi, prawie jak zawsze. Dłuuugo spałem. Potem coś
zjadłem i byłem sam. Wszyscy sobie gdzieś poszli. Smutno mi było. Wreszcie wrócili, a ja się polłożyłem
w drzwiach i Zofijka i Emi mnie bardzo dłuugo miziały, aż mi się już znudziło. Ale to było przyjemne
mimo to. Zofijka wzięła mnie potem na ręce i zaniosła do swojego pokoju i się ze mną bawiła. Potem położyła
mnie na łóżku i klepała, nie wiem dlaczego. To nie bolało, ale był taki dziwny, głośny dźwięk, że aż
podniosłem główkę, żeby sprawdzić co to tak dudni. A to we mnie dudniło i Zofijka bardzo się śmiała z
tego dźwięku i z tego, jak ja się zdziwiłem. Ale przecież to nic śmiesznego, że się zdziwiłem, chyba
mogłem, prawda? A potem przyszedłem do Emi, dostałem przekąskę i usnąłem w kartonie. Potem Emi gdzieś wyszła,
a ja nie lubię tu leżeć sam, chyba, że głęboko śpię. Do tego coś tak ładnie pachniało. Potem się okazało,
że to był Tatul. To nie Tatul tak pachniał ładnie, tylko Tatul smażył sobie boczuś. Nawet nie pomyślał,
żeby się ze mną podzielić, jak zszedłem, ale potem wszyscy już przyszli i mama zapytała mnie Mishka,
też byś sobie pewnie mięsko zjadł? No pewnie, że bym zjadł. Emi zapytała tatę, czy może mi dać trochę
boczku i mi dała. Bardzo dużo. No może nie jakoś bardzo bardzo, ale bardzo się najadłem. I teraz jestem
przymulony, nie chce mi się już więcej gadać, idę spać. Jestem teraz cały czas u Emi. Jak jadłem boczuś,
to przyszli jacyś ludzie, Emi mówi, że chcą obejrzeć nasz dom, szkoda, że nie mnie. Trochę się wystraszyłem,
bo robią strasznie dużo szumu i dlatego teraz tu jestem. I bardzo chciałbym teraz zasnąć.
Pozdrawiam wszystkich bardzo Mishnie.
Misha

2017-07-23 15:52:32
Celtic1002
Biedny Misha, niech śpi i niech mu się mleczko śni. :)
2017-07-25 14:05:27
moozgish
Wczoraj spałem cały dzień, aż się wszyscy dziwili. Piękne miałem sny Mishowe.
2017-07-25 14:07:05

Inspiracja na sobotę.

Pomaganie komuś jest tym, o co chodzi w życiu.
Willie Stargell.

2017-07-22 17:32:02
Celtic1002
Bingo. Zgadzam się w pełni.
2017-07-25 14:01:27

Słońce.

"Hhrrru?" Tak, to ja, Misha.
Dzisiaj rano byłem z mamą na chwilę na podwórku. Tak ładnie świeciło słońce, mi na główkę. Wreszci
mogłem trochę pooglądać świat. Trochę się ałem, bo dawno nie wychodziłem, wszystko na dworzu jes takie
inne, ale też byłem bardzo ciekawski, zawsze jestem ciekawski, i wyrywałem się mamusi, bo mnie trzymała
na rękach. Było naprawdę bardzo fajnie. Ale niestety nie dostałem nic dobrego na obiad. Oni jedli jakieś
ludzkie żarcie, nie było na pewno dobre, a ja dostałem tylko suchą karmę. I ogólnie mam dzisiaj nudny
dzień, poza tym, że widziałem słońce. Potem było mi smutno, że nie mogłem tam dłużej zostać i długo chodziłem
od okna do okna i płakałem, aż w końcu się zmęczyłem i zasnąłem. Emi mówi, że ja za dużo jęczę i narzekam,
ale ja wiem, że to nieprawda. Jęczę tyle, ile trzeba.
Pozdrawiam wszystkich bardzo Mishnie.
Misha

2017-07-22 16:43:52

Ulubione wspomnienie.

Postanowiłam zrobić jeszcze jedną kategorię, właśnie z taką trochę randomową pisaninką od czapy trochę.
Będą tu rzeczy na wybrane przeze mnie tematy, albo może będę się posiłkować jakimiś writing prompts,
tak jak czasami to robię w moim pamiętniku, albo jakimiś blog challenges, no nie wiem, zobaczymy, co
z tego wyjdzie. Co o tym myślicie?
Więc tematem, jaki sobie dzisiaj obmyśliłam jest jakieś jedno moje ulubione wspomnienie. Temat dość
trudny, bo każdy ulubionych wspomnień ma setki, do tego często jak o tym myślisz, to trudno akurat je
przywołać, a czasem jest też tak, że te najbardziej ulubione tak właściwie średnio nadają się do roztrząsania
wobec szerszej publiczności. Był to jednak pierwszy pomysł, jaki wpadł mi do mózgu, gdy myślałam o temacie
na wpis do tej kategorii. Postanowiłam, że napiszę Wam o czymś bardzo nieodległym, a też miłym, z pewnością
gdybym miała robić jakiś ranking, to wspomnienie znalazłoby się w ścisłej czołówce.
Napiszę Wam mianowicie o moim pobycie w Sztokholmie. Byłam tam w tym roku od 1 do 8 lipca. Akurat
Zofijka wyjeżdżała na obóz pływacki, Tatul wziął sobie urlop i na kilka dni przed tym Zofijki obozem
nagle do mnie przychodzi i się mnie pyta, czy bym chciała pojechać do Sztokholmu. Do Sztokholmu chciałabym
pojechać zawsze, a mój Tatul obiecuje mi ten wyjazd co roku już od dobrych kilku lat, teraz jeszcze mi
obiecuje, że pojedziemy. Jednak okoliczności nigdy dotąd nam na ten wyjazd nie pozwoliły. No więc ja
oczywiście powiedziałam, że bym chciała, więc Tatul powiedział, że popłyniemy 1 lipca promem do Karlskrony
i potem dojedziemy samochodem do Sztokholmu. A ponieważ Tatul zawsze chce mieć wszystko zaplanowane na tip top,
ja miałam wykminić jakiś hotel i wybrać miejsca, które chciałabym zobaczyć i przy pomocy mojego polskiego
kolegi, tułającego się wiecznie między Szwecją a Finlandią i mojej szwedzkiej koleżanki mieszkającej
w Warszawie udało mi się całkiem dorzeczny plan skonstruować, aczkolwiek jednak jakoś ściśle się go nie
trzymaliśmy. Do Sztokholmu dojechaliśmy 2 lipca rano, ja bardzo cisnęłam mojego Tatulka, żebyśmy od razu
pojechali do Cornelisparken, czyli parku poświęconego Cornelisowi Vreeswijkowi. O Vreeswijku będzie tu
jeszcze duuużo jak sądzę, napiszę teraz tylko, że jest on obiektem mojej poprzedniej wielkiej fazy, żył
i tworzył głównie w Szwecji, ale urodził się w Holandi. Był muzykiem, poetą i okazjonalnie aktorem, bardzo
go znają w Szwecji, albo kochają, albo nienawidzą, bardzo rzadko zdarza się ktoś pośrodku. Dodam jeszcze,
że na Drimolandi są wpisy zarówno o Vreeswijku jak i o fazach w ogóle. Więc byliśmy
najpierw w tym parku, potem jeszcze pojechaliśmy na cmentarz do Vreeswijka, kupiłam mu z Mamulką kwiatki
i mu zostawiłam. Jak trochę odpoczęliśmy, bo jednak całą noc płynęliśmy tym promem, to poszliśmy jeszcze
sobie na taką trasę, która się nazywa Monteliusvägen, na której można zoaczyć prawie cały Sztokholm z
góry. W następnych dniah bardzo dużo gadałam z ludźmi po szwedzku i po angielsku, spotkałam też Finkę
z zarąbistym, fińskim akcentem, która mieszka w Sztokholmie od pięciu lat. Podeszła do nas dlatego, że
rozmawialiśmy po polsku, bardzo ją to zainteresowało, a co mnie bardzo ucieszyło, chwilę rozmawiałyśmy
i ona powiedziała, że jak na Polkę mam wyjątkowo szwedzki akcent. :D Zziwiło mnie to też trochę. Jedliśmy
dużo genialnych, zjadliwych i dziwnych rzeczy, na przykład słynne kötbullar, które mi bardzo smakowały,
ale najlepsza była dla mnie czekolada z takimi wielkimi orzechami, jakoś na M się nazywała i ih lody.
Odwiedziliśmy zamek królewski i Drottningsholm, jakieś małe wioski w okolicach Sztokholmu, gdzie ludzie
bardzo fajnie mówią, w szwedzkim coffeeshopie, a ostatniego dnia sklepie z minerałami, skąd mam hyba
najmilsze wspomnienia. Mamulka zauważyła go gdzieś po drodze. Weszłyśmy tam, bo chciałam zobaczyć, czy
mają jakieś szlachetne lub półszlachetne kamienie. Okazało się, że jest ich bardzo, bardzo wiele. Wybrałam
sobie lapis lazuli, malachit i agat, ale marzył mi się taki wieeelki szafir birmański. :D Po naszemu
kosztował ponad pięć stów. Jak już sobie te kamienie wybrałam, podszedł do nas facet, niestety ze sk?nskim
akcentem, co mnie na początku przeraziło, bo ja tych sk?nskich stosunkowo słabo rozumiem, ale bardzo fajnie
się dogadaliśmy mimo tego. Od razu wiedziałam, że się zna na rzeczy, nigdy jeszcze nie widziałam takiego
sklepu w Polsce, w sklepach, w których byłam, ludzie robią wrażenie, jakby nie wiedzieli, co sprzedają.
Ten gościu znał się na rzeczy, co ciekawe, mnie też traktował jak jakiegoś experta w dziedzinie, chociaż
nim zdecydowanie nie jestem, może po prostu rzadko mu się trafiają ludzie, którzy chcą coś do kolekcji,
bo jak zauważyłam było tam bardzo dużo kobitek kupujących raczej biżuterię. W każdym razie było to z
jego strony bardzo miłe. Pokazał mi kamienie, które hciałam zobaczyć, bo normalnie były za gablotkami,
czyli wszystkie malachity, lapisy lazuli i agaty. Potem moja Mamulka zwróciła uwagę na węglik krzemowy,
który kamieniem półszlachetnym nie jest, ale bardzo mi się spodobał. Wtedy przyszedł Tatul, zobaczył
te wszystkie kamienie i wspomógł mnie gotówką, więc ten węglik również kupiłam i zamiast malachitu, który
wybrałam, kupiłam sobie taki dosyć drogi i całkiem pokaźnych rozmiarów. Potem niechcący się wygadałam
o tym szafirze, chyba dlatego, że mi się już języki zaczęły mieszać z wrażenia, a gościu się bardzo podexcytował
i dostałam w prezencie szafirową kulkę, więc byłam w jeszcze większej euforii. Obecnie mam z niej wisiorek.
Także ogólnie wyjazd bardzo, bardzo mi się udał, mojemu Tatulowi też się podobało, mojej Mamuli najbardziej
podobało się w sklepach z odzieżą. :D Nagadałam się w dwóch językach za troje ludzi, miałam sny po szwedzku,
no pięknie było.
Jeśli macie ochotę podzielić się Waszymi ulubionymi wspomnieniami, to zapraszam, chętnie o nich poczytam. :)
2017-07-22 16:24:40
Celtic1002
Wow, musiało być naprawdę cudownie w tym Sztokholmie. Zresztą, już Ci o tym pisałam, ale powturzę jeszcze
raz. Dziękuję, że pozdrowiłaś Vreeswijka.
2017-07-25 13:57:12
moozgish
A spoko, cała przyjemność była po mojej stronie. :D
2017-07-25 14:05:09

O dzisiejszych miłych rzeczach.

Witajcie!
Dziś również postanowiłam napisać trochę o tym, co u mnie miłego. Otóż:
Spał ze mną Misha. Ale jak spał! Leżał koło mnie na poduszce, przeciągał się i chociaż zawsze po kilkudziesięciu
minutach decyduje się jednak wygodnie ułożyć w swoim koszu, dzisiaj leżał tak ze mną jeszcze długo po
tym, jak zasnęłam. W nocy na chwilę się przebudziłam i w tym akurat momencie Misha trzymał mi obie swoje
przednie łapki na głowie i główkę mi opierał na ramieniu. Potem jednak wrócił do swojego kosza, ale jak
tam jest, to też jest bardzo fajne. Ważne, żeby był w ogóle.
Potem już w trakcie dnia kilka razy do mnie przychodził.
U Zofijki wciąż jest jej koleżanka. Na noc chciała wrócić do domu i wróciła, ale jak tylko wróciła
podobno się rozpłakała i powiedziała swojej mamie, że tęskni za Zofijką i wysłała jej rozpaczliwego SMS-a,
że ją kocha i wszystko dla niej zrobi i dzisiaj już koło ósmej była znowu u Zofiji. :D Podobno w poniedziałek
jedzie do Warszawy na badania mózgu, bo jest po operacji jakiegoś guza i było jej bardzo smutno, bo dwa
dni nie będzie widziała Zofijki, ale w końcu obie Mamule się zgodziły i z tego, co mi wiadomo, Zofijka
również pojedzie podbijać stolicę. Wczoraj była w takiej euforii, że zasypiała dwie godziny. :D
Mamulka zrobiła nam dobry obiad. Bardzo różne pierogi. Kupiła je oczywiście w sklepie, każdy mógł
jeść, na jakie miał ochotę.
Dostałam krótkiego i bardzo miłego maila od Bardzo Miłego Człowieka, najprawdopodobniej jeszcze się
dzisiaj skontaktujemy, także teraz to ja jestem w euforii.
Moja ciocia robi urodzinowego grila, a ja na niego nie jadę. Ta moja ciocia jest też moją mamą chrzestną,
lubię ją generalnie, poza tym, że słynie z upierdliwości, w ogóle raczej lubię rodzinę mojej Mamuli, poza tym, że się do nas za bardzo wtrąca,
ale ostatnio jest między nami sporo totalnie idiotycznych konfliktów, to znaczy między naszą rodziną,
a rodziną Mamuli, na pewno dzisiaj będą sobie umilać atmosferę rozgrzebywaniem tego wszystkiego, a słuchanie
tego czy branie w tym udziału zdecydowanie nie należy do przyjemnych rzeczy, ale akurat złożyło się tak,
że zadzwonił dzisiaj mój wujek, brat Mamuli i tej cioci i chciał, żeby Tatul go gdzieś tam zawiózł, jak
będzie wyjeżdżać, więc i tak dla kogoś z nas miejsca by nie było. I to, co mnie w tym wszystkim najbardziej
cieszy, to fakt, że potem napisał do mnie Bardzo Miły Człowiek, stwierdził, że koło czwartej będzie mieć
chwilę i może mi pomóc z walijskim. No to kurde, jak ja bym mogła nie skorzystać z okazji? :D Cóż.
OK, miłych rzeczy chyba tyle.
2017-07-22 15:06:41
ambulocet
Z tym, że Misza się do Ciebie tak przytulał, to słotkie. Ja z Tillunią też się często przytulam. Jak,
leży u mnie na łużku, to czasem kładę się za nią i ją obejmuję. Ona zwykle wtedy zasypia. Ogólnie kiedyś
spała ze mną zawsze w nocy, ale niestety później mnie zdradziła i przeniosła się do mamy, na większe
łużko. Pocieszam się tylko, że z mamą śpi też po części dlatego, żeby pilnować swoich interesów, bo zawsze
rano, jak już dostanie jedzenie, to przychodzi do mnie.
2017-07-22 16:19:08
moozgish
My też z Mishą się obtulamy w dzień na łóżku i on wtedy zasypia, albo kładzie się na mnie, główkę mi opiera
na poliku i ja go miziam. Często ze mną śpi w nocy, ale też nie zawsze. Na pewno, skoro Tilla przychodzi
do Ciebie, tylko później, to cały czas musi lubić u Ciebie spać, Misha ma na przykład tak, że o różnych
porach i w różnych okolicznościach śpi w różnych miejscah, więc może ona ma jakoś podobnie.
2017-07-22 16:34:09

Miłe rzeczy.

Siedzimy z Mishą u mnie w pokoju, Misha leży obok mnie w swoim kartoniku, ja słucham walijskiego zespołu
Pigyn Clust i myślę, że dziś też można by o miłych rzeczach trochę napisać.
Pierwszą miłą rzeczą jest fakt, że się wyspałam. Ostatnio nie bardzo jest to takie oczywiste, ale
w końcu się udało.
Spał ze mną Misha. Najpierw w łóżku, a potem w swoim koszu, czyli właściwie też w łóżku, bo on na
łóżku stoi. Ja zawsze śpię z zamkniętymi drzwiami, po pierwsze dlatego, że mam w nocy otwarte okno i
byłby przeciąg, po drugie dlatego, że po prostu z otwartymi już chyba nie umiem i sobie nie wyobrażam.
Skutkuje to jednak tym, że jeśli chcę, żeby spał ze mną Misha, to muszę go potem, często o dość niekonwencjonalnych
porach wypuścić. Ale korzyści ze spania z Mishą przewyższają ową niedogodność. Dzisiaj akurat Misha pozwolił
mi się wyspać, bo nie jęczał do siódmej, a o siódmej wstała Mamulka i go wypuściła, więc nie musiałam
tego robić ja.
Kolejną miłą rzeczą jest inglisz. Lubię inglisza jako język, bardzo lubię, kocham wręcz, jak wszystkie
moje języki, lubię też moje lekcje inglisza, bo zawsze się jakieś dyskusje ciekawe wywiążą. Tak jak i
na szwedzkim nieraz się zdarza, choć na szwedzkim rzadziej, dlatego, że na szwedzkim robię dużo więcej
rzeczy niż tylko gadam i piszę coś do matury, a na ingliszu przez 110 minut ze 120 nawijamy.
Jak tylko skończyłam inglisza, zauważyłam rzecz, która ucieszyła mnie najbardziej w całym tym dniu,
mianowicie dostałam bardzo miłego, co więcej długiego maila od bardzo miłego człowieka, na którego też
niezwłocznie odpisałam, co również sprawiło mi niemałą przyjemność. A że pisałam go w większej części
po ingliszu, to miałam jakby przedłużoną lekcję. :D
Koleżanka Zofijki wciąż z nami jest i wygląda na to, że nie myśli nawet o opuszczeniu nas. Z powodu,
który wymieniłam we wpisie tyczącym się dnia wczorajszego bardzo mi to odpowiada. A że jeszcze do mojej Mamulki przyjechali
goście, to jest trochę szumnie.
Przyszedł do mnie Misha. On przychodzi do mnie, jak chce spać, ogólnie spodziewałam się go wcześniej,
zwłaszcza, że u nas taki tumult i tylu obcyh ludzi,
i dziwiłam się, że nie przychodzi, czasami potrafi spędzić w tym swoim kartoniku cały dzień, ale w końcu
przyszedł, stanął pod drzwiami i ładnie poprosił, żeby mu otworzyć. Poza tym ogólnie miałam miły dzień.
A, jeszcze zanim oni przyjechali, to byłam przez całkiem długi czas sama w domu, to znaczy jeszze z Mishą.
Uwielbiam być sama w domu. A jescze bardziej sama z Mishą. Miłego wieczoru wszystkim życzę, jak również
przyjemnych snów. :)
2017-07-21 20:39:38
pajper
Uwielbiam być sama w domu, wtedy można pobawić się wybuchami. :)
Przepraszam, tak mi się skojarzyło. :)
Mój tata, z miłości chemik, jak był w technikum, pod nieobecność rodziców przeprowadzał różne eksperymenty chemiczne.
Skończyło się na małym pożarze i wymianie dywanu, jak coś nie wyszło kiedyś. :)
2017-07-21 20:55:10
Celtic1002
Hahahaha, "Wakacje z duchami"? A to dobre. :D :D :D Mogłyby być. Miałaś bardzo, bardzo, bardzo miły dień.
:) Podrap ode mnie Mishę za uszkiem, jak lubi.
2017-07-21 21:03:00
moozgish
Pajper: Hahahahahaa, istotnie świetny pomysł na spędzanie czasu będąc samemu w domu. :D
Celtic1002: Misha bardzo lubi, jak się go drapie za uszkiem. Zaraz dam mu przekąskę i go podrapię.
:)
2017-07-21 22:40:17

Mniammm. Rybka.

"Hhrrru?" Tu Misha.
Mam dzisiaj bardzo miły dzień. Podobno już nie mam diety. Dzisiaj dostałem od Emi bardzo dobry obiad.
Mama zrobiła rybkę jeszcze jakimś innym ludzkim żarciem, ale nawet mi nie dała małego kawałeczka. Potem
przyszła Emi, ja usiadłem obok niej na krześle i ona dała mi rybkę. Duuużo rybki. Trzy kawałki. Ten trzeci
był taki wielki, że mój ludzki tatuś powiedział: "Misha, jak ty to zjesz, to chyba pękniesz". Nie pęknąłem.
Czy tam nie pękłem, nie wiem, jak się mówi. Zawsze, jak dostanę coś bardzo dobrego, to potem się oblizuję
i głaszczę łapką po głowie. Dzisiaj też tak robiłem. Ale potem było już trochę mniej przyjemnie. Jeszcze
jak oni jedli obiad, Olek przyjechał z tej swojej pracy, wszedł do kuchni, podszedł do krzesła, na którym
ja siedziałem, powiedział "Wypad śmierdzielu" i mnie zepchnął. Nawet mama powiedziała, że można to było
zrobić delikatniej, ale Olek powiedział, że nic mi nie będzie. Nic mi nie było, ale to nie było miłe.
Gdyby usiadł obok mnie, to sam bym zszedł, zawsze tak robię. A potem jak zszedłem przyszła koleżanka
Zofijki, ona teraz śpi u Zofijki codziennie i mówi na mnie ta Misha. Podeszła do mnie i zawołała do Zofijki:
"Mam ją.". I zapytała się mnie, czy chcę do nich iść. Miauknąłem, bo nie chciałem, chciałem sobie pospać,
bo byłem bardzo najedzony, a tam u nich jest zawsze głośno. Ale ona pewnie pomyślała, że tak, wzięła
mnie tak dziwnie, że nic nawet nie widziałem i dobrze, że chociaż mama jej powiedziała, żeby mnie tak
nie trzymała, bo jestem najedzony i ufaflunię ją rybką. I musiałem tam bardzo długo siedzieć, aż wreszcie
Zofijka otworzyła drzwi i uciekłem.
Pozdrawiam wszystkich barzo Mishnie.
Misha.

2017-07-21 16:18:42
Celtic1002
Biedny jest ten Misha, same kłopoty z tą Zofijką. No i Olo też niełdnie się zachował, bardzo nieładnie.
2017-07-21 16:20:33
moozgish
O tak, jestem bardzo biedny Misha. Emi mówi, że mam ciągle jakieś Mishowe problemy i to chyba jest prawda.
Ale najważniejsze, że miałem dobry obiad.
Misha.

2017-07-21 16:25:50

Inspiracja na dziś.

Sczęście nie jest kwestią intensywności, a równowagi, ładu i harmonii.
Thomas Merton


2017-07-21 15:55:35

2017-07-21 16:00:23
pajper
Znów nie ma tytułu.
Możesz mi podesłać jakoś prywatnie tytuły tego wpisu i poprzedniego, który bez tytułu wskoczył?
Postaram się zorientować, czemu tak się dzieje.
PZDR
Dp
2017-07-21 15:56:41
moozgish
Tytuł tego wpisu miał być inspiracja na dziś, teraz poprawiłam i weszło, a wczorajszego Tu Misha, też
nie chciało najpierw wejść, jak potem zedytowałam to było OK.
2017-07-21 16:02:58
pajper
Nie było tam apostrofów, cudzysłowiów czy innych dziwnych znaków?
Dziwne to jest...
PZDR
DP
2017-07-21 16:08:11
moozgish
Nie, nie było żadnych takich. No nie wiem, o co idzie. Teraz zrobiłam nowego wpisa i tytuł jest, to może
tylko takie coś sporadyczne było.
2017-07-21 16:21:35

Charlotte Almgren - Tiny Grain.

Dzisiaj taki lekki popik będzie, bo to mi właśnie dzisiaj od rana gra w mózgu. Znam tą piosenkę jakieś
parę miesięcy i lubię, ale jeszcze tak mnie nigdy nie męczyła, jak dziś. Charlotte Almgren jest Szwedką,
kilka lat temu brała udział w szwedzkim idolu. Ja nie znam żadnych innych jej utworów, jeśli w ogóle
jeszcze jakieś inne istnieją, ale dzisiaj zamierzam to zmienić. Ciekawa jestem Waszych opinii. :) Przy
okazji poprzedniego awatara zapomniałam o tym wspomnieć, ale w razie cóś wszystkie awatary są w moich
plikach udostępnionych.
2017-07-21 15:25:36
pajper
Niestety, awataru nie ma w plikach.
Chyba nie dodał się.
Może w nazwie jest apostrof?
To błąd obecnej bety, że pliki z apostrofami w nazwach się nie wysyłają.
2017-07-21 15:54:52
moozgish
Zaraz zobaczę, o co z tym idzie, dzięki za informację.
2017-07-21 15:57:30
moozgish
Powinno już być, u mnie widać.
2017-07-21 15:59:14
pajper
Teraz jest. :)
2017-07-21 16:00:35

Miła rzecz.

Witajcie!
Postanowiłam, że oprócz tego, że pewnie co jakiś czas będę wrzucać jakieś update'y dotyczące mojego
fascynująco ciekawego życia, będę też pisać co jakiś czas o miłych rzeczach, które mi się danego dnia
przytrafiły, albo o jednej miłej rzeczy. Zainspirowała mnie do tego moja Mamulka. Moja Mamulka interesuje
się, jak ja to określam, lifestylami. Czyta duużo blogów polskich bab o lifestylach, o minimalizmie,
o zdrowiu, modzie i urodzie. No i na początku tego roku na blogu jednej z tych bab przeczytała, że ona
ma takie postanowienie noworoczne, że codziennie będzie zapisywać sobie jedną miłą rzecz, która jej się
przydarzyła. W ten sposób będzie miała 365 miłych rzeczy, które jej się przydarzyły w tym roku. Ja pomysł
kupiłam, mimo, że swoje postanowienie już miałam i od początku roku też zapisuję codziennie jedną miłą
rzecz. A ostatnio moja koleżanka, której bloga czytam, zaczęła 100 happy days challenge, w formie zdjęciowej.
Potem druga, w ogóle jej nie znająca, zaczęła 100 happy days challenge w formie tekstowo-graficznej.
Śmiesznie. Ja nie będę tego robić, chociaż miałam taki plan, ale po prostu czasami będę pisać o tym,
co mi się miłego przytrafiło, a może codziennie, zobaczymy. Dziś napiszę o dniu wczorajszym. Oprócz oczywistych
rzeczy, takich, jak to, że Misha obudził mnie o czwartej godzinie swoim "Hhrrru?" i że w ogóle ze mną
spał i innych takich, przytrafiły mi się dwie nieoczywiste miłe rzeczy.
Pierwszą z nich jest to, że u Zofijki jest koleżanka. Łączy się to z ogromną ilością wrzasku, ale
także z tym, że ja mam spokój. I moja Mamulka poniekąd też, chociaż musi dużo sprzątać. W każdym razie
Sofija nie łazi nam nad głowami i nie jęczy "Nuuudzi mi się. Cooo ja mam robić?" i nie burczy. To znaczy
burczy, ale tylko do swojej koleżanki. Dziewczyna ma chya niesamowitą cierpliwość, czy coś, bo jest u
Zofiji już trzeci dzień.
Druga miła rzecz również łączy się z Zofijką. Zofijka bardzo dużo je. Jeździ też na wrotkach, bardzo
szybko jeździ. Te dwie rzeczy mają ze sobą wspólnego tyle, że stosunkowo często jeździ do sklepu, żeby
sobie kupić jakieś żarcie. Wczoraj kupiła mi chipsy piri-piri i wieelką czekoladę z orzechami, chociż
jej wcale o to nie prosiłam. Więcej hyba dodawać nie muszę.
Ogólnie miałam wczoraj miły dzień, poza tym, że poszłam spać o pierwszej, a obudziłam się o czwartej,
bo mój mózg stwierdził, że już więcej nie chce spać. Najpierw miałam strrrasznie dużo energii i w ogóle,
a koło siódmej wieczorem łaziłam już jak Zombie. Ale i tak poszłam spać dopiero po północy. Często mi
tak mózg świruje, albo z kolei śpię zdecydowanie za długo, ale właściwie jestem przyzwyczajona do tego
i wrażenia to na mnie nie robi, tyle, że nie lubię być przymulona.
Dzisiaj też się zapowiada miły dzień. Przed chwilą skończyłam inglisza, na tym moim ingliszu, którego
mam w domu prawie wyłącznie gadam, czasami jescze coś piszę pod maturę pisemną, ale generalnie nawijamy
po ingliszu, a ja nawijać po ingliszu bardzo lubię. Dzisiaj gadaliśmy z moim nauczycielem o polityce,
ciekawie się porobiło. :D
OK, do tego wpisu chyba tyle.
Miłego dnia wszystkim życzę. :)
2017-07-21 12:23:57
pajper
If english, then english. :)
I'm glad you had a good day yesterday.
In fact, what age is your sister.
You're likely to write it somewhere on this blog, but I've forgotten.
Regards,
DP
2017-07-21 12:38:44
Celtic1002
Hahaha, no to się Dawid popisał. :D A że mnie głowa boli, to nie chce mi się czytać słowo po słowie,
żeby zrozumieć, co napisałeś. No, a jeśli idzie o Twój miły dzień, Emi, to miałaś bardzo, bardzo, bardzo
miły dzień. I oby takich dni więcej. :)
2017-07-21 13:35:57
moozgish
Pajper: Zofijka is 10 years old, will be 11 in May.
Kind regards. :)
Celtic1002: O, szkoda, że Cię boli mózg. :/ Moją Mamulkę też, nie wiem, co jest z tymi mózgami.

2017-07-21 15:06:18

Tu Misha.

Hhrrru? Witam się ze wszystkimi bardzo Mishnie.
Zawsze robię "Hhrrru?" jak się witam.
Jestem Misha, ale to już chyba każdy zauważył. Właściwie chyba powinienem się przedstawić, ale nie
wiem, jak to się robi przez Internet. Normalnie, gdybyście do mnie przyszli, podszedłbym, jeśli bym miał
ochotę i może dałbym się pogłaskać. Czasami, jak kogoś bardzo polubię, witam się też głosowo, ale muszę
mu trochę zaufać.
Mam nadzieję, że uda mi się dobrze przedstawić. Mam półtora roku, po Waszemu to będzie dwadzieścia
lat, ale wszyscy traktują mnie jak małe dziecko, co jest bardzo, bardzo, ale to baaardzo męczące. I niesprawiedliwe.
Ale czasami fajne. Jestem kotem rosyjskim niebieskim, jestem rasowy, ale nie mam pojęcia, jakie to ma
znaczenie. Dla niektórych ludzi chyba ogromne. Kosztowałem kupę forsy - tak mówi Zofijka. Gdybym był
człowiekiem, podobno zostałbym carem Wszechrosji - tak mówi moja ludzka mama. Ja nie wiem, co to forsa ani co to
car Wszechrosji, ale wiem, że to chyba jest komplement. Oni mi ciągle mówią jakieś komplementy. "Misha, jesteś taki
ładniutki". "Misha, jesteś taki miękki". "Misha, jak Ty ładnie pachniesz". Czasami to jest fajne, ale
czasami nudne. Najczęściej jest to nudne. Jestem raczej mały. Bardzo dużo jem, ale widać mi większość
kości i wcale nie rosnę. Taki już pewnie będę, szkoda, ale Zofijka i Emi mówią, że to bardzo dobrze.
Mam szare futro, ale błyszczy się tak jakby na niebiesko, dlatego niby jestem niebieski. Mam zielone
oczy. Jestem bardzo miękki i gładki, niektórzy ludzie się z tego powodu na mnie kładą, a już nie pomyślą,
że mi to może przeszkadza i ja ledwo mogę oddychać. Poduszka jestem czy co? Ale z ludźmi nie pogadasz.
Mam strasznie duże uszy. Właściwie to chyba nie takie bardzo duże, ale mam małą główkę, więc wygląda
to tak, jakby były wielkie. Bardzo lubię patrzeć na siebie w lustrze. Albo na zdjęciach. Uwielbiam pić
wodę, skąd tylko się da, byle nie z własnej miseczki, to takie nudne. Lepiej wypić wodę z kwiatów. Lubię
patrzeć na ptaki, łapać i jeść muchy, komary i pająki. Moja ludzka mama boi się pająków i zawsze mnie
bardzo piskliwie woła, jak jakiś przyjdzie mnie odwiedzić. Bardzo, bardzo, bardzo nie lubię hałaśliwych
dźwięków. Trochę musiałem się przyzwyczaić, bo Zofijka wydaje zawsze bardzo głośne dźwięki, ale nie lubię
jak ktoś krzyczy na mnie, tak głośno wrzeszczy Misha, albo jak coś głośno gra, albo jak Zofijka mi mówi
coś na ucho. Przecież ja ją i tak usłyszę. Zawsze wtedy ją klepię uszami po twarzy. Bardzo się nade mną
znęcają, prawda? Jestem bardzo biedny. I nie mogę codziennie dostawać piersi z kurczaka, tak jakbym chciał,
i nie ma w naszym domu tyle kartonów, ile bym chciał i często nie mogę robić tego, na co mam ochotę.
Ale najgorsze jest to, że nie mogę wychodzić na dwór. No dobra, czasami mogę, na taras, ale bardzo rzadko,
no i co to za przyjemność? Niektóre koty biegają po całym podwórku, u nas takie są właśnie, i ciągle
mnie wołają, a ja wtedy też głośno miauczę. Inne koty sobie biegają, a ja jak tylko odejdę trochę dalej,
to zaraz za mną wszyscy biegną i wołają Misha Misha. Emi mówi, że to dlatego, że jestem taki ładny i
zaraz by mnie ktoś ukradł. Ale ja bym przecież szybko wrócił, naprawdę. Obejrzałbym tylko sobie cały
świat i bym wrócił. A moja ludzka mama mówi, że jak chcę się rozwalać po łóżkach i leżeć w pościelach,
zwłaszcza u Emi, bo ona ma na mnie jakąś alergię,to na pewno nie będę wychodził na dwór, bo tak, jak
nie wychodzę, to tej alergii prawie nie ma. I mogę załapać jakąś chorobę, bo mnie nie szczepili. Nie rozumiem
tych ludzi. Ale tak poza tym to myślę, że jestem szczęśliwy. Bo mogę robić bardzo dużo rzeczy, nie muszę
jeść tylko swojej karmy, tak jak podobno wiele innych kotów, dostaję i kurczaka, i królika, i dużo przekąsek,
i rybkę, mniammmm, i kabanosy, takie moje i takie ludzkie, i kiełbasę. Dzisiaj nic nie dostałem oprócz karmy, bo rano mi się zwymiotowało.
Rzadko mi się to zdarza, ale jak się zdarza, to jestem zawsze bardzo zdziwiony, a wszyscy na mnie głośno
krzyczą i mnie przezywają. Mama mówi na mnie co ty zrobiłeś ty baranie. Dzisiaj jeszcze powiedziała,
że to dlatego, że wczoraj się obżarłem kiełbasą jak ruski chłop i dzisiaj mam jakąś dietę. Nie wiem, co to jest dieta
i gdzie ja ją mam, ale nie chcę wiedzieć, bo i tak jej ni lubię. Może jutro coś dostanę. Dzisiaj wszyscy
jedli jakiegoś grila, a mi było smutno. Wyszli sobie, jedli tego grila, mnie zostawili i nawet malutkiej
części grila mi nie przynieśli. A ja tego nigdy nie jadłem. I może też bym chciał sobie tam posieieć
i popatrzeć jak jedzą. Może jakieś zwierzę bym poznał? Ja nie znam żadnych zwierząt, tylko z daleka.
Znam tylko jednego psa, który był kiedyś z nami przez parę dni. Ona się nazywała Pepa i bardzo mnie lubiła,
jak każdy, ja ją też. Razem się bawiliśmy. A potem uciekła i było mi trochę smutno. Ja lubię ludzi, ale
chciałbym poznać jakieś zwierzę, bo mi jest czasami nudno, jak nikogo nie ma w domu. Kiedyś miał być
jeszcze jakiś mój młodszy brat z nami, miał się nazywać Sasha, ale urodził się chory i do nas nie przyjechał.
Moja prawdziwa mama nazywa się Hansa Luft i podobno jest bardzo ładna. Zofijka ją widziała. Ale mojego
taty nikt nie widział, bo mieszka za granicą, nazywa się Jupiter. Mówiłem już, że bardo lubię kartony?
Jak nie, to mówię. Bardzo lubię kartony. Jak każdy kot, ale ja i tak jestem wyjątkowy i o tym wiem. Mam
jeden karton u Emi na biurku i tam śpię najczęściej w dzień, jeden u Zofijki, jeden w pokoju moich ludzkih rodziców, jeszcze różne kartony są na dole w pralni
i w piwnicy i w garażu, ale tam mnie rzadko wpuszczają, bo nie wiadomo po co zawsze zamykają drzwi im
potem przeszkadza, że jęczę, żeby mnie wypuścić. I mam brudne łapki, jak tam chodzę. Mam jeszcze różne
inne legowiska. W nocy najczęściej śpię w koszu, który stoi u Emi na łóżku, albo z kimś się przewalam
po pościelach, ale nie lubię całą noc się przewalać po pościelach, bo ludzie się strasznie dużo wiercą
i czasami jeszcze na przykład przez sen niektórzy kładą mi się na ogon. To nie boli, ale wkurza, bo nie
można się ruszyć, a jak się ruszysz, to większość z nich zaraz się budzi i jęczy misha nie idź jeszcze
jesteś taki ciepły. Taki już mój los. Mam jeszcze legowiko u Emi albo u Zofijki na szafie. Emi nie lubi,
jak się kładę u niej na szafie w koszu, u Zofijki jeśli tam się kłaę, to po to, żeby mi nikt nie przeszkadzał.
Lubię też czasem spać w drugim, takim mniejszym pokoju Zofijki na kanapie albo gdziekolwiek. I lubię
spać na walizkach w garderobie, albo w nich w środku. Lubię chodzić do toreb, nawet obcym ludziom, którzy
do nas przychodzą i sprawdzać, jak tam pachnie. Tak szczerze mówiąc to wolę ich torby od nich, jak ktoś
przychodzi bez, to prawie na niego nie zwraam uwagi. Jednej pani wpakowałem się kiedyś do torebki, a
ona mi zrobiła zdjęcie i wysłała na jakiegoś Facebooka i wszyscy o tym gadali cały dzień. Umiem bardzo
ładnie pozować do zdjęć. Tylko wkurzają mnie te takie lampy w aparatach i jak ktoś mi każe pozować bardzo
długo, tak to nie ma. Jedno zdjęcie i spadać. Nie lubię i nie umiem bawić się zabawkami dla kotó.Wolę
pióra, zwłaszcza takie, które bardzo pachną lasem i ptakami, kijki, gumki do włosów, a najbardziej Zofijkę.
Zofijka ma swoje wady, ale można się z nią bawić w chowanego, wskakiwać jej na plecy - zresztą wszystkim
można, przeskakiwać przez nią, rzucać się na nią, turlać się z nią po podłodze... Tylko czy musi ciągle
tak wrzeszczeć? I wozić mnie w wózku? I łapać mnie, jak ja mam inne plany? Jak byłem młodszy, to bardzo się bałem Zofijki.
Ale teraz wiem, co robić, żeby aż tak nie wkurzała i gdzie się hować. A jak ja się przed nią chowam,
mama mówi misha, ty wcale nie jesteś taki głupi. Dziękuję. A kto powiedział, że jestem? Lubię obgryzać
rośliny. Emi mówi, że mam niedobór jakiegoś chloro czegoś i trzeb będzie mi kupić jakieś witaminki. Raz
obgryzłem choinkę i potem się zrzygałem. Lubię też oleje. Nasza mamusia ma bardzo dużo butelek z olejami,
raz mnie wysmarowała tak dla zabawy olejem kokosowym, żebym ładnie pachniał, a mi on bardo zsmakował.
Lubię też lizać ludziom palce, jak mają od oleju, albo jak pachną mięsem. Lubię wąchać świeżo używane
skarpetki, zwłaszcza Olka. Nie piję mleka. Jest niezdrowe
dla mnie i jest niezdrowe dla wszystkich kotów, które nie ssą od mamusi. Tak mówi moja obecna mamusia.
I cóż, tak musi być. Jak wypiję mleko, to zaraz szybko muszę do kibelka i to parę razy biegam. Na szczęście
bardzo szybko biegam. Ale za to czasami, bardzo rzadko, dostaję trochę jogurtu, kefiru albo maślanki
czy serwatki, Zofijka raz podzieliła się ze mną resztką budyniu waniliowego. Achhh! Jakie to było smaczne.
Jeszcze mi si czasem śni. Podobno czasami mruczę coś przez sen. Ale nie tak mruczę normalnie jak kot,
tylko coś tam gadam po wojemu. Emi tak mówi. Najczęściej mam bardzo pogodne i spokojne sny, ale czasami śni mi
się, że przed kimś uciekam i skaczą mi mięśnie we wszystkich łapach i budzę się trochę przestraszony,
ale szybko przestaję o tym myśleć i zasypiam znów. Lubię różne śmierdzące rzeczy. Nie wszystkie, ale
dużo. Nie będę mówił, jakie, bo ludzie wielu tych rzeczy bardzo nie lubią. Umiem warczeć prawie jak pies,
jak mnie coś bardzo boli. To wcale nie jest śmieszne. A właśnie, ludzie się ze mnie strasznie często
śmieją. Nie lubię, jak Olek robi mi na złość i włącza na telefonie miauczące koty, wtedy nie wiem, gdzie
one są i bardzo się boję i najchętniej bym gdzieś daleko pobiegł. Lubię tarzać się w reklamówkach, najlepiej
jak mnie ktoś włoży w reklamówkę i łazi ze mną jak z zakupami. Nie cierpię jak mówią na mnie ta Misha.
Zofijki koleżanki często tak robią. Nie dość, że wrzeszczą, to jeszcze: "O, Mishka, ale Ty jesteś ładna.
Czemu ona uciekła?". Inni ludzie też tak mówią, mimo, że cęsto w końcu alo mama, albo Emi nie wyrobi
i mówi, że ja jestem facet. Ale oni udają, że nie słyszą, tak jak ja, w każdym razie często tak robią.
Nie cierpię też, jak Zofijka mówi do mnie Michelle, albo kobieto. Mówi tak, jak się czegoś boję, albo
dużo płaczę. Emi mnie pociesza, że Michelle to też imię męskie, ale mnie to nie obchodzi, ja jestem Misha,
a nie jakiś Michelle. To, zze nie mogę mieć dzieci, nie znaczy, że jestem babą. Przecież ja tu tego wszystkiego
pilnuję i gdyby nie ja, ten dom przewróciłby się do góry nogami. Bardzo często mnie przezywają. Wszyscy.
Mam bardzo dużo przezwisk. Putin, Sakaszwili, Mysza, Miska, Misa, Micha, Miseczka, Mishołów, Mishmasz,
Misha klisza, Mishka kiszka, szary brat, kloszard, ruski badziew, worek kartofli... No i mój okropny
ludzki ojciec zawsze mówi na mnie albo Śmierdziel, albo Dziad. No albo Sakaszwili czasami. A ja w oóle
nie wiem, co to wszystko jest. Nie lubię być sam. Bardzo wtedy płaczę dopóki nie zasnę i jest mi ardzo
smutno, a jak wszyscy wracają, kładę się w drzwiach i czekam, aż mnie ktoś pomizia i poturla po podłodze.
Wszyscy wtedy mówią, że niby zemdlałem. Najlepiej by było tak, jakby zawsze wszyscy byli w domu, ale
żebym miał jakieś tylko swoje, Mishowe miejsce, w którym nikt by mi nie przeszkadzał i zajmowałbym się
tam sobą, a jakbym chciał, to bym wyszedł na jedzenie, zabawę albo mizianie.
Mam nadzieję, że Was nie zanudziłem. Wiem, że moje życie jest bardzo nudne. Nawet nie znam bliżej
żadnych kotów i nigdy nie jadłem pszczoły, a bardzo bym chciał, bo kiedyś wiziałem taką ładną i prawie
upolowałem. Ale czasem jednak coś się u mnie dzieje i jeśli byście chcieli, mogę Wam o tym opowiadać.
Jeżeli będę miał na to ohotę.
Pozdrawiam Mishnie.
Misha


2017-07-21 00:12:30

Zmodyfikowany



2017-07-21 00:13:57

2017-07-21 00:14:46
Celtic1002
Uuuła, Misha, ale masz przebojowe życie. :D Jak kiedyś przyjadę do Emi, będę wiedziała, jak się z Tobą
obchodzić. :D
2017-07-21 06:21:32
moozgish
Ja? Przebojowe życie? Nigdy tego nie rozumiem, a wszyscy tak mówią. Przecież ono jest nudne jak sucha
karma. Jak kiedyś przyjedziesz do Emi, to sama zresztą zobaczysz. Tylko jem i śpię i śpię i jem.
Misha

2017-07-21 11:56:53
pajper
Ale spanie i jedzenie to przecież bardzo interesujące i zajmujące zajęcia. :D
O bawieniu się nie mówiąc. :)
Przynajmniej nie masz żadnych obowiązków, egzaminów, pracy. :D
2017-07-21 16:31:36
moozgish
Tak, to są bardzo fajne rzeczy, ja uwielbiam spać i jeść, ale czasami to za mało i bym czegoś chciał,
czasem sam nie wiem czego. Ale do szkoły czy do pracy to bym nie chcial chodzić. Cieszę się, e nie jestem
człowiekiem, ale chciałbym by taki wysoki, jak ludzie, żeby umieć otwierać sobie drzwi i odkręcać krany,
żeby pić wodę. Ale mam kilka obowiązków. Muszę być zawsze z Zofijką, jak idzie spać, jak zaśnie, to mogę
sobie iść i muszę być w nocy u Emi. Ale to nie są takie obowiązki, jak ludzie mają.
Misha

2017-07-21 16:51:09

Coś o entuzjazmie.

Entuzjazm jest Siłą dającą sny tym, którzy ih nie mają, życie żywym, a nadzieję desperatom.
RVM.
2017-07-19 17:10:42
pajper
Jakby nie patrzeć, prawda
2017-07-19 18:22:56
Celtic1002
Prawda, szczera, słuszna i niepodważalna.
2017-07-20 15:48:51
ambulocet
Też się zgadzam, że to bardzo prawdziwe słowa.
2017-07-21 17:35:57
hazel96
Podpisuję się :)
2017-07-28 20:44:15

Celtic Thunder - parting Glass.

Awatarem, który mam już od paru dni, jest właśnie piosenka Celtic Thunder o tytule Parting Glass. Nigdy
nie byłam jakąś wielką fanką Celtic Thunder, ale ostatnio trochę tego zespołu słuhałam, a że samą piosenkę
w wielu wersjach znałam już wcześniej, to jakoś tak ją poluiłam i w wersj CT. Na wokalu w tym czymś jet
Colm Keegan. Aha, dodam jeszcze, że Celtic Thunder to jest zespół irlandzki, którym wokalistami są sami
faceci, taki troche siostrzany projekt zespołu Celtic Woman, w którym są same babki. Faceci owi są z
różnyh stron Irlandii i mają różne style. Podobnie jak w przypadku Celtic Woman, pomysłodawczynią Celtic
Thunder jest pani Sharon Browne, która z Celtic Woman już nie pracuje, natomiast z Celtic Thunder tak.
Dodam jeszcze, że Celtic Thunder są rozpoznawalni z powodu swoich bardzo charakterystycznych występów
scenicznych, podczas których jest też dużo elementów choreograficznych, jakieś zabawy światłem, elementy
nawiązujące do mitologii, oni mają jakieś dziwne stroje itd. Podobnie jak Celtic Woman, albo River Dance,
albo Anuna, wszystko irlandzkie. Miłego słuchania. :)
2017-07-19 12:28:47

O mnie.

Większość blogów taki wpis czy rubrykę posiada, więc mój chyba też powinien. Pisałam już o sobie na forum
i w profilu, ale nie każdy może tam wchodził.
Tak więc ja jestem Małgosia, w wielu miejscach w sieci znają mnie jako Emilię, jedni mówią tak, drudzy
tak, zależy od sytuacji, miejsca, człowieka i mojej z nim relacji. Jedyną osobą, która mówi na mnie raz
tak, raz tak, jest moja Mamulka, która, wiadomo, od dzieciństwa mówiła na mnie Małgosia, poza tym jest
to moje legalne imię, ale Emilka jej się podoba i w sytuacjach luźniejszych zdarza jej się tak na mnie
mówić. A no i Tatul czasami do mnie się zwraca per "Emilio", co jednak zdarza się rzadko i raczej w jakimś
kontekście ironicznym. :D
Urodziłam się w roku 1997, nie chce mi się co roku tego aktualizować, więc piszę tak, mieszkam na Pomorzu. Po wakacjach idę do trzeciej klasy liceum, uczę się
w trybie zaocznym. Mam dwoje rodzeństwa, 18-letniego brata - Olka (Aleksandra) - i przerażającą pod każdym
względem dziesięcioletnią siostrę
- Zofijkę (Zofię oczywiście, jakby ktoś miał wątpliwości :D ). W skład mojej najbliższej rodziny wchodzi
także (oprócz rodziców rzecz jasna) 1,5-roczny Misha - kot rosyjski niebieski, który jest z nami już troszkę ponad rok
i który jest dla mnie najlepszym przyjacielem, malutkim braciszkiem, moim dzidziolem, zabawką, przytulanką
i nie wiadomo czym jeszcze, zależnie od okoliczności. Ciężki zaprawdę jest jego los.
Mam strasznie dużo pasji, zaintersowań, hobby itd. Najbardziej obsesyjnym są chyba języki. Obecnie
mówię tylko po polsku, angielsku, szwedzku i - kulawo, ale jednak - po walijsku, wszystkie t języki uwielbiam,
ale hciałabym jeszcze poznać fiński, saami, farerski, holenderski, fryzyjski, irlandzki, szkocki gaelicki,
Scotts, manx i kornijski. A jak poznam te wszystkie, to może jeszcze jakieś. W każdym razie to jest moja
lista must-do, z której, mam nadzieję, uda mi się kiedyś wszystko odhaczyć.
Poza tym interesuję się etymologią imion, ich historią, popularnością, skojarzeniami czy społecznymi
konotacjami, czy nawet potencjalnym wpływem imion na osoby, wszystkim w temacie właściwie. Dlatego duuużo
czasu spędzam na stronach takich jak behindthename.com czy nameberry.com, bo nie ogranicza się to u mnie
do imion polskich, a ręcz ogarnia wszelkie możliwe. Ale interesuję się też ogólnie etymologią, zwłaszcza
polskich słów i w jakimś stopniu pochodzeniem i znaczeniem nazwisk. Pewnie interesowałabym się tym ostatnim
bardziej, gdyby nie brak źródeł.
Interesuję się także medycyną i psychologią, jednymi zagadnieniami bardziej, innymi mniej. Najbardziej
ludzkim mózgiem. Ostatnio też dużo mojej uwagi pochłaniają wszelkiego rodzaju zaburzenia dysocjacyjne
i wpływ traum na mózg, w ogóle na funkcjonowanie zatraumionych ludzi. No i kwestie ogólnoneurologiczne.

Do innych moich pasji powinnam zaliczyć jazdę konną, konie w ogóle i przebywanie z moim pięknym kuniem,
który nazywa się Czardasz, ale wszyscy mówią na niego Łoś albo Łosinek i który jest po prostu bardzo
fajny. Zbieram też kamienie szlachetne i półszlachetne i bardzo mnie ten temat interesuje.Pisałam już
o językach, ale zapomniałam o kulturze i folklorze, mianowicie bardzo interesuje mnie kultura Wysp Brytyjskich
i Irlandii, ogólnie obszarów poceltyckich, no i Skandynawii. A także folklor, ale folklor to chyba wszelkiego
rodzaju, nie tylko skandynawski czy celtycki. Mam jeszce dużo różnych mniejszych pasji i pasyjek, ale
o nich to pewnie z czasem się dowiecie.
W wolnym czasie uwielbiam coś czytać albo pisać, słuchać muzyki, głównie folku lub rocka, ale zdecydowanie
nie tylko, aha, co do muzyki dodam jeszcze, że mam fisia na punkcie harfy, zwłaszcza celtyckiej, lubię
też jeździć konno, uczyć się języków albo ogólnie coś z nnimi robić, no i spędzać czas z Mishą, od którego
jestem uzależniona. Mishomania. :D Niee, mishoholizm może. Dobra, to chyba oznacza, że czas kończyć tego
wpisa. Jak macie jakieś pytania, to piszcie. Nie sądzę, żebym o czymś zapomniała, ale może jest coś,
co jeszcze chcielibyście wiedzieć.
2017-07-19 12:18:50
pajper
Tyyyyyylko cztery języki.
No tragedia, to przecież katastrofa, jak można mówić tylko czterema językami? :D
To był oczywiście żart.
A czemu twoja siostra jest okropna pod każdym względem?
Skoro już się o sobie rozpisujesz, a co powiesz o liceum, w sensie, tym konkretnym? Ciekawym twojej opinii odnośnie tej szkoły jako, że robisz ją zaocznie.
2017-07-19 12:25:55
moozgish
Hahaha no wiem, że zabrzmiało to trochę śmisznie, ale patrząc na to, jak daleko już bym mogła z tymi
językami być, gdyby nie brak materiałów i inne takie, robi się nieco frustrująco. O nie, ja nie napisałam,
że Zofija jest okropna pod każdym względem, ona jest pod każdym względem przerażająca, w tym wypadku
to robi trochę różnicy. Okropna być potrafi, jak każde dziecko, ale drugiego tak przerażającego chyba
nie znam. Jak czegoś chce, potrafi być przerażająco miła, aż się zaczynasz zastanawiać i wątpisz w to,
czy Ty aby na pewno chcesz czegoś innego, niż ona. :D Przerażająco dobrze jak na swój wiek manipuluje
ludźmi. Wszystkimi ludźmi. Najbardziej oczywiście rodzicami, ale do pewnego stopnia ponoć nawet nauczycielami.
Potrafi być przerażająco bezmyślna, gdy odrabia lekcje, jest przerażająco wrzaskliwa, niezależnie od
sytuacji. Przerażająco szybko pływa, przerażająco dobrze gra w siatkówkę, przerażająco dobrze i od pierwszego
razu naturalnie jeździ na koniu, przerażająco szybko jeździ na wrotkach, przerażająco dominuje nad inymi
dziećmi i wykorzystuje je tak, że nic o tym nie wiedzą i chętnie spełniają jej rozkazy, jest przerażająco ładna, zwłaszcza, jak śpi,
przerażająco naturalistycznie podobno rysuje, jest przerażająco natrętna. Ale jest fajna, naprawdę. I
gryzie tylko czasami.
A co do liceum, ponieważ jestem właśnie na zaocznym i ponieważ oni dużo robią na slajdach, to muszę
dużo ogarniać sama, ale, że ja się lubię uczyć sama, to znaczy nie mam z tym na ogół jakichś problemów,
to jest OK. Bardzo miło zaskoczył mnie także fakt, że w zeszłym roku dostałam brajlowskie podręczniki do większości
przedmiotów, absolutnie się tego nie spodziewałam.
2017-07-19 15:48:58
pajper
Domyślam się, że twoja siostra jest fajna.
Rodzeństwo zawsze jest fajne, miłe itp. :)
I prawie zawsze przerażające.

Co do podręczników, to akurat ode mnie wiedzieli, że można dostać. :)
Chociaż sam ich prawie nie używam szczerze mówiąc.
O ile brajla znam, o tyle nauka nie w ośrodku dla niewidomych daje o sobie znać w tym względzie, że nauka z tekstu w brajlu zapisanego nie jest moją ulubioną formą zdobywania wiedzy.
Natomiast, przeczytać coś w brajlu to już inna kwestia, lubię. :)

PZDR
DP
2017-07-19 16:39:05
moozgish
No ja też jakoś wiele ih nie używam, bo jednak większość rzeczy do szkoły sprawdzam w sieci, ale zaskoczył
mnie sam fakt, że to uczynili, a poza tym mi kontakt z brajlem
przydaje się bardzo na przykład w przypadku matmy, łatwiej mi to wtedy jakoś ogarnąć. A czytać w brajlu
tak ogólnie również lubię.
2017-07-19 16:47:29
ambulocet
Ja do drugiej klasy gimnazjum korzystałem z brajla bardzo dużo. Pisałem w brajlu swoją książkę i wszystkie prace klasowe, i domowe, aczkolwiek z drugiej strony podręczników brajlowskich nigdy nie używałem. Do sprawdzianów zawsze uczyłem się z nagrań z dyktafonu.
Po drugiej gimnazjum przerzuciłem się na pisanie na komputerze i od tamtego czasu brajla wykorzystuję okazjonalnie. Jakoś nie czuję się z nim specjalnie związany.
Jedynie w liceum byłem zmuszony częściowo do niego wrócić, żeby łatwiej ogarnąć matmę, z którą już się na szczęście definitywnie pożegnałem.
Muszę przyznać, że liczba twoich zainteresowań robi wrażenie, podobnie, jak znajomość czterech języków.
Co do psychologii i ogólnie nauk związanych z funkcjonowaniem mózgu oraz ludzkiej psychiki, też uważam, że to bardzo interesujące, a doceniam te tematy jeszcze bardziej, odkąd zacząłem studiować filozofię.
Co do kamieni pół szlachetnych, o których pisałaś, kiedyś też je zbierałem, aczkolwiek znacznie bardziej interesowały mnie zawsze skamieniałości. Zresztą paleontologia, czyli nauka o prehistorii, jest do tej pory moją największą pasją.
Pisanie i czytanie też uwielbiam. Nie wiem, co bym bez tego zrobił. Obecnie cały czas pracuję nad swoją książką i mam nadzieję, że skończę ją definitywnie w ciągu najbliższego roku, ale to wcale nie jest pewne.
Pisałaś też, że swojego kota uważasz za braciszka. Jak bym słyszał siebie w odniesieniu do mojego psa, czarnej labradorki Tilli, o której zawsze mówię, że jest moją siostrzyczką. Kocham ją bardzo i nie wiem, co będzie, jak kiedyś odejdzie.

2017-07-21 17:32:36
moozgish
Twoje zainteresowania wydają mi się ciekawe i mocno niszowe. A niszowe pasje są bardzo fajne. Oj, ja
też nie wiem, co bym zrobiła czy też co zrobię, jak nie będzie Mishy. Jest jeszcze bardzo młodziutki
i szczęśliwie nigdy jeszcze nie chorował, więc można mieć nadzieję, że pożyje długo, aczkolwiek kiedyś
umrzeć musi i nie raz o tym już myślałam, jak to w ogóle będzie potem. Bo Misha spełnia spoooro funkcji
w moim życiu, jak już pisałam. Nawet jak rozstaję się z nim na kilka dni, jest to dość ciężka dla mnie
rzecz. Bez czytania książek i wypisywania się też nie wiem, co bym zrobiła, chyba bym w końcu explodowała, a na pewno bardzo by mi
się nudziło. Życzę Ci powodzenia i weny w pisaniu książki. :)
2017-07-21 19:55:39
ambulocet
Za życzenia dziękuję. Ogólnie, jeżeli różne zagadnienia związane z filozofią i paleontologią by Cię interesowały,
to zapraszam na swojego bloga o nazwie świat mój i moich pasji. Trochę na nim o tych rzeczach piszę, a i
część mojej radosnej twórczości, chociaż nie książki, też się tam znalazła. Jeżeli kiedyś coś byś z tego
przeczytała, to możesz napisać o swoich spostrzeżeniach w komentarzach.
Jeśli chodzi jeszcze o zwierzęta, moja Tilla też powinna jeszcze trochę pożyć. Na razie ma sześć lat
i do tej pory na nic poważniejszego nie chorowała. Kiedyś miała być moim przewodnikiem, ale mamy ją od
szczeniaka i tak się do
niej przywiązaliśmy, że kiedy już osiągnęła odpowiedni wiek do szkolenia, nie chcieliśmy się z nią rozstawać.
Ostatecznie i tak uważamy, że jako przyjaciel spełnia równie istotną funkcję.

2017-07-21 21:19:12
moozgish
Na Twojego bloga zajrzę. :) Przyjaciel to nawet więcej niż przewodnik, w każdym razie bardziej wszechstronna

funkcja, więc zaszczytna i wymagająca rola i tak jej się trafiła.
2017-07-21 22:44:42
gadaczka
Dlaczego wybrałaś liceum zaoczne?
2017-07-30 13:49:40
moozgish
Przede wszystkim dlatego, że jak zaczynałam liceum, byłam już pełnoletnia, teoretycznie mogłam powypełniać jakieś papiery i jeśli gmina, czy jakaś tam inna instytucja, rozpatrzyłaby to pozytywnie, mogłabym pójść do dziennego, ale nie chciało się tego wypełniać ani mojej Mamulce ani mi. Poza tym nie mam problemu z tym, żeby uczyć się sama, a w zaocznym samodzielnej nauki jest jednak więcej. Jedyny problem, jaki mam, dotyczy matmy, z tym sobie sama nie radzę, w związku z czym przyjeżdża do mnie taka pani, która jest surdopedagogiem i przy okazji zna brajla i mam z nią korki. A poza tym wtedy, jak sobie wybierałam to liceum, jednocześnie byłam prawie pewna, że od września zacznę naukę fińskiego, umówiłam się z babką, która miała do mnie przyjeżdżać i stwierdziłam, że skoro w tygodniu będę miała te wszystkie moje języki, konie, wtedy jeszcze inne rzeczy też miałam, to szkołę mogę sobie zostawić na weekend i w tygodniu się wieczorami dokształcać sama. Fiński nie wypalił, bo kobitka stchurzyła, ale taki układ został.
2017-07-30 15:38:21
gadaczka
O, to miałaś dużo zajęć. A jak tam jest z towarzystwem? Masz rówieśników? Jak wygląda Twoje życie po
za szkołą jeśli chodzi o znajomych?
2017-07-30 16:58:49
moozgish
W szkole kilkakrotnie zmieniałam klasy, tak wychodziło, bo najpierw byłam w zaocznej, którą potem zlikwidowali, bo za mało osób tam regularnie uczęszczało, a tychz nas, którzy zostali, przenieśli do wieczorówki, ja natomiast potem znowu przeniosłam się do zaocznej, więc ludzi zdążyłam poznać wielu. W mojej obecnej klasie ze wszystkimi mam raczej miłe i przyjazne, acz nie przyjacielskie relacje, w tym z jedną dziewczyną całkiem sporo rozmawiamy, bo akurat mamy do siebie blisko i tak wyszło. Mam też jednego dobrego kolegę, który jak byłam w w mojej pierwszej zaocznej klasie z różnymi rzeczami mi pomagał, raz nawet byliśmy na pizzy, jeszcze jak się widzimy na jakichś tam egzaminach czy coś, to sobie gadamy. Jak dotąd rówieśników w moich poprzednich klasach w tym liceum miałam niewielu, teraz większość jest mniej więcej w moim wieku. Nie mogę powiedzieć, że da się z nimi pogadać o czymś konkretnym, tematy naszych rozmów ograniczają się na ogół do kwestii szkolnych, ewentualnie co tam u ciebie, ale wszyscy są bardzo mili. Poza szkołą większość moich znajomości ogranicza się do sieci, mam też jedną dobrą koleżankę z którą razem jeździmy konno, znaczy nie razem, tylko w podobnym czasie, więc zdążyłyśmy się już dobrze poznać i polubić. A, no poza tym jest jeszcze moja kuzynka, kuzynów i kuzynek mam wielu, ale tylko z jedną z nich fajnie mi się nawija i jest praktycznie w moim wieku, nie widzimy się często, mimo, że mieszkamy dość blisko, ale jak się już zobaczymy, to ciężko jest skończyć gadać. :D
2017-07-30 19:32:32
gadaczka
Super! Pewnie jakbyś była cały czas w jednej klasie miałabyś więcej dobrych znajomych.
2017-07-30 23:07:50

Pierwszy wpis.

Witajcie!
Początki są na ogół banalne, sądzę, że mój od tego ogółu za bardzo odbiegać nie będzie, jednakże zawsze
jakoś zacząć trzeba. Do wczoraj właściwie nie brałam pod uwagę takiej opcji, żeby zakładać bloga tutaj
na Eltenie. Posiadam już swoją Wordpressową Drimolandię (drimolandia.wordpress.com) i mimo, że dawno
tam nic nie wrzucałam z przyczyn ogromnie wielorakich, to jednak w związku z tym o posiadaniu drugiego
bloga po prostu nie myślałam. Kiedy jednak wczoraj Dawid - założyciel naszej społeczności - zasugerował
mi stworzenie bloga chociażby do opisywania awatarów, stwierdziłam, że jako, że mojej ulubionej muzyki mogłabym ludziom
pokazać naprawdę dużo, tak też uczynię. Ale, że lubię blogging, a na Drimolandii miałabym teraz strrrrasznie
dużo, przeraźliwie dużo do nadrabiania, to jak znam siebie na awatarach się nie skończy. Ci, co czytali
coś na Drimolandii czy jakieś nowsze rzeczy na Klango, i zdecydowali się tu wejść, pewnie teraz ciężko wzdychają. Tak jest, moi mili, koszmar
zaczyna się znów. Nie wiem, czy te wpisy będą miały równie monumentalne rozmiary jak te drimolandzkie,
ostatnio jakoś mi się moje resztki mózgowe chyba zanadto posklejały, zdemielinizowały czy coś, bo nawet do pisania w pamiętniku
nie mam tyle tak zwanej weny, ile bym mieć chciała, z czym na ogół nie miałam problemów.
OK, co tu więc będzie? To zależy też od Was, a ściślej od tego, co byście chcieli, żeby tu było. Jak
mówiłam, znaczy sorry, pisałam, dla mnie to to samo, będą opisy awatarów. Dużo nad tym moim blogiem myślałam
wieczorem i w nocy i zastanawiałam się, cóż jeszcze. Sądzę, że będą może jakieś
update-y w stylu co tam u mnie, aczkolwiek to zależy od tego, czy rzeczywiście coś będzie i czy będzie
warto o tym pisać, no i jeszcze od paru rzeczy. Poza tym pewnie nie obejdzie się bez rozkmin bardziej
ogólnych, jak tu się zadomowię, coś w stylu mojego wpisu z Drimolandii "Energia Z Nadziei...", ludzie,
którzy tam wchodzili zapewne wiedzą już, o co idzie. Na Drimolandii były, znaczy są, bo ona cały czas stoi,
moje recenzje kilku książek, myślę, że jeśli będziecie chcieli, będę tą praktykę kontynuować. Poza tym
już dawno myślałam o robieniu recenzji moich ulubionych albumów muzycznych, jak dotąd nigdy tego nie
robiłam, ale myślę, że byłoby to ciekawe doświadczenie, więc też piszcie, jeżeli jesteście za. Może będzie
jakaś moja, emmmm, nazwijmy to tak szumnie, twórczość literacka, ale to to jest pod wielkim znakiem zapytania. Zwłaszcza,
że ja serio ostatnio mało piszę. Bardzo bym się cieszyła, gdyby z czasem udało mi się ściągnąć na mojego bloga
ludzi spoza społeczności, czy to jakichś przygodnych wędrowców po sieci, czy kogoś z moich znajomych
lub widzących czytelników Drimolandii, ale to pewnie byłby dłuższy proces, ja się nie znam na promowaniu
bloga, moje doświadczenia z Drimolandią zdecydowanie to pokazują. :D Gdyby jednak mi się udało, byłoby
świetnie. Ja mam też trochę zagranicznych znajomych, którzy, chociaż zawsze sądziłam, że się wzajemnie
nie znają, musieli się chyba jakoś zmówić przeciwko mnie, bo mnie kilka osób niezmiennie ciśnie, że powinnam
pisać bloga po ingliszu. No cóż, dla mnie to byłby challenge wielki, ale że ja lubię language challenges,
to czemu nie, więc może jeśli nasza Eltenowa społeczność kiedyś by się rozrosła i pojawiłoby się więcej
anglojęzycznych ludzi, albo udałoby mi się zachęcić tych moich do czytania... no czemu nie, mogę robić
die wersje językowe każdego wpisu. :D Śmiesznie by było troszkę. Od czasów Drimolandii mam też niewykorzystany
pomysł na pisanie wpisów z perspektywy mojego kota - Mishy. No wiecie, takie wpiski w pierwszej osobie,
może we współpracy z samym Mishą, który uwielbia chodzić po klawiaturach i może nawet nauczyłby się z
czasem podpisywać. :D
To tyle moich pomysłów chyba. Bardzo chętnie poznam Waszą opinię na ich temat, jak i może jakieś Wasze
sugestie, jeśli macie takowe, czy też ewentualne pytania. W każdym razie piszcie cokolwiek, bo inaczej
to umrze śmiercią naturalną, względnie będzie mi służyło wyłącznie do rejestracji zmian awatarów.

2017-07-19 11:27:15
pajper
Jak sama zauważyłaś, po pierwszym wpisie trudno przewidzieć formę, jaką przybierze blog.
Szczerze, nawet po pięciu czy dziesięciu wpisach taki przyszły styl pisania, tematyka, nie są ukształtowane.
To proces, który musi potrwać.
Cieszę się niezmiernie, że mamy tutaj nowego bloga i że posłuchałaś mojej rady. :)
Przyznam uczciwie, że nie znam twojego Klangobloga.
Niestety, Klangoblogi padły były, a wcześniej nie czytałem tej twórczości.
Jak najbardziej jednak drimolandię śledziłem swego czasu.
I chętnie zobaczę tutaj jakieś rozważania natury psychologicznej czy jakiejkolwiek innej.
To samo się tyczy recenzji literackich, bo obecnie chyba jako jedyny je tutaj piszę i czuję się samotny. :)
W takim razie niecierpliwie czekam na kolejne wpisy i życzę weny i motywacji. :)
Pozdrawiam,
Dawid Pieper
2017-07-19 11:34:44
moozgish
Zgadzam się z Tobą całkowicie co do procesu pisania, ja dużo czasu spędzam na blogach ludzi i widziałam
nie raz, że nawet już po tym dziesiątym wpisie styl potrafi komuś nieźle ewoluować, nie wspominając już
o tematyce bloga. Rozkmin psychologicznych, jak i pewnie różnych innych jak sądzę tu nie zabraknie, mam
nadzieję, że coś do zrecenzowania też się mi w niedługim czasie nawinie. Dziękuję Ci za życzenia i tego
samego życzę Tobie w związku z Twoim blogiem, jak i motywacji do dalszego tworzenia Eltena jako całości.
:)
2017-07-19 15:56:17
pajper
3 dni, 10 wpisów.
I co ty narzekasz na brak weny? :D
PZDR
DP
2017-07-21 23:19:39
moozgish
Boże, dziesięć wpisów? :O Hahahaha, u mnie tak zawsze. Jak już zacznę, to jest neverending story. :D
2017-07-21 23:28:01
hazel96
Ja też niedługo planuję coś zacząć z blogiem :)
2017-07-28 20:47:39

Menu

Forum
Wiadomości
Blogi

Copyright Dawid Pieper