Elten Network

ELTEN NETWORK

Zalogowany jako: gość

(Zaloguj się)
Blogi\moozgish

Co mi w mózgu gra.

Wszystkie wpisy

Wszystkie wpisy
InneCo mi w mózgu gra, czyli o awatarach.Inspiracje.Wpisy bardzo Mishowe.Z cyklu Co tam u mnie.Randomowa pisaninka.Recenzje książek.Fazy, fazunie, fazulki.Zwierzenia Świra.I Had A Dream.

Enya - Mis Clare Remembers.

Witajcie!
Dziś znów będzie Enya, tak żeby było trochę, hm, różnorodniej. :D Tyle, że tym razem instrumental. Na temat wszelkich jego zalet wypowiadać się nie będę, bo wiadomo, że jest Enyi. Mi się on ogromnie podoba, w ogóle ja mam z instrumentalnymi utworami Enyi tak, że jej styl wydaje mi się tak ogromnie charakterystyczny, że gdyby mi ktoś pokazał od niej coś, czego jeszcze nie słyszałam, z tymi jej klawiszami i harmoniami i nie powiedział, że to Enya, to myślę, że dość łatwo mogłabym się tego domyślić. Enya jest w ogóle charakterystyczna, wiadomo, ale w przypadku utworów instrumentalnych nie zawsze ludzie umieją się tak wyróżnić, jak jest to w jej przypadku.
Życzę Wam miłego słuchania.
Postscriptum: Zasyłam Mishne pozdrowienia od Mishy, który znajduje się obok mnie, ale nic dzisiaj nie napisze, bo ja mam zaraz matmę, w sensie korki, a Misha zamierza mi w niej wiernie asystować. Także my się ulatniamy.

2017-10-20 18:13:28
Celtic1002
Boże, kocham ten utworek, w ogóle kocham wszystkie utworki instrumentalne Enyi. Eejj, i ja też chciałam
dzisiaj coś wrzucić, ale tak bardziej pod wieczór. :D
2017-10-20 18:15:05

Emelie Hollow - Fools.

Witajcie!
Dzisiaj w moim awatarze taki sobie milutki utworek w wykonaniu młodej norweskiej artystki, Emelie Hollow, utwór nazywa się Fools. Według mnie bardzo przyjemnie brzmi.

2017-10-17 10:50:39

Ellie Goulding - How Long Will I Love You.

Witajcie!
Dziś też Was pomęczę Ellie. "How Long Will I Love You" , podobnie jak ta piosenka,, którą wstawiałam wczoraj, również należy do moich bardziej ulubionych.
2017-10-16 14:27:40
Celtic1002
O, ja też to bardzo, bardzo lubię. :)
2017-10-16 14:28:22
hazel96
Cudowny kawałek. Bardzo ubolewam, ale jakoś do tej pory nie zdobyłam całej dyskografii Ellie.
2017-10-30 08:18:54

O Mishy.

Tym razem to nie Misha. Dzisiaj ja Wam trochę opowiem o Mishy, bo Misha, choć zwyczajowo pisze w piątek, w tym tygodniu w piątek w ogóle u mnie nie był, właściwie do późnego wieczora się nie widzieliśmy, zresztą w tygodniu chyba u niego nic jakiegoś fascynującego się nie działo, wczoraj mógłby coś napisać, ale z kolei ja nie bardzo miałam czas na klecenie z nim jakiegoś dłuższego wpisu, a dzisiaj Misha znowu ma napięte terminy, a że wczoraj się troszkę wydarzyło, to zdecydowałam się wystąpić w jego imieniu, jak to zazwyczaj bywa.
Bo tak, ja zazwyczaj występuję w imieniu Mishy. My mamy z Zofijką taką jakby zabawę, że Misha umie rozmawiać. To znacznie ułatwia z nim komunikację. Zabawa polega na tym, że jeśli Misha chce, to może się podłączyć, tak jakby mózgiem, do kogokolwiek i jeśli ta osoba też podłączy się do niego, to Misha może sobie przez tę osobę na niby nawijać. Dla wygody wymyśliłyśmy tak, że Misha ma te nawijki na podobnych zasadach, jak ludzie rozmowy przez telefon, czyli jest jakiś konkretny zasięg, są pory najlepsze do rozmowy, bo wtedy się najmniej buli, czyli od dziewiętnastej do dwunastej w nocy. Misha najczęściej podłącza się do mnie, no bo ZOfijka nie ma pomysłu, co mógłby powiedzieć, no i wtedy te wypowiedzi Mishy są jakieś mało obiektywne, to znaczy no widać, że to Zofijka, a chyba tak być nie powinno, ona sama stwierdziła, że dla niej to jest nudne, bo nie wie, co Misha ma mówić i nie wie jak, zresztą to ona najwięcej z nim wtedy rozmawia, więc głupio tak gadać do siebie, :D więc Misha podłącza się do mnie i na ogół przed tym, jak Zofijka zaśnie, wtedy wszyscy troje leżymy chwilę u niej w łóżku i sobie gadamy i ona bardzo to lubi i lubi rozmawiać z Mishą. Także ja zazwyczaj występuję w imieniu Mishy i tak jest już od ponad roku.
A więc, najbardziej spektakularną rzeczą jest chyba to, że Misha dostał wczoraj nową xywkę, czy nawet może imię, bo jak dotąd jest ono w ciągłym użytku. Otóż, wczoraj wieczorem odkryłyśmy z Mamulką, że Misha zwraca uwagę, gdy mówi się do niego, używając słów z głoską sz. W sumie nic dziwnego, w słowie Misha to chyba najbardziej słyszalny dźwięk i najbardziej się wybijający, zwłaszcza, jak się szepcze, a on zaczął na Mishę reagować bardzo szybko, chyba jakoś półtora miesiąca po tym, jak do nas trafił. Poza tym chyba wszystkie koty na takie dźwięki w jakimś stopniu reagują, jakiś czas temu ku mojemu zdziwieniu dowiedziałam się, że chyba w Izraelu koty woła się mish mish. My tak wołałyśmy Mishę z Zofijką jeszcze zanim się o tym dowiedziałam. No więc, poczyniwszy to odkrycie z sz, zaczęłyśmy na nim robić różne experymenty i śmiesznie było, mówiłyśmy do niego z Mamulką po prostu szszszsz, a on się odwracał, albo podchodził bliżej, albo coś. W końcu Mamulka jakoś tak odruchowo powiedziała do niego Mishka Mishka Szyszka, a on tak już śmielej podszedł i się na Mamulę spojrzał. :D No to się zaczęłyśmy śmiać, że on woli być Szyszka, a nie Mishka. Co ciekawe, my mu wymyślaliśmy naprawdę dużo różnych przezwisk, innych imion, tak dla beki albo jakoś przypadkowo, bo one wcale do niego nie pasowały, ale Szyszka pasuje tak jakoś... no bardzo pasuje do niego w całości, nie wiem dlaczego, bo przecież nie wygląda jak szyszka ani nic z tych rzeczy. No i teraz jest Szyszka, Szyszunia, albo Szycha. :D Ale chyba nie chciałabym, żeby to się przyjęło, to brzmi śmiesznie pasuje do niego, ale Misha jest jednak ładniej. Mishy wybitnie to nowe imię się podoba, bo, zwłaszcza jak przeciągniesz trochę sz, i mi i Mamuli wydaje się, że bardziej chętnie wtedy przychodzi, to znaczy szybciej, bo często jeśli nie masz odpowiednich wabików to niby przyjdzie, ale tak się czai i na dystans jest, a jak do niego wyciągniesz rękę to ucieka. Ale szyszki to jedne z Mishy ulubionych zabawek, bardzo lubi, jak mu jakieś z lasu przynosimy, turla je wtedy, drapie, podgryza, wącha, bo tak ładnie pachną lasem... Chociaż oczywiście nie przypuszczam, żeby on wiedział, że to się nazywa szyszka i dlatego zdradzał takie upodobanie dla tego słowa.
Poza tym wczoraj nasz Szyszka miał też nowe doświadczenia kulinarne. Jakoś tak nigdy się nie złożyło, żeby miał okazję jeść salceson, u nas w domu w ogóle rzadko jest, bo tylko Tatul i Olek lubią, no nie wyszło wcześniej. Wczoraj jednak był, a że Tatula czasowo nie ma, bo jest na takiej jakby wycieczkopielgrzymce czy czymś takim, to nie miał kto tego dokończyć, a Mishka od rana chodził jakiś taki smutny i płaczliwy, no to na pocieszenie dostało się Mishce. Baardzo mu smakowało. No OK, nie rozmawiałam z nim na ten temat, nie wiem :D ale sądząc po tym, jak mu skakała miska i jak głośno mlaskał, był baardzo zadowolony.
A potem jeszcze była pasztetowa. Pasztetowa to jest Mishy odwieczna miłość, ja zupełnie tego nie rozumiem, ale dobra, nie moja rzecz. Z pasztetową też się historia powtórzyła i miska, wraz z Mishką, tańczyła niemal dosłownie po całej kuchni. TO jest u niego po prostu przepiękne, że on tak spontanicznie okazuje, że mu się coś podoba, że mu coś smakuje, że jest szczęśliwy i że się cieszy. Jest to jedna z rzeczy, które bardziej lubię w Mishy. Jednocześnie on się nie rozdrabnia, jak czegoś nie lubi, po prostu nie lubi i już, nie będzie udawał, że jest inaczej. Tak samo z ludźmi. Bardzo lubię tą jego naturalność.
O, aaale fajnie. Właśnie wpuściłam Mishę. No ale skoro ja już całą robotę za niego odwaliłam, to niech się chłop chociaż podpisze, bo chyba zresztą zmierza w kierunku mojego laptopa.
;SLDFKJaoiwrue pqfoqqqqqqqqqqxc no23u8oreypwouailsk,nxz cm
No, jeszcze chwila, a wszystko by mi usunął, także to by było chyba od nas na tyle.


2017-10-15 12:24:03

Ellie Goulding - The Writer.

Witajcie!
Dzisiaj u mnie od rana leci Ellie. Dość dawno jej nie słuchałam. Ellie należy właśnie do tych ludzi, których lubię słuchać pomimo ich popularności na całym świecie. A nie ma takich wielu. Lubię właściwie chyba wszystko od niej, jedne piosenki bardziej, inne mniej, ale jednak ona się po prostu daje lubić.
Poznałam Ellie oczywiście wtedy, gdy większość ludzi, jak zaczęli ją puszczać w radiach, ale zwróciłam na nią jakąś większą uwagę dopiero po jakimś, chyba dość długim czasie. Średnio pamiętam tamten okres, ale wiem, że moja lekka fazunia na Ellie zaczęła się na Twitterze, pierwszy wstawił ją wtedy chyba Piciok, to było "Anything Could Happen" i stwierdziłam, że chociaż słyszałam ten utwór już pewnie z kilkadziesiąt razy wcześniej, to nigdy się jakoś bardziej nie przysłuchiwałam i nawet nie zauważyłam, jaką ładną barwę głosu ma Ellie, no i dalej się tak jakoś samo rozwinęło. TO oczywiście nigdy nie była żadna taka prawdziwa faza, ale bardzo Ellie polubiłam.
A utwór, który chciałabym Wam dzisiaj pokazać - The Writer, należy do tych jej piosenek, które polubiłam szczególnie. W sumie sama nie wiem dokładnie czemu. Za całokształt chyba.

2017-10-15 11:39:54
Celtic1002
Ja też lubię Ellie, chociaż moja ulubiona piosenka, to, nieodłącznie, I Know You Care.
2017-10-15 13:32:20
moozgish
O tak, I Know You Care jest piękne, też jest jedną z moich ulubionych piosenek Ellie.
2017-10-15 13:59:20
jamajka
Ale żeś utrafiła jedna z drugą, co, Małgosiu? :d Też lubię jej piosenki, szczególnie takie, choć akurat
z nią jest taka ciekawostka, że nawet popularne "burn" lubię, m.in. dlatego, że mi się kojarzy z jednym
bardzo fajnym wyjazdem i ze światłem ogólnie. W ogóle wiele jej piosenek kojarzy mi się ze światłem,
nie pytajcie, sama nie wiem. :d
O, a tak z ciekawości, napisz, kogo jeszcze lubisz z ludzi znanych na całym świecie.
2017-10-17 16:52:00
moozgish
Z tym światłem to ciekawie. Może dlatego, że jej debiutancki album nazywa się Lights? Albo dlatego, że imię Ellie może oznaczać światło. Tego drugiego, domyślam się, nie wiesz, ale no nie wiem, może jakoś podświadomie, tak mi jakoś przyszło do mózgu.
Z ludzi znanych na całym świecie lubię bardzo wielu, z tym, że większość lubię za jakiś konkretny utwór, czy album, nie tak w całości, acz nie zawsze tak jest. Oczywiście uwielbiam Enyę, to to już chyba wiadomo, takich ludzi jak Tori AMos, Kate Bush, Björk, Sinead O'connor, Gabrielle aplin, chociaż ona nie jest w sumie chyba aż tak bardzo bardzo znana, Birdy, Amy Diamond, ale to to wiesz, Amy Winehouse, dużą część utworów Adele, starsze kawałki Black-Eyed Peas, Catatonię, Loreenę MCKennitt, znana jest co prawda na ogół tylko w jakichś konkretnych środowiskach, ale jednak dość równomiernie na świecie, Celtic Woman, jak wyżej, ostatnio odkryłam, że lubię almę, taką FInkę, co nawet po Eskach leci, Blackmore's Night, Clannad, duużo tego.
2017-10-17 18:03:42
jamajka
Stój, kochana moja! Czekaj! Ty? Lubisz? Black eyed peas? Proszę dłóższą wypowiedź! Można nawet na prywatną
wiadomość, bo ja chcę o tym porozmawiać! :d Ja też ich bardzo lubię, ale z twojej strony potrzebuję głębszych
informacji na ten temat. A co do Ellie, niesamowite z tym imieniem, jasne, że nie wiedziałam, ale sama
teoria chyba się nie zgadza, chociaż "lights" mnie jeszcze utwierdziło. Ja to skojarzenie miałam jeszcze
przed tym, jak znałam ten album. Ja to skojarzenie już miałam przy "burn", przy tym... yyyy... przedrefrenie,
nie wiem, jak to określić. Takie coś, jakby drobne spadające gwiazdki... takie... jasne, ładne takie...
sztuczne ognie, czy coś. Nie mam pojęcia, jak to wygląda, to ty się znasz na kolorach. Ale ładne to jest,
chodź mój mózg mi na tyle tego nie udostępnił, żebym wiedziała coś więcej. A jak słyszę "the writer",
to sama się rozświetlam, ale to z innego powodu.
2017-10-17 20:51:20
hazel96
Mi się ostatnio odświeża faza na Amy Diamond. Nawet nie wiem, z jakiego powodu. Któregoś dnia zaczęło
mi się nucić "It can only get better", a później "Tomorrow", to sobie puściłam.
2017-10-30 08:27:35

Inspiracja.

"Liczy się nie to, co osiągasz w życiu, ale to, co przezwyciężasz."
Johnny Miller

2017-10-14 19:08:16
magdar1999
Ładne i jakże prawdziwe. Zgadzam się z tym. To co osiągamy też jest ważne, ale w tym zestawieniu drugie
zjawisko przoduje.
Pozdrawiam. :)
2017-10-14 19:43:11
hazel96
Skąd bierzesz takie trafne cytaty?
2017-10-30 08:27:58

Inspiracja.

"Ludzie, którzy piją, żeby utopić swój smutek, powinni wiedzieć, że smutek potrafi pływać."
Ann Landers

2017-10-14 19:04:38
Monia01
Ludzie, którzy piją, powini wiedzieć, że pić raczej się nie powinno. Niby wszyscy wiedzą, że wszystko
jest dla ludzi, ale nie wszyscy wiedzą, że wszystko trzeba stosować z umiarem.
2017-10-14 19:06:15
Celtic1002
Słuszna uwaga. :)
2017-10-14 19:43:30
jamajka
Alkohol nie dodaje ani nie odbiera rozumu. On tylko sprawdza, czy go masz.
2017-10-14 23:22:11

Enya - 'S Fagaim Mo Bhaile.

Witajcie!
Już dawno u mnie ENyi nie było, a wszystko wskazuje na to, że to teraz zdecydowanie jej kolej, po pierwsze dlatego, że już jakiś czas temu chciałam ją wstawić, ale finalnie wyszło inaczej, a po drugie dlatego, że cóś dzisiaj z tą ENyą jest na rzeczy. Wchodzę sobie na Eltena myśląc, że muszę w końcu tą Enyę wrzucić, no i widzę wiadomość od @Celtic1002, że jest ogólnoeltenowa faza na Enyę. No więc zdecydowanie czas wielki jak widać. :D
Tak więc, w moim awatarze jest sobie dzisiaj utwór Enyi o tytule "'S Fagaim Mo Bhaile", co po irlandzku znaczy "I Opuszczam Mój Dom". OK, co do tego I to nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że to 'S to skrót od słowa is, a is oznacza i, aczkolwiek ostrzegam, że mogę się mylić i może to być równie dobrze skrót od czegoś innego, na irlandzkim się nie znam jakoś szczególnie, właściwie prawie w ogóle, także no...
Utwór jest strasznie, straszliwie wręcz piękny, no nie wiem, czy jest sens coś więcej dodawać, Enya najlepiej mówi sama za siebie. Ja
Wam mogę jedynie życzyć miłego słuchania. :)

2017-10-14 13:56:56
pajper
Małgosiu, kiedy mowa o Enyi, określenia:
Utwór jest piękny, śliczny, cudowny, wspaniały,
Można zastąpić dużo krótszym twierdzeniem:
To jest Enyi. :D
I dokładnie, utworek prześliczny, chociaż przyznam uczciwie, że lepiej kojarzę jej twórczość angielską.
Ale,, spokojnie, znałem tą piosenkę chociaż dawno nie słyszałem. :D
Ojj tak, faza na Enyę się zrobiła zdecydowana.
Jesteś czwartą osobą, która ma ją w awatarze:
Ja, Angelika, Monika, no i teraz ty. :)
2017-10-14 14:03:15
moozgish
Bardzo słuszne spostrzerzenie, właściwie mówienie o tym, że jakiś utwór Enyi jest cudowny czy śliczny jest równie odkrywcze jak stwierdzenie, że masło jest maślane. Muzyka Enyi i piękno to w sumie chyba określenia równoznaczne. :) W tym sensie, że nie ma niczego, co stworzyłaby Enya, a co nie byłoby piękne. To bardzo dobrze, że się aż taka faza zrobiła. Ciekawa jestem, co by powiedziała Enya, jakby to zobaczyła. :D

2017-10-14 14:16:41
Celtic1002
Mnie inna ciekawi rzecz. Co by Enya zrobiła, gdyby się napisało do niej list, w którym by się ją poprosiło
o to, by coś wydała i podpisałaby się cała społeczność Eltena. Ej, bo się niedługo utwory skończą i siedemnastego
maja nie będzie co wstawić. :D A co do utworku, to cudowny jest, smutny strasznie, ale piękny.
2017-10-14 19:43:07
moozgish
O, a to jest w ogóle ciekawa rzecz. W ogóle ciekawe, czy by odpisała na takowy list, bo chyba sporo takiej korespondencji dostawać musi. :D No niee, tak zaraz to się chyba nie skończą, a nawet jak, to można je potem jeszcze raz zarzucić, co za problem? A na 17 maja to może po prostu każdy powinien zawczasu sobie wymyślić, co wrzuci i wtedy do tego czasu z tymi konkretnymi utworami byśmy się wstrzymali czy jakoś tak. To prawda, że ten utwór jest bardzo smutny, według mnie na tym polega duża część jego enijności i w ogóle uroku, jaki posiada.

2017-10-14 20:30:07
Celtic1002
No, musi dostawać na pewno takiej korenspondencji dużo. Ale wiesz, jakby tak do niej list napisać i jakby
odpisała, to by dopiero było przeżycie. :)
2017-10-15 13:56:41
moozgish
Oj, byłoby, było, z pewnością.
2017-10-15 14:00:10

Inspiracja.

"Rób to, co cię uszczęśliwia, bądź z tymi, którzy sprawiają, że się uśmiechasz, śmiej się tak długo, jak możesz wytrzymać i kochaj tak długo, jak żyjesz."
Rachel ann Nunes

2017-10-13 20:24:03
Celtic1002
Wow, kolejny świetny tekst.
2017-10-13 20:32:07
magdar1999
Pięknę.
2017-10-14 12:34:16

Inspiracja.

"Musisz tylko znaleźć tą wyjątkową rzecz, która wyróżnia Cię spośród innych i, dzięki prawdziwemu talentowi, ciężkiej pracy i pasji, wszystko może się zdarzyć."
Dr. Dre

2017-10-12 12:57:54
Monia01
Święta prawda :)
2017-10-12 17:41:44
Celtic1002
Zakochałam się w tym tkeście.
2017-10-12 18:59:04
jamajka
Nie myślałam, że znajdę tu cytat tego człowieka. xd
2017-10-14 23:22:48

Elizabeth Gaskell - Ruth

Witajcie!
Ostatnio obiecywałam recenzję, ale tak długo się delektowałam tą książką, że napisanie jej przeciągnęło się trochę w czasie. Właściwie czytałam ją równo tydzień, co bardzo, bardzo rzadko mi się zdarza, tylko w przypadkach, gdy książka jest straszliwie nudna, a przeczytać ją z jakiegoś powodu chcę lub muszę, albo jak jest taka piękna czy ciekawa, że czytam ją bardzo wolno, delektując się nią, powracając do poprzednich stron nawet i ogólnie przeciągając cały proces o tyle, ile się da. Tak też było z "Ruth". Pomimo, że czytałam ją już drugi raz. Mam wrażenie, że tym razem wyciągnęłam z tej książki znacznie więcej.
Elizabeth Cleghorn Gaskell jest pisarką pochodzącą z ANglii, tworzącą w XIX wieku, w epoce wiktoriańskiej, bardzo cenioną w swej ojczyźnie. U nas również jest znana, ale z racji tego, że wciąż stosunkowo niewiele książek jest przetłumaczonych i są dostępne chyba głównie w jakichś antykwariatach, nie aż tak lubiana. Światowo znana jest z biografii innej współczesnej sobie pisarki - Charlotte Bronte - z utworu znanego w Polsce pod tytułem "Panie Z Cranford" lub "Cranford" oraz powieści "Północ Południe". Pisała opowiadania w gotyckim klimacie, podobno też kryminalne, ale to wiem z drugiej ręki. W każdym razie pisała dobrze, umiała trafnie i ciekawie opisywać ludzi, otaczający ich świat, zjawiska społeczne... Tak, że czytając jej książki, ma się wrażenie, że jest się ich częścią, a to przecież niewątpliwa oznaka, że utwór jest bardzo dobrej jakości.
"Ruth" to powieść mówiąca o moralności i dziewiętnastowiecznej moralności. Jest utworem pełnym smutku i cierpienia. Mówi o tym, jak okrutny potrafił być los dla niezamężnych kobiet, w dodatku nie mających odpowiednich koneksji czy środków finansowych, a cóż dopiero dla samotnych matek.
Taką samotną, pogardzaną przez wszystkich, młodą matką jest właśnie tytułowa Ruth Hilton. Wywodzi się ona z klasy nieuprzywilejowanej. Na jej nieszczęście została dość wcześnie osierocona przez obojga rodziców. Znajduje sobie posadę jako krawcowa. Może nie ma życia szczęśliwego, bo nie bardzo lubi swoją pracę i nie jest w niej dobra, a szefowa bez skrupułów wyzyskuje swoje pracownice, ale przynajmniej ma dach nad głową i środki do życia. W tym czasie poznaje niejakiego pana Bellinghama, który jest pod urokiem niezwykłej urody dziewczyny, jak również jej skromności i bezpretensjonalności. Między tymi dwojgiem powoli nawiązuje się więź, pan Bellingham odwiedza Ruth w niedziele i spędza z nią coraz więcej czasu. Któregoś jednak razu, pracodawczyni Ruth nakryła ją na jakże chaniebnym czynie: trzymała rękę na ramieniu towarzyszącego jej młodzieńca. Dziewczyna zostaje bez pardonu wyrzucona z pracy i znów zostaje bez dachu nad głową. W tym momencie "wspaniałomyślny" pan Bellingham ofiaruje jej pomoc, wyjeżdżają razem do Walii i zostają kochankami. Należy tu dodać, że Ruth, będąc wtedy bardzo młodą dziewczyną, zupełnie nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie konsekwencje może jej przynieść takie postępowanie, nie wie nic o tym, że jest to sprzeczne z zasadami moralnymi panującymi w jej środowisku. Obdarza Bellinghama szczerym, niewinnym, a bardzo silnym uczuciem, które będzie jej towarzyszyło właściwie przez całe życie. On jest jednak człowiekiem egoistycznym, samolubnym i raczej niedbającym o moralność. Zresztą nie musi, jest arystokratą, no i, mężczyzną. Wkrótce jednak Ruth boleśnie się przekonuje o tym, w jak niekorzystnym położeniu się znalazła. Ludzie traktują ją właściwie jak przedmiot, jak coś zepsutego i odrażającego. Po jakimś czasie pan Bellingham zachorowuje na gorączkę mózgu i przyjeżdża do niego jego matka. Ruth bardzo to przeżywa, boi się jego śmierci, ogromnie cierpi. Wraz z powrotem do zdrowia Bellinghama, matka namawia go, aby opuścili gospodę, w której się znajdowali i wyjechali jak najprędzej, chce zakończyć jego znajomość z Ruth, ponieważ według niej to właśnie Ruth przyczyniła się do tego, że jej syn żyje z nią w grzechu. Bellingham z matką wyjeżdża, pozostawiając Ruth samą sobie i bardzo cierpiącą. Wtedy na horyzoncie pojawia się pan Benson, który wraz ze swą siostrą zabiera ją do swego domu, dziewczyna dostaje nową tożsamość i jako wdowa jest guwernantką dwuch córek mieszkającego w sąsiedztwie pana Bradshawa. Ruth staje się także matką małego Leonarda. Jednak nawet u Bensonów nie jest bezpieczna i po latach jej sekret wychodzi na jaw.
Dziewczyna (pomimo iż jest wręcz uosobieniem niewinności, trudno doszukać się u niej jakichś większych wad, może poza nadmiernym odczuwaniem wszystkiego, ale też życie jej nie oszczędza, więc w sumie trudno się jej dziwić) jest traktowana przedmiotowo, ludzie automatycznie przestają utrzymywać z nią jakiekolwiek relacje, przestają odwiedzać dom Bensonów, są dla niej bardzo okrutni, dotyka to także Leonarda, o którym pan Bradshaw mówi, że i on musi ponieść karę, za czyn jego matki.
Książka owa w doskonały sposób pokazuje, jak bardzo współcześni autorce ludzie kierowali się uprzedzeniami w relacjach z innymi, jak wiele kobiety w sytuacji takiej, jak Ruth musiały wycierpieć i jak dalekie od prawdy potrafią być pozory. Jest typową powieścią moralizatorską, po której przeczytaniu widać wyraźnie, jak okrutni możemy być dla kogoś sądząc go wyłącznie po pozorach lub nie dając mu szansy na poprawę, lub, jak ujął to pan Benson, wdeptywać w piach, z którego nie można się wydostać. Dla czytelnika w XXI wieku tematyka książki może się czasem wydawać niezbyt zrozumiała, jako, że w naszych czasach samotne matki i nieślubne dzieci nie są żadnym wielkim fenomenem, trzeba więc na zjawisko spojrzeć z perspektywy ówcześnie żyjących ludzi, która była zupełnie inna od współczesnej.
Pomimo jednak, iż powieść jest moralizatorska, wcale nie jest sucha czy nudna lub przesycona banałami, jak wiele innych powieści moralizatorskich czy dydaktycznych, jakie zdarzyło mi się przeczytać. Jak już mówiłam, proza Elizabeth Gaskell sprawia, że możemy niemalże dosłownie wejść w świat bohaterów i wszystko zobaczyć niemalże namacalnie. Powieść jest napisana bardzo dobrze, wiele postaci drugoplanowych jest odmalowanych w naprawdę ciekawy sposób, taka Sally chociażby. Sama Ruth nie jest szczególnie barwną postacią, według mnie jest nieco mdła, ale jednak daje się lubić, no i chyba właśnie miała być taką typową, białą bohaterką, bez jakichś większych wad czy słabości. Język powieści jest bardzo piękny, zdecydowanie będę musiała ją przeczytać po ingliszu.
Nie jest ona oczywiście pozbawiona pewnych wad, niektóre wątki są na przykład trochę nazbyt rozciągnięte, chociażby zaloty pana Farquhara do Jemimy Bradshaw, czy zdradzenie się przez autorkę z tym, że chyba niewielkie ma pojęcie o języku walijskim, nawet mniejsze od mojego początkującego. :D No ale, to są takie szczególiki w porównaniu w piękną całością.
Komu mogłabym tę ksiażkę polecić:
Miłośnikom literatury angielskiej, obyczajowej, z wnikliwymi obserwacjami dotyczącymi otoczenia, ludzkich charakterów, obyczajowości, zainteresowanym moralnością czy religią, jeśli ktoś na przykład czytał "Tessę D'uberville" Hardy'ego, to "Ruth" na pewno takiemu komuś się spodoba.
Nie polecam tej książki ludziom, którzy lubią szybką akcję i trzymającą w napięciu fabułę, tutaj fabuła jest bez wątpienia bardzo wciągająca, angażująca emocjonalnie czytelnika w bardzo dużym stopniu, ale raczej zbytnio nie napina.


2017-10-12 12:52:50
biedrona333
Cześć przeczytałam recęzję tej skiążki i powiem ci, że ja lubię takie moralizatorskie powieści sama ma
ich trochę.
2017-10-27 12:49:19

Christel Alsos - Molly.

Witajcie!
Dzisiaj w moim awatarze bardzo piękny według mnie utwór norweskiej piosenkarki Christel Alsos o tytule Molly.
Miłego słuchania! :)

2017-10-11 14:09:34

Bendith - Dinas.

Witajcie!
Dziś dla odmiany zupełnie niemainstreamowy, za to fazowy awatar. Chciałabym Wam pokazać kolejny utwór projektu Bendith, o którym szerzej już jakiś czas temu pisałam. Utwór ów nazywa się "Dinas", czyli po walijsku miasto, ale takie city w sensie i według mnie jest ogromnie piękny.
Miłego słuchania! :)

2017-10-10 11:59:13

Ella Sanoo - Magic Call.

Dziś też będzie mainstreamowo, a co tam.
Jeśli ja słucham jakiejś muzyki komercyjnej, czego nie robię często, ale czasem jest fajnie i nie sugeruję się tym, czy coś jest mainstreamowe czy nie jest, to jakoś tak wychodzi, że ta muzyka komercyjna jest najczęściej ze Skandynawii i to tam jest popularna i puszczana przez media głównego ścieku. Muzyki komercyjnej światowej, polskiej, czy jakiejkolwiek innej słucham jeszcze rzadziej.
Piosenka, która dziś jest w moim awatarze, była swego czasu puszczana, słyszałam, że podobno do znudzenia, w fińskich stacjach szwedzkojęzycznych i szwedzkich fińskojęzycznych. Szczęśliwie ja jeszcze nigdy nie słuchałam żadnej z takich stacji jakoś dłużej bez przerwy, więc sama tego nie doświadczyłam.
Jest to typowy utwór naszej epoki, niczym w sumie nie porywa, ale.. i tak mi się podoba.
Wokalistka nazywa się ELla Koskela, a jej pseudonim artystyczny to Ella Sanoo, czyli po fińsku ELla mówi. Karierę rozpoczęła mając lat 17, pochodzi z miasta Vasa, w
Finlandii, (że z Finlandii, to słyhać, bo nie mówi z), w którym wielu ludzi na co dzień posługuje się językiem szwedzkim. Utwór "Magic Call" natomiast jest jednym z jej bardziej popularnych utworów.



2017-10-08 16:09:25
2017-10-08 16:13:47

Inspiracja.

Witajcie!
Dzisiaj chciałabym się podzielić z Wami cytatem z książki, którą aktualnie czytam. Czytam ją po raz drugi i wciąż tak samo mi się podoba i - jak to zwykle w takich sytuacjach bywa - znajduję w niej nowe rzeczy, do których poprzednio nie przywiązałam zbyt wielkiej wagi. Książka ta to "Ruth" Elizabeth Gaskell, w ogóle w najbliższym czasie zamierzam przeczytać wszelkie jej książki, jakie tylko znajdę, więc całkiem możliwe, że posypie się troszkę recenzji. Ruth jest książką, którą można określić jako smutną, taki też jest ów cytat, dotyczący śmierci naszych bliskich. A oto i on:
"Najdroższa Ruth, nie rozpaczaj tak bardzo. To nie przyniesie nic dobrego; nie wróci życia zmarłym - rzekł sam Bellingham poruszony widokiem jej strapienia.
- Wiem, że nie wróci - szepnęła Ruth - i dlatego płaczę."

2017-10-08 15:31:30

Catatonia - Road Rage.

A dzisiaj będzie taki całkiem normalny, rzekłabym, mainstreamowy awatar. No i nawet po angielsku. Catatonia - zespół może w Polsce jakoś niezbyt dobrze znany, ale w UK czy nawet w Irlandii nawet teraz, gdy już nie istnieje, wciąż dość popularny. Jest to zespół walijski, a jakże, ale tworzący jednak głównie po angielsku, którego muzykę klasyfikuje się do indie rocka, britpopu i paru tam jeszcze innych gatunków.
Oprócz kilku facetów, członkinią, a ściślej rzecz ujmując wokalistką i liderką tego zespołu była także niejaka Cerys Matthews. Cerys pochodzi z Cardiff, a więc z południowej Walii, mówi po angielsku i walijsku od dzieciństwa, no i jeszcze w paru innych językach. Właściwie myślę, że nie przesadzę twierdząc, że w Wielkiej Brytanii jest celebrytką. ANgażuje się w bardzo różne akcje społeczne, jest też dziennikarką w BBC Radio 6, co niedzielę ma swój własny program, jest też strasznym molem książkowym i ma chyba, o ile dobrze w tej chwili pamiętam, trójkę dzieci. Rozwinęła też karierę solową, mniej rockową, a bardziej folkową. Zespół Catatonia jednak już nie istnieje, rozwalił się już dość dawno z powodu problemów Cerys dotyczących różnego rodzaju używek i jeszcze jakichś tam innych egzystencjalnych.
O ile światopogląd Cerys drastycznie różni się od mojego, o tyle uwielbiam jej wokal, uwielbiam jej słuchać nawet, jak nawija, dlatego zdarza mi się całkiem często słuchać jej audycji w BBC i to wcale nie ze względu na muzykę, którą puszcza, a która na ogół jakoś średnio mi podchodzi, bo to taki jakiś jazz i jakiś bardzo retro blues na ogół jest, ale właśnie po to, żeby słuchać jej nawijki. I bardzo lubię jej akcent. Normalnie nie jest jakiś silny, ale jednak jest walijski, nie tak, jak z wieloma ludźmi z tych ogólnokrajowyc stacji BBC, którzy się chyba wstydzą własnych, rodzimych akcentów, czy coś.
W utworze "Road Rage" ma jednak baardzo silny walijski akcent, taki typowy, południowowalijski, taki, że aż niejaki Ian Hyland, recenzujący albumy muzyczne dla "Sunday Mirror", stwierdził podobno, że "If Matthews sounded any more Welsh she'd be a dragon". :D Jakby któś nie wiedział, smok jest narodowym symbolem Walii, dlatego tak.
Ja uwielbiam całą dyskografię Catatonii, akurat "Road Rage" jest jednym z największych hitów tego zespołu, ale też jednym z moich ulubionych ich utworów.
Miłego słuchania. :)

2017-10-07 17:08:33
gadzio
Znany, znany. Lubiany nawet.
2017-10-07 18:03:54
moozgish
O, a to mnie cieszy, jakoś póki co na żadnych polskich fanów nie trafiłam. :)
2017-10-07 21:32:08

Baby Name Game.

witajcie!
W zeszłym miesiącu przerzuciłam tu pomysł niejakiej ALexandrii z Australii, z bloga The Name Garden, która między innymi tworzy dla swoich czytelników gry dotyczące nadawania imion dzieciom. Ponieważ jest już październik, właśnie wrzuciła nową, ciekawą grę, w tym samym stylu, co ta z zeszłego miesiąca, mianowicie chodzi o to, żeby nazwać troje lub więcej dzieci imionami z listy, a ta lista to imiona dzieci urodzonych w październiku zeszłego roku, których imiona zostały podesłane na Name Garden. Są tam zarówno imiona pierwsze, jak i drugie. Może ktoś chciałby się też pobawić? Komentarze z Waszymi wyborami możecie wtedy pisać albo u mnie, albo jeśli ktoś ma Tumblra, u Alexandrii. Żeby było wygodniej, poniżej rzucam listę imion.
Pierwsze imiona dziewczynek: Kimberly, Savannah, Aphra, Isobel, Lorna, Ella, Margot, Beatrice, Delilah, Mina, Reece, Emilia, Poppy, Alessandra, Iris, Kennedy, Grace.
Drugie imiona dziewczynek: Cheyenne, Clare, Victoria, Cecilia, Molly, Wren, Rose, Alice, Elizabeth, Grace, Leonie, Annabelle, Tu, Lucia, Jude, Alexandra, Callie, Sophia.
Pierwsze imiona chłopców: Freddie, Samuel, Joshua, Sebastian, Alexander, Henry, Arthur, Louis, Fergus, Alfie, Jason, Conner.
Drugie imiona chłopców: James, Augustus, Joseph, Henry, Jonathan, Atticus, William, Simon, Robert, George, Alastair, Coleridge, Alexander, Nelson, Daniel, Clarence, Franklin, Lucas.
Moje typy to: Isobel Elizabeth, Fergus William, Ella Lucia, Samuel Alastair oraz Delilah Annabelle.
Link do wpisu Alexandrii to:
http://thenamegarden.com/post/166123586336/lets-kick-off-with-the-first-baby-name-game-of
Miłej zabawy wszystkim chętnym życzę. :)

2017-10-07 15:56:06

Gumki są fajne.

Hhrrru?
To ja Misha. Mam dzisiaj całkiem przyjemny dzień. Wcale nie śpiący. Właśnie przyszedłem do Emi i pomyślałem sobie, że coś Wam poopowiadam o moim ciekawym, bardzo przebojowym, Mishowym, szarym życiu.
Mówiłem, że mam dużo zabawy, a to dlatego, że odkryłem na nowo gumki. Zofijka ma bardzo dużo gumek i ona z nich sobie robi jakieś bransoletki, ja się nie znam. W każdym razie fajne jest to, że ona ma te gumki i one się walają po całym domu. Nie dlatego, że Zofijka tak robi, tylko przeze mnie. Bo ja się uwielbiam bawić gumkami. Mam w główce wykrywacz gumek i nawet jak ktoś sobie macha taką gumką daleko ode mnie, to ja zaraz przybiegam i się rzucam. Na tą gumkę, albo na człowieka. No ale jakoś ostatnio o tych gumkach zapomniałem, bo one mi się ciągle gubią, a wczoraj mama znalazła jedną w swoim pokoju. "O, Misha, paatrz, twoja gumeczka". Bardzo się oczywiście ucieszyłem, ale potem byłem zły, bo mama nawet mi jej nie pozwoliła dotknąć, tylko wzięła mnie na ręce i cały czas trzymała tą gumkę. Pomyślałem sobie, że bez sensu. Zaniosła mnie do Emi, która jeszcze spała, postawiła mnie na podłodze, a tą gumkę rzuciła na kołdrę. Ja się wspiąłem na łóżko, a właściwie na Emi, żeby się tą gumką bawić, a Emi się od razu obudziła i bardzo się zdziwiła, że ja tu jestem i się mnie zapytała, czy sam chciałem tu przyjść. Ale ja się interesowałem gumką. Potem mama położyła tą gumkę Emi na oczach i ja się na nią rzuciłem, a one się bardzo śmiały. Trochę jeszcze się potem bawiliśmy tą gumką, a potem jeszcze wieczorem, jak byłem w domu sam z Emi, ale nam co chwilę wpadała pod łóżko i nie mogliśmy jej wyciągnąć, bo ja ją widziałem, ale nie mogłem złapać, a EMi by mogła złapać, ale jej nie widziała i się nie mogliśmy dogadać. A jak ją w końcu złapaliśmy, to znowu ja ją zrzucałem pod łóżko z drugiej strony i potem jęczałem, bo nie mogłem jej wyciągnąć, aż w końcu się nam zabawa znudziła. Dzisiaj też się bawiłem gumką z mamą. Jak Emi miała angielski, to w ogóle miałem fajnie, bo bawiłem się plecakiem tego pana, co do niej przychodzi i gumką Zofijki, ale szybko mi się znudziło, bo nikt się nie interesował tym, jak ja szybko biegam. Jak nauczyciel EMi pojechał, to poszliśmy razem do mamy do piwnicy, a potem one poszły na taras z jakimś ludzkim żarciem i jakimś ludzkim piciem i się śmiały, a ja stałem, przykleiłem się do szyby i płakałem. Tak długo płakałem, żew końcu mama wstała, podeszła do drzwi, chwilkę ze mną porozmawiała, że mam piękne, zielone oczy i takie tam, ale ja ciągle płakałem, tak długo, że aż mi w końcu otworzyła, włożyła mi smycz i mogłem też wyjść. Dużo ciekawych rzeczy się tam dowiedziałem. Najpierw mi kazały leżeć, tak jakby można było leżeć jak jest taki piękny wiatr i wrony kraczą i jakieś inne zwierzęta gdzieś tam daleko się odzywają i gałęzie się ruszają i wszystko się rusza. Emi mnie trzymała i ja się w ogóle nie mogłem ruszyć i kazały mi leżeć. No ale ze mną tak nie ma. Mama jest strasznie miękka i w końcu mnie wzięła i ze mną chodziła, a ja sobie oglądałem świat. Bardzo mnie interesowały drzewa, jak już zeszliśmy do ogrodu to nie mogłem się powstrzymać i ciągnąłem mamę do jednego drzewa, aż w końcu mama wrzuciła mnie na gałąź. Ja się chciałem wspiąć wyżej, aż się cały trząsłem, tak bardzo chciałem, ale głupi ludzie mi co chwilę obcinają pazurki i się zsuwałem, a mama się śmiała i mówiła Misha co z ciebie za kot nawet się nie umiesz wspinać. Potem się jeszcze śmiała, że się przewróciłem, że nie umiem iść, a jak nie chciałem wracać do domu to powiedziała, że jestem uparty osioł. Bardzo śmieszne.
No ale miałem Wam powiedzieć, czego się dowiedziałem, oprócz tego, że drzewa są bardzo fajne i fajnie jest się wspinać na gałęzie. Dowiedziałem się, że teraz będę dostawał bardzo dużo prezentów. Emi powiedziała, że tak powinno być, bo ja jestem najmłodsze dziecko i trzeba mnie rozpieszczać, a mama powiedziała, że to prawda, ale nie tylko dlatego będę teraz dostawał prezenty. Będę dostawał prezenty dlatego, że u Zofijki w pokoju jest teraz taka piękna, ogrrrroooooomna kanapa. Co to ma do rzeczy? Ona mi się bardzo podoba i ja myślałem, że to dla mnie. Myślałem, że to dla mnie, bo jak ja rozłożyli, to wszyscy mnie wołali Misha chodź zobacz i słyszałem, że się zastanawiaja, co ja na to powiem. Ja sobie chodziłem po Zofijki pokoju, oglądałem, oceniałem, bo było przemeblowanie, spodobało mi się, a potem w końcu obszedłem ten mój wielki prezent ze wszystkich stron, obwąchałem, pomyślałem chwilę, jak to ja, no i zabrałem się do zabawy. Wskakiwałem na tą kanapę i ją drapałem. Bardzo się cieszyłem, że będę miał takie wielkie, własne łóżko. Bo Zofijki łóżko cały czas stoi w takim jej drugim, mniejszym pokoju, więc myślałem, że ona będzie spała tam. Wtedy wszyscy się rzucili i zaczęli wrzeszczeć Misha debilu co ty robisz masz źle w głowie zostaw to idź sobie spadaj, a tata nawet powiedział spieprzaj dziadu i mnie kopnął. Ale ze mną tak nie ma. Jak już sobie wszyscy poszli, to Zofijka mnie zaprosiła do swojego pokoju, ja wszedłem, bawiłem się z nią chwilkę, a potem Zofijka robiła jakieś laurki, a ja bawiłem się moim prezentem. Zofijka tylko się odwróciła i krzyknęła Misha przestań, ale nic więcej nie powiedziała, a ja dalej się bawiłem. Dopiero potem mama to usłyszała i narobiła strasznego szumu i uciekłem. Teraz mama każe Zofijce zamykać drzwi do pokoju, żebym ja nie przyszedł, ale Zofijka lubi ze mną być i i tak mnie czasem zaprasza. Więc Emi powiedziała mamie, że skoro ja myślę, że to jest prezent, to trzeba mi dać jakiś prawdziwy prezent dla mnie, żebym się nim zajął i przestał męczyć kanapę. Mama powiedziała, że to prawda i kazała tacie zrobić mi taką zabawkę do wspinania, drapania i do snu. Tata teraz nie ma czasu, ale musi mi zrobić, bo inaczej Zofijka będzie miała obdrapaną kanapę, zresztą już trochę ma, no ale nie tak bardzo. Ja już teraz wiem, że to nie jest prezent dla mnie, ale sobie poczekam, aż mi coś dadzą i wtedy przestanę drapać. No i dzisiaj mama i Emi rozmawiały właśnie o tej zabawce i jeszcze o tym, że mama mi kupi huśtawkę. Taką huśtawkę niby w kształcie muszli, którą się zawiesza na grzejniku i będę mógł się w niej bujać, marzyć i spać. I jeszcze mama powiedziała, że bardzo chciałaby mi kupić brata, ale musi się dowiedzieć, jak to jest mieć dwa koty i pomyśleć. Emi się śmiała, że jeszcze zanim skończy myśleć to się jej odechce, ale ja mam nadzieję, że nie. Mama powiedziała, że jest jej mnie żal, bo zawsze jestem sam i mi się nudzi i powinienem mieć przyjaciela. Mama miała mi kupić tuńczyka,ale jednak na razie nie kupiła. I jeszcze się dowiedziałem, że bardzo pięknie i zgrabnie skaczę. Ale potem mama i tak się znowu ze mnie śmiała, bo się przestraszyłem kamienia.
Bardzo jestem ciekawy, jakie będą te moje prezenty czy mi się spodobają. Teraz znowu byłem sam, bo wszyscy sobie gdzieś poszli, ale teraz już nie jestem sam na szczęście. Zaraz chyba pójdę spać.
Pozdrawiam wszystkich bardzo Mishnie.
Misha


2017-10-06 19:04:01
Celtic1002
No tak. Jaki kot by to nie był, drapać lubi. Misha, nie wolno drapać kanap. :
2017-10-06 19:08:54
moozgish
Ee tam nie wolno. Trzeba, bo wtedy dostaje się prezenty. Ale potem już nie będę, obiecuję.
Misha

2017-10-06 21:39:06
Monia01
Taki nieudany przykład symbiozy albo raczej przykładnieudanj symbiozy :D
2017-10-09 17:41:31

Inspiracja.

"Pragnienie bycia kimś innym to marnowanie osoby, którą się jest."
Kurt Cobain

2017-10-06 16:09:56
pajper
Święta prawda. :)
2017-10-06 16:10:15
ambulocet
Bardzo interesujący cytat. Wprawdzie nie da się ukryć, że bez pragnień zmian w swoim życiu i charakterze,
pewnie do niczego byśmy nie doszli, ale faktem jest, że na pragnienia, które nie mają szansy się spełnić,
szkoda zdrowia i czasu.
2017-10-08 19:54:49
Monia01
Dokładnie
2017-10-09 17:37:21

Candelas - Anifail.

Witajcie!
Dziś chciałabym Wam pokazać kolejny utwór zespołu Candelas, tym razem ten, który poznałam jako pierwszy i od razu polubiłam. Anifail to po walijsku zwierzę, a utwór pochodzi z drugiego albumu zespołu, zatytułowanego Candelas.

2017-10-05 13:36:19

Cornelis Vreeswijk - Elisabeth.

Witajcie!
Dziś w moim awatarze jeden z piękniejszych pod względem muzycznym według mnie utworów Vreeswijka, choć wydaje mi się, że dość mało znany, oczywiście mówię o Szwecji, bo w Polsce raczej w ogóle nie jest szerzej znany. Utwór "Elisabeth" jest apostrofą do kolejnej kobiety, właśnie Elisabeth, która jest bardzo młoda i piękna, a podmiot liryczny ją pociesza, ponieważ jest nieszczęśliwa z powodu jakiejś miłości i mówi jej, w skrócie rzecz ujmując, że to nie oznacza, że będzie tak zawsze i że znajdzie sobie jeszcze kogoś innego.
2017-10-04 10:20:50

Dożyć setki?

Wczoraj przed snem Zofijka miała rozkminowy nastrój. Dostała nową kanapę do swojego pokoju, który od prawie roku wciąż jeszcze nie jest do końca urządzony, właściwie w ogóle nie jest, no i w związku z tym chciała, żebym ja z nią spała pierwszą noc, po prostu żebyśmy ją razem przetestowały. Pretext śmieszny, bo Zofijka po prostu zawsze lubi, jak z nią leżę, zanim zaśnie, albo jak razem śpimy u mnie albo u niej, bo obie mamy tak wielkie łóżka, że to jest egoizm samemu spać. :D No i tak, jak na ogół jest to dla nas czas, kiedy pękamy ze śmiechu z najgłupszych rzeczy, tak wczoraj Zofijka miała właśnie jakiś taki rozkminowy, powiedziałabym nawet, że smętny nastrój i się mnie spytała, czy ja chciałabym dożyć stu lat i czy to jest fajnie.
Moja odpowiedź była automatyczna: "A niby po co?", co bardzo rozśmieszyło Zofijkę.
No bo właśnie, właściwie, to ja serio nie bardzo rozumiem, po co. Nie wystarczy mieć fajne, ciekawe, może nawet burzliwe, produktywne życie? W jakim celu aż takie długie? Skąd ten cały pęd długowieczności? Czy tylko dlatego, że ludzie boją się śmierci? W takim razie ten lęk musi być ogromny.
Rozmawiałam już kiedyś o tym z moją babcią, która zawsze się buntuje, jak ludzie jej życzą sto lat. Mówi, że nie chciałaby tak długo żyć, patrzeć, jak wszyscy, których znała w młodości umierają, mieć coraz więcej chorób, nie nadążać za zmieniającym się światem, nie być już nikomu potrzebną, bo powoli zawodzą ją zmysły i siły itd. Stwierdziła, że znacznie ciekawiej jest mieć życie przyzwoitej długości, ale takie, które by naprawdę dawało satysfakcję, po którym umierając możesz sobie powiedzieć, że to miało sens i w ogóle było fajnie i wszystkim innym tego również życzę. No i nie mogę się w tym względzie z moją babcią nie zgodzić, choć dla niej już pięćdziesiąt lat to za dużo i sama mając siedemdziesiąt, jak możecie wywnioskować, czuje się raczej staro, tak przynajmniej twierdzi. Dla mnie pięćdziesiąt lat to jeszcze nie aż taka tragedia.
Tak myśli też Zofijka. Jak się jej zapytałam po co dożywać aż setki, stwierdziła "No właśnie, przecież człowiek musi być bardzo zmęczony jak tak długo żyje. CO wtedy można robić?". OK, może jak ktoś jest w dobrym stanie ogólnym w tak sędziwym wieku, to jakieś hobby sobie na pewno znajdzie, no ale ilu ludzi w wieku stu lat jest w dobrej kondycji czy to fizycznej, czy umysłowej?
Mój Tatul jednakże twierdzi odwrotnie. Nie jest człowiekiem jakimś bardzo wesołym, pełnym energii, nic z tych rzeczy, ma raczej, hmm, wisielczy stosunek do rzeczywistości, niemniej jednak z przekonaniem twierdzi, że chciałby dożyć nie tylko setki, ale i dwustu lat czy dalej, byleby tylko w dobrym zdrowiu. Oglądać, jak mu rosną wnuki, prawnuki i praprapraprapraprawnuki, jak świat przechodzi z jednej ery w drugą... niewątpliwie świat z tej perspektywy musi wyglądać ciekawie, być za życia prapraprapraprapradziadkiem, który przeżył sześć stuleci i siłą rzeczy trudno go przebić w życiowym doświadczeniu, a zdrowie mu służy. Jak taki jakiś kurczę wampir. Ale jednak, nie zmęczyłoby Was to po jakimś czasie? Mój Tatul twierdzi, że jego nie. Wydaje mi się, że ponieważ nie jest jakimś bardzo żywotnym czy szczęśliwym człowiekiem, mówi tak dlatego, że czuje świadomie lub nie, jakiś mocny lęk przed śmiercią. Myślę, że jak by tak przeżył załóżmy półtora wieku, tak by nasiąknął cynizmem, że już dalej by mu się odechciało. :D Ale może się mylę i obym się myliła i oby Tatul rzeczywiście mógł jak najdłużej pożyć, jeśli chce, ja bym się z tego ogromnie cieszyła. A ma na to duże szanse, bo ma wielu naprawdę długowiecznych ludzi w rodzinie, w tym moją babcię, któ®a ma już 81 lat i ludzie uznają ją za młodszą, niż wyżej wspomnianą 70-letnią babcię od strony Mamuli.
Dziwi mnie trochę paradox naszej pięknej współczesności. Leci się za długowiecznością, nieśmiertelnością wręcz, a co ci biedni ludzie z tego mają? Może i długieżycie, ale pełne różnych dolegliwości, których według naszej konwencjonalnej medycyny nie idzie wyleczyć, a więc jakość pozostawia chyba sporo do życzenia. A że dla mnie w większości sytuacji liczy się właśnie jakość, a nie ilość, nie ma to dla mnie po prostu sensu. Ja oczywiście jestem jak najbardziej za życiem i przeraża mnie też druga skrajność, że skoro ten dziadziuś już ledwo zipie, to czemu mu nie ulżyć i biedaka nie dobić. Jednak myślę, że można to jakoś wypośrodkować. Do czego jednak chyba ludzie powinni bardziej oswoić się z myślą o śmierci i przyjąć ją jako coś naturalnego i niezależnego od nas, bo nie my tu rządzimy, a nie zawsze odsuwać ją gdzieś na skraj świadomości.
A czy Wy chcielibyście dożyć stu lat? Jakie jest Wasze stanowisko w tej kwestii? :)



2017-10-03 15:22:59
2017-10-03 15:37:13
Celtic1002
Szczerze? Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, czy chciałabym dożyć setki. Jakoś mnie to wybitnie nie
iteresowało.
2017-10-03 15:27:18
jamajka
W sumie, to trudno się zdecydować, ale raczej zgadzam się z tobą. Znaczy nie to, żeby cieszyła mnie perskpektywa
śmierci w wieku lat 60, czy coś. I uważam, że ludzie w wieku 70 czy 80 nie muszą się czuć jakoś bardzo
staro, jeśli tylko są, jak to się mówi, młodzi duchem. Ale rzeczywiście, nie chciałabym cyba żyć, jak
taki wampir, tych długich setek lat. Ja już czasami mam podejście typu: Ło Jezu... ile jeszcze tak można?
To co by dopiero było, gdybym żyła 150 lat. Jasne, można mi sto lat śpiewać i mogę sobie tyle żyć, bo
wedłóg mnie często jakość życia, zwłaszcza już w tym dorosłym życiu, zależy od człowieka. No umówmy się,
jak masz nieuleczalną chorobę, to będzie ci przeszkadzać, nie ważne, ile będziesz miała lat. No ale w
drugą stronę, gdybym miała przeżyć wszystkich, których znałam? Straszne!
2017-10-04 16:50:59
daszekmdn
Jeśli całe życie miało by być fajne to pewnie :)
2017-10-04 19:45:39
Monia01
Nie, nie chciałabym dożyć setki, Często składając komuś życzenia na urodziny, zaznaczam, że nie będę mu ży czyła stu lat, bo w pewnym sensie mogłabym wyznaczać długość jego życia, a to nie ode mnie zależy przecież.
W Średniowieczu był "Podręcznik dobrego życia" i "Podręcznik dobrego mierania" i tak sobie myślę, że są ludzie, którym takie książki przydałyby się i współcześnie. Kurcze, wszyscy umrzemy, a jednak tak wielu się tej śmierci boi. Ja sama też nie wiem, co na ten temat myśleć. No bo niby wiem, że śmierć jest nieunikniona i to nie ludzie rozdają w niej karty (nie licząc ludzkiej głupoty, która często się do śmierci przyczynia), ale... No więc może tak: Mogłabym dożyć nawet i tych stu lat, byli tylko nieczuła się niepotrzebna :)

2017-10-09 17:36:50

Elisabeth - Make Me Visible.

Witajcie!
Dzisiaj również taki raczej spokojny, skandynawski utworek. Dzisiaj jednak z Finlandii, ale nie po fińsku, po angielsku, jak widać po tytule. Elisabeth Ehnrooth (nieszczególnie fińskie jest i jej imię i nazwisko) mieszka w Helsinkach, znana jest po prostu jako ELisabeth. Znam ten utwór już od dłuższego czasu i wciąż mi się podoba.

2017-10-03 14:35:44

Elisabet Ormslev - Moving On.

Witajcie!
Usłyszałam ten utwór dziś rano w jednej ze szwedzkich stacji radiowych i od razu strraszliwie mi się spodobał. Według mnie jest śliczny i zdecydowałam się nim podzielić. Wykonawczyni tego utworu - ELisabet Ormslev - pochodzi z Islandii.

2017-10-02 13:05:12

Candelas ft. Alys Williams - Llwytha'r Gwn.

Witajcie!
Mam ochotę trochę pozanudzać. :D Dzisiaj mój awatar to znowu piosenka walijskiego, rockowego zespołu Candelas, kolejna, którą wprost uwielbiam. Nazywa się Llwytha'r Gwn i została stworzona w gościnnej współpracy z Alys Williams.
To, co mnie właśnie najbardziej powala w tym utworze, to wokal Alys, z którym pierwszy raz się zetknęłam słuchając Llwytha'r Gwn. Długo, dłuuugo próbowałam się czegoś dowiedzieć, któż to zacz jest, bo zespół Candelas tworzą sami faceci, a przy moim bardzo wtedy kulawym walijskim ciężko mi się było czegokolwiek dowiedzieć, no i w końcu dowiedziałam się, kim jest ta kobitka, dowiedziałam się w dość ciekawy sposób, ciekawy choćby dlatego, że przez Gwila.
Gdy już sobie od jakiegoś czasu pisaliśmy i już byliśmy na takim trochę luźniejszym etapie, gadaliśmy sobie o muzyce, jaką kto lubi itd. no i okazało się, że o ile słuchamy bardzo różnych rzeczy, o tyle w samym temacie muzyki walijskiej nasze gusta są bardzo zbieżne, no i że on też słucha Candelas. Tak więc mi się w mózgu pojawił impuls i zapytałam się go, skoro jest tak zorientowany w kwestiach walijskiej muzyki, kim jest ta babka na wokalu w Llwytha'r Gwn, bo mnie to bardzo, bardzo nurtuje i chciałabym coś więcej od niej zobaczyć. I dowiedziałam się, że Alys Williams, a co więcej, przekonałam się, jak mały jest świat walijskojęzyczny, ponieważ Alys pochodzi z tego samego rejonu, co Gwil i w tej miejscowości, w której on mieszka, mieszkała jej babcia, do której ona jeździła na weekendy jak była mała i bawiła się z Gwila siostrami i czasami też z Gwilem, w każdym razie się znają. Bardzo mnie to zadziwiło.
Teraz jednak ALys ma30 lat, w każdym razie rocznikowo, parę lat temu brała udział w The Voice UK, gdzie śpiewała po ingliszu, ale niestety nie wydała jak dotąd żadnego albumu, także niewiele jest jakichś jej utworów w sieci. Alys jest też mamą dwójki dzieci - dziewczynki o imieniu Catrin i chłopca o imieniu Gruffudd - i wychowuje ich sama.
Życzę Wam miłego słuchania i ciekawa jestem, czy wokal Alys zrobi na kimś takie wrażenie, jak na mnie, no i w ogóle Waszych opinii.

2017-10-02 00:13:49

Candelas - Colli Cwsg.

Witajcie!
Ostatnio mam małą fazę właśnie na zespół Candelas, to znaczy ja ich znam i słucham już... no prawie rok jakoś, ale ostatnio tak jakoś jeszcze częściej u mnie leci.
W dzisiejszym awatarze więc wrzucam Wam jedną z moich ulubionych piosenek tego zespołu, aha, dodajmy, że to jest również zespół walijski, ale to chyba idzie wydedukować po nieodszyfrowywalnym tytule. Ta piosenka nazywa się Colli Cwsg. Jakby ktoś się ciekawił, cwsg czyta się "kusk". W piosence chodzi o to, że osoba się w niej wypowiadająca nie chce stracić snu.
Haha, a właśnie, tak off topic, kwestia mojego snu jest już trochę bardziej wyregulowana, znaczy trwa proces regulacji cały czas, ale jest już znacznie lepiej, biorę jakieś cóś na H, drugie cóś też na H i jakoś się żyje, w przyszłym tygodniu jeszcze się wybieram do endokrynologa, tym razem na wizytę, z tymi moimi wynikami, skoro już badania porobiłam. A już myślałam, że rekord w bezsenności pobiję i przebiję. Jednak naprawdę świat wygląda zupełnie inaczej, jak człowiek się wyśpi. :D
No ale wracając do utworu, życzę Wam miłego słuchania.

2017-09-30 13:24:29

Bobi pojechał w daleki świat.

Hhrrru?
To ja Misha. Piątek z Mishą hihi. Co tam u Was w życiu?
Ja dopiero zlazłem z łóżka, ale jeszcze jestem śpiący jak skończę to pewnie znowu się położę.
Chciałbym Wam dzisiaj opowiedzieć o Bobim.
Mama cały czas mówiła, że już nie ma cierpliwości do Bobiego, że już go nie chce i że go komuś odda. Bo on ciągle uciekał, to naprawdę jest zdrajca. Nikt go już nie lubił, nawet Zofijka. I jeszcze się okazało, że on mnie też nie lubi, bo jak się na chwilkę zobaczyliśmy, to prawie na mnie skoczył, to wcale nie było zabawne. Zofijka mnie uratowała i zabrała. Mama mówi, że ja jestem dużo lepszy niż Bobi. Bobi jak ucieka, to zaczepia wszystkie psy i bardzo głośno szczeka, a na podwórku nie szczeka w ogóle. No i w końcu przyjechał taki pan i mama mu oddała Bobiego. Oni się obaj polubili. Może ten pan był taki sam jak Bobi i będą się dobrze rozumieli. A potem mama powiedziała, że Bobi pojechał w daleki świat, aż do Redłowa i wtedy Emi powiedziała, że przecież tam mieszka moja mama. Tam mieszka moja mama, Hansa Luft i moi bracia i moja inna rodzina i inne koty, które lubię i które mnie znają i ja się tam urodziłem. Ale mój tatuś tam nie mieszka, mój tatuś mieszka w Pradze i nazywa się Jupiter. Czyli ja jestem trochę polski, trochę czeski, ale oczywiście najbardziej rosyjski. Ja już prawie nie pamiętam tego, jak tam mieszkałem. Ciekawe, czy Bobi pozna moją mamę. Tylko że wtedy nie będzie wiedział, że to moja mama. Mam nadzieję, że jak ją pozna, to ona na niego skoczy tak, jak on na mnie. Ona jest bardzo odważna i piękna, Zofijka mówiła mi, że jest piękna, bo ja już jej prawie nie pamiętam, i tych ludzi, którzy mi tam dawali jeść też nie pamiętam, tylko wiem, że tam byli i nam dawali jeść, ale to nie było takie dobre jedzenie.
Tam nie jadłem flądry z puszki, tylko jakąś karmę, i najpierw mleko mamusi oczywiście i miałem tam brzydką sierść, a teraz mam taką miękką, Zofijka kiedyś powiedziała, że jestem miękki jak bita śmietana. To chyba nie był komplement. Ale ja lubię być miękki, nie obchodzi mnie, co myśli Zofijka. Dzisiaj właśnie dostałem na śniadanie wieeelką porcję flądry z puszki. I wiecie co jeszcze było? Mama rozmawiała z Emi, jak mi dawała tą flądrę i powiedziała ostatnio sobie pomyślałam że trzebac hyba Mishy zacząć częściej kupować tuńczyka. Taaak! Taaak! Taaak! Taki byłem szczęśliwy i tak głośno mlaskałem, jak jadłem, że aż się moja miseczka trzęsła i wszyscy się śmiali to znaczy mama, Emi i Zofijka, bo ja jestem dzisiaj jedyny chłop w domu na razie.
Ale w nocy nie było przyjemnie, bo spałem w kuchni. Widzicie, jak mnie tu traktują źle? Ja chciałem spać u mamy, ale mama nie lubi ze mną spać w nocy i mi nie pozwala, tylko w dzień mogę tam przychodzić, bo ja bardzo lubię mamy pokój. Tam jest dużo ładnych rzeczy. Są takie piękne firany, którymi można się bawić, w garderobie wiszą takie śmieszne kulki, których można dotykać i wtedy szumią, albo się na nie wspinać i wieszać się łapami, można wąchać różne rzeczy, tylko czasami jak chodzę na przykład po stoliku, żeby wszystko tam obwąchać, to źle postawię łapkę i coś może spaść, ale to przecież jest rzadko i niechcący, ja staram się być delikatny. I na łóżku jest taka śliska narzuta, można się po niej ślizgać, nawet jak ktoś pod nią śpi, to mi nie przeszkadza, chyba, że to jest tata, to wtedy jest bardzo źle, bo jak mu skoczę na głowę, to mnie bije. No i mama właśnie bardzo nie lubi, jak ja jestem w nocy u niej w pokoju i zawsze mnie wyrzuca, czasem nawet się bardzo długo gonimy, bo ja uciekam, a mama nie może mnie złapać, bo się chowam pod fotelem, potem w garderobie i gdzie się da. Wczoraj też się długo goniliśmy i było wesoło, ale potem w końcu mama mnie złapała, wzięła mnie tak mocno za kark, aż pisnąłem, bo nikt tak przecież nie lubi i zaniosła mnie do Emi. Powiedziała jej, żeby się mną zajęła, bo mama już mnie nie chce widzieć, bo inaczej mnie zabije. Ale ja nie chciałem być u Emi i miałem ochotę na zabawę, więc powiedziałem, żeby mnie wypuściła i w końcu mnie wypuściła. Pobiegłem szybko do mamy, ale tam były zamknięte drzwi, wołałem, żeby mnie wpuściła, ale nikt nie otwierał, posiedziałem chwilę pod drzwiami, a potem poszedłem coś zjeść. Bawiłem się z moim cieniem, kto pierwszy przebiegnie przez cały salon, kuchnię i jadalnię, długo się bawiliśmy, potem chciałem iść do piwnicy, ale nikogo tam chyba nie było, bo nikt mi nie otworzył. Zachciało mi się spać i głośno zawołałem "Hhrrru?", żeby się dowiedzieć, czy ktoś jeszcze nie śpi. Ale wszyscy już chyba spali, więc poszedłem do kuchni, wspiąłem się na szafkę, zaśpiewałem sobie moją piszczącą kołysankę, zwinąłem się w kuleczkę zasnąłem.
Dzisiaj jest znowu piątek i dzisiaj znowu Emi miała angielski i przyjechał jej nauczyciel i wszyscy się dziwili, że ja się przy nim tak dziwnie zachowuję. Wskoczyłem mu na kolana, potem do plecaka, mama bardzo się śmiała. Potem mama poszła robić jakieś ludzkie picia, a ja wyszedłem z plecaka, znowu wlazłem mu na kolana i zacząłem go lizać po rękach. Ja bardzo lubię lizać ludzi i sprawia mi to taką radość, że przestaję myśleć i często zaczynam wtedy gryźć. To nie boli, ale nikt mi na to nie pozwala, bo mama mówi, że ja mam od tego głupie myśli w głowie. No ale on nie wiedział, że mi nie pozwalają i bardzo się zdziwił, jak go ugryzłem i powiedział, że też mnie zaraz ugryzie, ale mnie nie ugryzł, a Emi powiedziała Misha ty śmierdzący głupku nie wolno.
No i potem oni skończyli tego inglisza i jeszcze coś tam się działo, ale byłem śpiący i nie wiem co, a potem mama, EMi i Zofijka gdzieś poszły, a ja przyszedłem do mojego łóżeczka się położyć. cały czas spałem, tylko teraz tak sobie myślę, jak już wróciły, że mógłbym wybrać sobie jakieś lepsze miejsce, bo się nie wyspałem i się ciągle budziłem, bo Emi jak przyszła, to miała cały czas włączoną jakąś wrzeszczącą muzę i teraz też, ale chyba zaraz znowu pójdę spać, a nie chce mi się gdzieś daleko iść więc pewnie będę spał tu. U Zofijki też jest jakaś muza, tylko nie wrzeszcząca, ale dudniąca, a Zofijka do niej wrzeszczy i Zofijki koleżanka. Też bym sobie chciał powrzeszczeć, ale aż tak głośno nie umiem.
Pozdrawiam wszystkich bardzo Mishnie.
Misha

2017-10-09 20:28:12
daszekmdn
Kot, który lubi lizać, to musi być fajne ;)
2017-10-01 05:35:21
moozgish
To jest fajne, ale ja nie każdego liżę, trzeba sobie zasłużyć.
Misha

2017-10-01 19:06:18
Monia01
Dwa razy się wkleiło?
2017-10-09 17:29:48

Inspiracja.

"Twoje życie jest w nieustannej rozbudowie. Twoim zadaniem jest nauczyć się, jak rozwiązywać wątki i stworzyć z nich gobelin, pasujący do twoich pragnień."
Dannye Williamsen


2017-09-29 14:23:19
Celtic1002
Wow, podoba mi się. Świetne.
2017-09-29 15:50:43
hazel96
Ej, skąd bierzesz te cytaty? Super.
2017-09-29 17:29:39
moozgish
A różnie. Coś się gdzieś nawinie fajnego, to wrzucam.
2017-09-29 17:42:40

Gwilym Bowen Rhys - DR William Price.

Witajcie!
Obiecywałam jakiś miesiąc temu mniej więcej, że wrzucę kiedyś jakiś utwór w wykonaniu Gwila po ingliszu, żeby Wam pokazać jego walijski akcent. No i to się właśnie ziściło.
Akurat ten utwór, który jest w chwili obecnej moim awatarem, jest to piosenka typowo walijska, zrobił więc to z tak walijskim akcentem, z jakim normalnie mówi. Przyznam, że dużo już walijskich akcentów i w ogóle walijskich ludzi słyszałam, ale tylko dwie osoby, jakie słyszałam dotąd dorównują Gwilowi w walijskości akcentu. Na ogół jak śpiewa po ingliszu, jego akcent jest znacznie słabszy, w ogóle w muzyce na ogół aż tak akcentu nie słychać, wiadomo, ale tu jest tak celowo. Poza tym do nawijania też ma właściwie trzy akcenty. Jeden taki typowo walijski walijski, którym się posługuje naprzemiennie z językiem walijskim, albo wśród walijskich native'ów, jak trzeba coś koniecznie po ingliszu, drugi taki bardziej cywilizowany walijski i trzeci taki prawie, praawie RP, czyli ten taki, nazwijmy to, czysty angielski, dla niewalijskich ludzi. Przy czym ja się czuję zaszczycona, bo jeśli już on mi cóś nagrywa, to z tym walijskim walijskim, z którym ja się już chyba nienajgorzej osłuchałam i ogarniam, choć na początku było troszkę słabo i dużo czasu mi zajmowało rozszyfrowanie, na początku brzmiało to dla mnie niemal identycznie jak język walijski. :D W tym utworze jest kilka walijskich słów, są to nazwy kilku walijskich miejscowości, które nie mają swoich angielskich odpowiedników, słowo achafi - czyli po naszemu fuj, bue, oraz imię żeńskie Gwenllian - czyli imię żony tytułowego bohatera piosenki, ale to tyle walijskiego.
A co do utworu, jest to tradycyjny utwór walijski, znaczy nie tyle tradycyjny, że jakiś bardzo stary, zaledwie z dziewiętnastego wieku, ale po prostu zakorzeniony w tradycji, z racji na temat. Opowiada o jednej z bardziej znanych walijskich osobistości XIX wieku, niejakim doktorze Williamie Price, facet naprawdę istniał, jakby ktoś miał wątpliwości, był jak tytuł wskazuje lekarzem, ale zasłynął jako jeden z excentryczniejszych obywateli wiktoriańskiej Wielkiej Brytanii, co jest wielkim wyróżnieniem, ponieważ epoka wiktoriańska sprzyjała wszelkim dziwadłom i można by rzec, że excentryczność była wtedy modna. Oprócz więc tego, że był lekarzem, był także neodruidem, nacjonalistą, nudystą, wegetarianinem, ale przede wszystkim - pionierem kremowania zwłok w Wielkiej Brytanii, ponieważ skremował jako pierwszy w tym kraju swojego zmarłego synka, który by the way nazywał się Iesu Grist, czyli Jezus Chrystus, potem zaś sam został skremowany po śmierci. W ogóle facet miał manię wielkości. I głównie o tych jego krematoryjnych wyczynach traktuje ów utwór.
Jest kompletnie inny w stylu od albumu Gwila, poza tym wyróżnia się chociażby tym, że jest po ingliszu.
Kiedyś jeszcze Wam pokażę jego walijski akcent w wersji light, ale na razie jeśli chcecie usłyszeć akcent walijski w wersji light, to dobrym przykładem, choć z innego regionu Walii - jest Danielle Lewis, której piosenkę w dwóch wersjach językowych już kiedyś udostępniłam, po angielsku nazywa się Dreams Grow.
Miłego słuchania. :)

2017-09-28 09:31:46

Lisa Ekdahl - Papillas Samba.

Witajcie!
Dzisiejszy awatar to również jest cover utworu Cornelisa Vreeswijka, obiektu mojej poprzedniej wielkiej fazy. Cover w wykonaniu popularnej szwedzkiej piosenkarki - Lisy Ekdahl. - A żeby było jakieś porównanie, w moich plikach udostępnionych znajduje się zarówno wersja Lisy, jak i Cornelisa.
Piosenka ta w wersji Lisy EKdahl pojawiła się na albumie "Den Flygande Holländaren", czyli po szwedzku latający Holender. Album ten jest składanką utworów Vreeswijka scoverowanych przez różnych popularnych skandynawskich artystów, został wydany w kilka lat po jego śmierci.
Utwór Papillas Samba został napisany przez Cornelisa do szwedzkiego filmu o tytule "Svarta Palmkronor" (Czarne Korony Palm) z akcją w Brazylii. Vreeswijk nawet grał w tym filmie, ja ten film jakieś półtora roku temu widziałam. Podmiotem lirycznym, czy jak to się tam w muzyce określa, jest w tym utworze niejaka Elin Papilla, czyli główna bohaterka tego filmu, szukająca człowieka, który kiedyś uratował jej życie, ponieważ teraz ona pragnie pomóc jemu, bo tym razem on znalazł się w niebezpieczeństwie.

2017-09-26 12:16:22

Trwynau Coch - Radio Cymru.

Witajcie!
Tak sobie pomyślałam, że coś od tego zespołu przydało się wrzucić jako awatar.
Trwynau Coch jest zespołem walijskim, walijskojęzycznym, pochodzącym ze Swansea i już nie istniejącym. Istniał od lat siedemdziesiątych do dziewięćdziesiątych, ich muzyka to taki punkrock charakterystyczny dla epoki.
òw zespół jest dla mnie dość ważny wśród wszystkich zespołów walijskich, jakie znam, ponieważ obiekt mojej obecnej wielkiej fazy - Gwilym Bowen Rhys - jest synem wokalisty tego zespołu, niejakiego Rhysa Harrisa. Gdyby się któś zastanawiał, czemu oni mają inne nazwiska, to jest tak dlatego, że tak po prostu jest w wielu walijskich, walijskojęzycznych rodzinach, że imię ojca jest nazwiskiem jego dzieci, ujmując rzecz tak bardzo skrótowo.
Zespół ten był albo uwielbiany, albo nienawidzony. Uwielbiany oczywiście przez walijskojęzyczną ludność, która w tamtych czasach nie miała wiele swojej muzyki, nie było tak jak jest teraz i w ogóle walijski był rzadko używany, wtedy się dopiero zaczęło coś tam budzić do życia, nienawidzony zaś przez wszystkich innych. Nienawiść ta wzrosła jeszcze bardziej, gdy stworzyli piosenkę, z której niestety do tej pory są najbardziej znani, pod tytułem Merched Dan Bymtheg, bardzo kontrowersyjną, bo, mówiąc wprost, o pedofilskim wydźwięku. Niektórzy patrzyli na to, jako żart, bo jest sobie chwytliwa, walijska piosenka i poza tymi, którzy znają walijski, nikt nie wie, o co chodzi, a media nawet przez jakiś czas to puszczały, potem jednak ich lokalna stacja w Swansea się na szczęście skapnęła i zespół wypadł z łaski. Jedyną stacją, która emitowała ich utwory, oczywiście od początku z wyłączeniem wyżej wspomnianego "hitu", było BBC Radio Cymru. Inne ich piosenki są spoko, ja ich lubię, ale, no właśnie, niestety teraz kojarzy ich się głównie z tamtym czymś, a bardzo szkoda. Niestety wtedy śpiewanie wyłącznie po walijsku nie było szczególnie dochodowe, a już na pewno nie tak, jak jest teraz, dlatego właśnie w latach dziewięćdziesiątych członkowie Trwynau Coch zdecydowali się przebranżowić.
Piosenka, którą ja chciałabym Wam pokazać, ma tytuł Radio Cymru, jest swego rodzaju chołdem dla tej stacji, która jako pierwsza i przez długi czas jedyna zaczęła nadawać wyłącznie po walijsku, właśnie w czasie istnienia tego zespołu.

2017-09-25 14:08:16

Kolejny randomowy wpisik.

Witajcie!
Trzeba by chyba było napisać coś konstruktywnego. ALe mi się nie chce, bo mój zwęglony mózg mi nie chce działać. @Pajper wymyślił mi parę dni temu nową xywkę - mózgozwęglacz - także ja dopiero teraz odkryłam, co się dzieje z moim mózgiem, mianowicie, że właśnie się zwęgla. Co w sumie nie jest dziwne przy takiej ilości snu, jaką miałam w tym tygodniu. Teraz mi się tak przestawiło, że jeszcze chyba nigdy nie było tak dziwnie i okropnie pod tym względem. Jestem strasznie śpiąca, zmęczona i zamulona, ale jak tylko próbuję zasnąć, czegokolwiek bym w tym celu nie robiła, po prostu nie idzie. Względnie jest tak, że przysnę na chwilkę i zaraz się gwałtownie wybudzam, albo na około godzinkę i wtedy mam jakiś debilny koszmar, więc i tak się budzę zmęczona, także nie wiem, co lepsze. Moja Mamulka mówi, że jak zna mnie, powodem tego musi być coś dziwnego, bo tylko mi w tym domu się przytrafiają jakieś dziwne rzeczy, albo poznaję dziwnych ludzi, no czasem jeszcze Tatulowi. Oczywiście wszelkie meliski, neospazminki i inne takie nie działają. Mamulka wpadła na pomysł, że to może coś od tarczycy, chociaż według mnie gdyby to było coś od tego, to bym raczej ciągle spała, tak jak wcześniej, no ale trzeba sprawdzić. Dlatego wczoraj przed szkołą byłyśmy jeszcze zrobić wszystkie badania, które się tak z biegu da zrobić, jak nie to, to pojedziemy do tej babki, która mi zdiagnozowała wtedy te moje sny, o których Wam pisałam. Zrobiłam sobie też wczoraj kąpiel jodową, bo jod jest dobry na niedoczynność tarczycy, no ale to nie działa tak doraźnie. ASMR nawet próbowałam, nawet w ogóle nie mam tingles, co mnie w sumie nie dziwi, świat serio nie wygląda atrakcyjnie z perspektywy kilku bezsennych lub prawie bezsennych dni, a żeby mieć tingles to trzeba się tak trochę cieszyć życiem. Chciałam się pobawić nawet melatoniną, chociaż różne rzeczy o tym słyszałam, ale jak to powiedziałam mojej Mamulce, człowiekowi, który się zna na lifestylach i głęboko w tym siedzi, to dość gwałtownie stwierdziła, że nie, bo melatonina potrafi jeszcze bardziej rozregulować. Cóż, będę musiała się chyba sama dokształcić i dowiedzieć, jak jest naprawdę, no ale do tego to muszę się wyspać. :D No i dochodzimy do punktu wyjścia. Ale ja nie o tym chciałam, zaraz się zapultam w przeszłości jak Misha. :D
Dążyłam do tego, że skoro trzeba by chyba było napisać coś konstruktywnego, a ja nie mam siły na jakieś odkrywcze rozkminy, to zdecydowałam się na jakiś przyjazny writing prompt. Ten, który wybrałam, jest to writing prompt w formie pytań. Przy okazji jeśli komuś się spodoba, możecie pisać Wasze odpowiedzi na te pytania w komentarzach albo to sobie ukraść na Wasze blogi, bo to jest podobno ze strony z takimi rzeczami, więc można, ja to widziałam, bo znajoma, której bloga śledzę zreblogowała. No i uprzedzam, że jeśli będzie tu coś niegramatycznie, nielogicznie, nieortograficznie, niestylistycznie, od tyłu czy jakkolwiek niezgodnie z zasadami pisowni polskiej, jest to spowodowane zwęglaniem się mojego mózgu.
1. Jak mija twój dzień i na co czekasz w najbliższej przyszłości?
Mój dzień... no nieszczególnie dzisiaj. Rano byłam w szkole, potem z Mamulą na zakupach, i z Zofijką, potem przewalaliśmy się z Mishą po łóżku, bo on akurat leżał, a mi się nic innego nie chciało, byli u nas babcia z dziadkiem, co Misha już zrelacjonował, wrócił z pracy Tatul, a teraz przyjechała do nas Mamuli znajoma, jej krawcowa, której Mamula przed chwilą pokazała cały nasz dom. Obecnie siedzimy z Misheczką u mnie w pokoju, słucham sobie BBC Radio Cymru no i życie jakoś leci. W ogóle czas strasznie wolno leci, jak się nie śpi, no ale to chyba nic odkrywczego. :D Co do drugiej części, na co czekam w najbliższej przyszłości... żeby się wyspać. :D To na pewno, no ale pytanie w wersji oryginalnej brzmi "What are you excited about in the near future?", a to, mimo, że byłoby świetne, aż tak mnie nie excytuje. Kurczę, no nie wiem, ciężko mi w tym momencie myśleć o czymś excytującym. Ahaa, dobra, chyba wiem, ale wątpię, że to się wydarzy, pozostaję wierna mojej ideologi, żeby się nigdy nie nastawiać. Ostatnio mój Tatul zaczął coś tam mówić, że by chciał sobie wziąć wolne tak na cały tydzień, teraz się trochę narobił, bo jego zmiennik miał wesele syna i widać, że Tatul przez to trochę świruje, a teraz ostatnio już parę razy mówił, że chętnie by sobie znowu na tydzień do Szwecji wyjechał. Zzzzzaaaaarrrrrąbiiiiiście by było, ale nie mam pojęcia, czy to wypali, więc myślę o tym wyłącznie w trybie przypuszczającym.
2. Jaką cechę najbardziej w sobie lubisz i dlaczego?
Hmmm... pomyślmy... tak najbardziej najbardziej to chyba to, że łatwo mi się rozkminia, kto jaki jest. Dużo myślę o ludzkich charakterach i osobowościach, lubię je analizować i obserwować, więc wyciąganie wniosków wychodzi mi coraz lepiej, przynajmniej tak mi się wydaje i taką mam nadzieję. Mój dziadek z tego powodu mówi na mnie rentgen. :D To z kolei potrafi czasem pomóc w jakimś pomaganiu ludziom, co zawsze sprawia satysfakcję, bo takim już jesteśmy gatunkiem, że pomoc bliźniemu nas w naturalny sposób uszczęśliwia. No i przydaje się w wielu innych sytuacjach.
3. Jakie jest największe wyzwanie, jakie do tej pory spotkało Cię w życu i jak je przezwyciężyłaś? Jaki jest twój plan, jeśli wciąż nad nim pracujesz?
Nie wiem, czy to jest największe, ale na pewno wielkie. Tym wyzwaniem jest mój walijski rok. Na początku tego roku zrobiłam sobie takie postanowienie noworoczne, że ten rok będzie rokiem walijskim, to znaczy, że postaram się w ciągu tego roku nauczyć ile tylko będę mogła mówić po walijsku i posługiwać się tym językiem, po prostu robić sobie language immersion, czyli się zanurzać w walijskim i się nim otaczać, zrobić wszystko, żeby się rozwijał. Początkowo chciałam robić sobie co roku rok z innym językiem, ale miałabym zbyt wielki miszmasz w głowie, na walijski potrzebuję zdecydowanie więcej czasu, niż rok, nie sądzę, żebym do stycznia była gotowa na wprowadzenie nowego języka. To było oczywiście wyzwanie bardzo pozytywne, choć nie brakowało mi w nim frustracji, często byłam wkurzona, przybita czy coś, ale jeszcze częściej w euforii. A moim największym osiągnięciem jest oczywiście pozyskanie Gwila, bez którego pewnie dawno bym osiadła na mieliznach, jęczała i płakała. Raz, że Gwil to Gwil, faza i te sprawy, a dwa, że po prostu sama bym nie dała rady. No a potem jeszcze się inni ludzie pojawili, różne rzeczy, nawet znalazłam Big Welsh Challenge na stronie BBC, tak też nazwałam mój folder do walijskiego, z jakimiś moimi zapiskami, osiągnięciami, planami na przyszłość itp. Mój game plan nie jest jakiś ścisły, bo nie zależy ode mnie. Zależy też od tego, co wygrzebię na sieci, co mi któś podrzuci, czego się dowiem od ludzi, co jest dostępne i do ogarnięcia... Co miesiąc, albo jakoś tak, staram się robić sobie jakieś podsumowanie i zobaczyć, czy serio się jakoś w danym miesiącu rozwinęłam. Wtedy jest sukces.
4. W czym jesteś mistrzem lub expertem?
Na początku nie mogę sobie odmówić przyjemności zacytowania Wam tego pytania. What is something you are a jack, master, or expert in/of? Jack? Jack to mistrz? Nie wiedziałam. Słowo jack wydaje się mieć miliard zastosowań, zależnie od rejonu, kontextu itd. Ci, co wiedzą, to wiedzą, dlaczego mnie to tak rusza, tym, co nie wiedzą, mówię, że od zawsze uwielbiam mię Jacek, a także Jack, choć nie są one spokrewnione etymologicznie, ale bardzo je oba lubię, lubię wielu ludzi o tych imionach, bo samo to, że się tak nazywają nastawia mnie do nich pozytywnie, lubię po prostu Jacków i słowo jack w każdym jego znaczeniu, choć niektóre są co najmniej dziwne.
Abstrahując od Jacków, myślę, że dużo jest takich rzeczy, na których się nienajgorzej znam, podobnie jak i takich, na których się nie znam w ogóle lub ilekroć się do nich zabiorę, kończy się to co najmniej potrójną porażką. Ale taką chyba najbardziej przebijającą się w moim życiu rzeczą, w której mogłabym się uznać za experta, są szeroko pojęte kwestie lingwistyczne. A nawet, jeśli w jakimś obszarze tychże kwestii nie dysponuję zbyt wielką wiedzą, to mam w tej materii dość otwarty mózg i lubię się nowych rzeczy z tego zakresu dowiadywać, więc siłą rzeczy moja siła expercka rośnie. :D
5. Czego dotyczył twój ostatni sen, jaki pamiętasz?
Jedno wielkie dziadostwo. Nie będę wchodzić chyba w szczegóły, ale był to jeden z właśnie tych moich snów, o których już trochę pisałam. Moje wszystkie sny są na ogół intensywne, przynajmniej te, które pamiętam, i te złe, i te fajne. Ostatni normalny sen, jaki miałam, dotyczył Gwila, ale był strasznie krótki, to było jakieś dwa tygodnie temu, także, przynajmniej jak na mnie, trochę dawno, bo na ogół miewam sny częściej, no ale... nie w takich warunkach, wiadomo, chyba, że mam śnić na jawie.
6. Kto wie o tobie najwięcej?
Mmmmm... i tu mamy problem. Teoretycznie powiedziałabym, że moja Mamulka, bo my gadamy tyle, że siłą rzeczy musi wiedzieć, poza tym jest moją Mamulką i tak dalej i tak dalej, jednak z kolei są takie rzeczy, których moja Mamulka nie wie, a wiedzą ludzie, którzy wcale jakoś dużo poza tym o mnie nie wiedzą. No ale OK, to jest strasznie trudne pytanie, więc niech będzie, że Mamulka, poza tym dużo informacji na mój temat posiada jeden z moich penpali, sporo dziwnych rzeczy wie także Zofijka, z życia i z tego, że często sobie po nocach gadamy o głupotach, a to jest jeden z łatwiejszych sposobów do poznania człowieka, no i, wbrew pozorom, mamy sporo wspólnego w postrzeganiu świata, co ułatwia wzajemne rozumienie i poznawanie się.
7. W jakiej pozycji śpisz najczęściej?
O mamo. Jak śpię, to nie wiem, ale zasypiam najczęściej na lewym boku. Z trzech powodów. Po pierwsze, tak mi wygodnie, po drugie, Misha stoi po lewej stronie mojego łóżka, znaczy stoi Mishy kosz, a ja się chcę z nim miziać, po trzecie, moja Mamulka gdzieś w tych swoich lifestylach czytała, że taka pozycja sprawia, że człowiekowi szybciej się podczas snu oczyszcza mózg. Nie mam bladego pojęcia, jaki to może mieć związek, ale warto się przyczyniać do dobrostanu mózgowego, więc jeśli to działa... czemu nie. Innym powodem jest to, że ta babka u której byłam z tymi moimi strasznymi snami, powiedziała, że u ludzi występują one najczęściej, gdy śpią na plecach. Ja z własnej woli tak nigdy nie śpię, poza tym nie zauważyłam, żeby pozycja miała u mnie jakieś znaczenie, ale spania na wznak staram się unikać, tym bardziej, że podobno ludzie tak w ogóle nie powinni, bo nie są do takiego snu stworzeni.
8. Gdybyś miała wehikuł czasu (taki jak Tardis), i mogłabyś przenieść się gdziekolwiek w czasie i przestrzeni, gdzie byś się przeniosła?
Jeśli w przestrzeni, to do któregoś mojego ulubionego kraju, albo jakiegoś konkretnego jego obszaru i wtedy czas mnie nie obchodzi. Jeśli w czasie, to do Vreeswijka, albo do Celtów/Wikingów.
9. Dlaczego twój ulubiony kolor jest twoim ulubionym kolorem?
Po pierwsze, nie mam wyłącznie jednego najbardziej ulubionego koloru, po drugie, trudno tak dokładnie sprecyzować dlaczego. Moje ulubione kolory to czarny, biały, szary, zielony i niebieski, w przypadku tych dwóch ostatnich pewnych odcieni nie lubię, ale większość jednak tak. Lubię mieć te kolory wokół siebie, lubię ubrania w tych kolorach, ogólnie lubię chłodne, raczej stonowane kolory, nienawidzę jaskrawości, a czerwony to dla mnie symbol wszelkiego zła na ziemi. NIEEEEENAAAAAWIIIIIDZĘ CZEEEEERWOOOOONEEEEEGOOOOO!!! A mój pokój jest prawie cały zielony.
10. Kiedy ostatnio śmiałaś się tak, że bolał cię brzuch, boki, nie mogłaś złapać oddechu itp.
W piątek. To znaczy w piątek w zeszłym tygodniu. Ryłyśmy się wtedy z Zofijką pisząc jej szkolne wypracowanie, a potem jeszcze z SMS-ów jej koleżanki. Najczęściej takie ataki śmiechu miewamy właśnie z Zofijką, nie umiemy się normalnie śmiać.
OK, to tyle, chyba nawet nie wyszedł najgorszy ten wpis, zaraz go sprawdzę i się zobaczy, a że już się wieczór zrobił, to mam nadzieję, że potem uda mi się normalnie zasnąć. Wam również życzę miłych snów i miłej lektury, no i jeśli będziecie mieć ochotę, zapraszam Was również do zabawy z tymi pytaniami.


2017-09-23 21:52:16
Celtic1002
Ojojojojoj, chciałam napisać dużo, ale chyba połowa mi pouciekała. :D
Co do niewyspania, to współczuję. Gdybym Cię nie znała, podejrzewałabym jakieś objawy depresji, ale w
przepaść chyba nie lecisz, a i nastroju deprysyjnego nie masz. Ale współczuję, sama nie raz przechodziłm
przez brak snu i to porządny, też miałam okres, że kilka dni nie spałam, więc Cię doskonale rozumiem
i dobrze radzę, zrób coś z tym jak najprędzej, bo inaczej się wykończysz, a tego byśmy nie chcieli. Wystarczy,
że i tak trąbią o jakimś końcu świata, w który wcale nie wierzę. Ja nie wiem, skąd dziennikarze biorą
te plotki. :D
A co do pytań, to chętnie się nimi zajmę, na swoim własnym blogu, bo są bardzo ciekawe i znowu mogłabym
się trochę rozpisać. Swoją drogą, jak to jest, że podrzucasz takie fajne pomysły, o których ja nie mam
pojęcia? :D
2017-09-23 22:03:30
moozgish
O, uwielbiam takie sytuacje, jak coś długiego napiszesz, a potem nie ma. Niemiło.
Niee, myślę, że objawów depresji to nie mam, ale jak tak dalej pójdzie, to przypuszczam, że będę mieć nie tylko objawy depresji, ale i szału i czego jeszcze tam popadnie. Zdecydowanie zamierzam coś z tym zrobić, a przynajmniej próbować coś z tym zrobić, bo jeszcze nie daj Boże ktoś oprócz mnie przez to ucierpi.
Koniec świata? O, a ja myślałam, że to u ZOfiji w szkole takie głupoty wymyślają, tylko od niej o tym słyszałam. Bez sensu. Ciekawie, na jakiej podstawie oni sobie te daty wybierają. Losowanie jakieś czy coś? :D
Co do pytań, fajnie, na pewno Twojego wpisa z nimi zobaczę, jak go zrobisz. A fajne pomysły mam z innych blogów. Jak się pisze bloga, to inspiracji najlepiej szukać na innych blogach, a ja czytam blogów duuuużo. Tak dużo, że czasami ciężko przez wszystko przebrnąć, jak się tak uzbiera z tygodnia
czy dłużej. :D

2017-09-23 22:28:20
Celtic1002
Nie, to nie tylko u Zofijki. :D No, ale mamy jedenastą, a końca wita nie ma i pewnie nie będzie. :D Teraz
to niby jakieś planety czy coś, na podstawie tego, albo jakichś asteroid, nie wiem. :D
2017-09-23 23:04:53
hazel96
Moosbish, podrzucisz te pytania na priv?
2017-09-24 11:34:54
Monia01
O, @Hazel, to bardzo dobra prośba jest i ja się do niej dołączam. A co do tego, że nie możesz spać, współczuję bardzo, naprawdę. ::
2017-09-24 11:57:40
Monia01
W ogóle gratuluję, że mimo niewyspania, udało Ci się stworzyć tak konstruktywny wpis. z
2017-09-24 11:58:29
moozgish
@Celtic1002: Szczęśliwie świat dotrwał do dnia dzisiejszego, zresztą niczego innego się nie spodziewałam, chociaż Zofijka miała wczoraj jakieś rozkminy egzystencjonalne, co jak jednak świat się skończy. :D
@Hazel96 i @Monia01: OK, zaraz rzucę.
@Monia01: Dzięki. :) Też się w sumie zdziwiłam, że mi taki dorzeczny wpis wyszedł. :D

2017-09-24 12:48:17
jamajka
Ja sobie te pytania wezmę z twojego wpisu własnoręcznie, chyba, że się nie da i też się nimi zajmę. CHętnie
zrobiłabym to dzisiaj, bo mi się podobają, ale chyba już mi się to niestety nie uda, więc zrobię to jutro,
co niewątpliwie wpłynie na odpowiedź na pierwsze, nie wiem, czy w pozytywny sposób. Ja też się śmiałam
w piątek! :d Wow, pierwszy raz widziałam, żeby ktoś powiedział od razu i otwardzie, że zrobi coś z objawami
depresji, żeby inni nie ucierpieli. Za to cię lubię! A, no i co do rozkmin egzystencjalnych, to śmiem
stwierdzić, że o mnie dużo wiesz właśnie ty, mimo to, że dawno się nie widziałyśmy. Pomojając temat X,
to jak się z kimś było na zielonych szkołach, sztuk dwie, konoliach, sztuk jednej i wyjazdach grupowych,
sztuk nie wiem ile, ale w tym biwak z przeprowadzką, to musi się wiedzieć troszkę o ludziach.
2017-09-24 21:51:07
jamajka
Pomijając, koloniach i inne błędy, sorki.
2017-09-24 21:52:04
moozgish
OK, bierz, myślę, że się da, bo czemu nie. Ja nie powiedziałam, że zrobię coś z objawami depresji, których szczęśliwie jak sądzę jeszcze chyba nie mam, tylko z brakiem snu, no ale... na jedno chyba wychodzi, zagrożenie dla okolicznej ludzkości jest prawdopodobnie takie samo, jeśli nie większe, niż przy normalnej depresji. :D No taak, to jest fakt, w takich okolicznościach się człowieka dobrze poznaje.
2017-09-24 23:00:00

Ja Misha i ciężki dzień.

Hhrrru?
To ja Misha. Emi chciała, żebym wczoraj coś napisał. Ja też chciałem. Ale się nie udało. Miałem bardzo ciężki, okropny, smutny, niemiły i nieprzyjemny dzień. Jeszcze nigdy nie było tak okropnie. A nie, było trzy razy gorzej. Jak mnie moja ludzka mama zabrała od mojej prawdziwej Mamusi i ja ciągle płakałem i miałem podobno bardzo smutne oczy, jak miałem operację, ale tego to i tak prawie już nie pamiętam i jak miałem bardzo chore oko. A, no i jeszcze raz, jak Emi mnie przytrzasnęła łóżkiem, bo ja się tam schowałem i nie chciałem wyjść, a ona mnie nie widziała, to bardzo bolało i ja wrzeszczałem, a nie miauczałem. Nic mnie tak wcześniej nie bolało. Ale ja nie chciałem o tym opowiadać, bo to jest bardzo nieprzyjemne i już się dawno skończyło. Chciałem opowiedzieć o tym, co było wczoraj.
Wczoraj rano było całkiem fajnie. Zofijka wcześnie rano wstała i ja też wstałem bardzo wcześnie i razem oglądaliśmy telewizję, a Zofijka była dobra, lepsza niż mama i Emi, bo dała mi aż trzy moje kabanosiki, te o których Wam pisałem, że wszystko za nie zrobię. Nigdy tak dużo nie dostaję, no czasem od Zofijki dwa, ale trzech jeszcze nigdy nie dostałem i dlatego byłem bardzo szczęśliwy i zadowolony i głośno mlaskałem. Potem Zofijka poszła z mamą do szkoły, a ja myślałem, że zostałem sam, ale był tata i była Emi, ale daleko ode mnie i ja nie słyszałem, że ktoś jest i płakałem, bo byłem samotny. A nie chciałem być samotny, wiadomo. Lubię być sam, ale nie samotny. No to żebym się nie czuł samotny chciałem coś porobić przyjemnego. Zawsze wtedy albo oglądam moją własną Mishową telewizję, czyli rybki w akwarium i zawsze mam nadzieję, że kiedyś jakąś złapię i zjem, ale jeszcze mi się nigdy nie udało, albo idę gryźć taką trawę, którą mama dostała od takich ludzi, którzy tu blisko mieszkają. Ja lubię obgryzać kwiaty i inne rośliny i czasami wyleję wodę z kwiatów na ziemię, ale staram się być d"likatny, ale najbardziej tą trawę lubię. Tylko że potem zawsze rzygam i to już nie jest przyjemne. Ale tą trawę lubię, więc poszedłem ją poobgryzać. Szkoda, że nie umiem pluć, wtedy bym ją gryzł i wypluwał, ale jeszcze mnie nikt nie nauczył, a szkoda, bo ja się lubię tresować. Jadłem tą trawę i jadłem i jadłem i jadłem, ona tak fajnie chrupie i tak ładnie wygląda, lubię zielony kolor, mam zielone oczy, takie baaardzo zielone. Ale potem mi się znudziło i chodziłem sobie po domu. Potem przyszła mama i bardzo się ucieszyłem, ona też się bardzo ucieszyła, jak mnie zobaczyła i mówiła do mnie śliczny Mishka i mnie przytuliła i pocałowała. Potem poszliśmy do kuchni i mama coś tam robiła i powiedziała Mishka ty w ogóle masz co jeść? Ja miałem, ale chciałem coś lepszego, a nie tą moją karmę i ciągle tylko karmę, więc powiedziałem po Mishowemu, że nie, podszedłem do mamy i się miziałem. Mama trochę rozumie po Mishowemu i dostałem kawałek indyka. Taki dosyć duży kawałek. Bardzo mi smakował. Potem się oblizywałem i głaskałem łapką po główce, zawsze tak robię, jak mi coś smakuje i siedziałem na podłodze jak taka mała figurka, mama tak powiedziała. Potem jeszcze różne rzeczy robiłem i w końcu przyjechał ten facet, który uczy Emi angielskiego. Ja się z nim ładnie przywitałem, ale nie hhrrru? bo hhrrru? jest tylko czasami i jak naprawdę warto, po prostu dałem się pomiziać. Potem znowu się bawiłem jego kurtką i wspiąłem się na jego torbę. Emi się z tego bardzo śmiała, wszyscy się śmiali, a Mamulka powiedziała, że Mishka zawsze tak robi, że kogoś sobie wybiera i nigdy nie wiadomo kogo, a czasem na człowieka jakiegoś w ogóle nie zwraca uwagi i to jest prawda. Niektórzy ludzie mnie bardzo interesują albo ich lubię, a niektórzy mnie nie interesują w ogóle i wtedy z nimi nie gadam, chyba, że mi każą, to pozwalam, żeby sobie na mnie popatrzyli przez chwilkę, bo ja wiem, że dla ludzi to jest przyjemność. I wiem, kto mnie lubi, a kto nie. No i siedziałem sobie na jego torbie i nie chciałem zejść i poszliśy razem na górę. Siedziałem na tej torbie bardzo długo, ale jak oni jeszcze siedzieli i gadali, ja wstałem z tej torby i chciałem sobie pójść. Emi mnie wypuściła, zszedłem na dół, ale nikogo nie było, więc nie wiedziałem co robić. Więc męczyłem trawę. Potem zachciało mi się kupkę tak nagle i musiałem pobiec. Fuuuj! To chyba nie mnja, moja tak nigdy nie śmierdzi. Potem znowu poszedłem na górę do Emi i Emi się spytała, czy to ode mnie tak jedzie, ale nie chciało mi się rozmawiać, nie mogłem się zdecydować, co chcę robić. Jakoś źle się czułem. Nauczyciel Emi na mnie patrzył, co ja teraz zrobię i powiedział, że jestem bardzo tajemniczy, bo wyglądam tak, jakbym miał jakiś plan i że o czymś bardzo dużo myślę, ale mi się bardzo ciężko myślało. Nawet ciężko mi było się ruszać, zrobiłem się taki słaby i miękki. Nie taki normalnie miękki, bo taki normalnie miękki to ja już jestem, tylko taki miękki w środku, a zawsze normalnie w środku jestem twardy i mam bardzo silne mięśnie. W końcu jednak zdecydowałem się co chcę robić. Chcę do łóżka. Wszedłem na biórko i bardzo wolno zacząłem iść do łóżka. Potem przed nim stałem i nie wiedziałem co robić. Zawsze umiem sobie sam otworzyć łóżko, wystarczy lekko podnieść górę główką, ale teraz jakoś nie mogłem i dobrze, że mi w końcu Emi otworzyła, bo inaczej to bym się chyba przewrócił i leżał obok łóżka. Położyłem się i od razu zasnąłem. Obudziłem się jak już Emi nie miała lekcji, ale siedziała obok mnie i mnie głaskała. Ale ja musiałem szybko wyskoczyć z kartonu. I wyskoczyłem. Pobiegłem do Mamulki do pokoju i zwymiotowałem obok mojej walizki w garderobie. Nikt się nawet nie zainteresował, a ja zawsze tak specjalnie miauczę jak mi się chce wymiotować. Położyłem się, zwinąłem w kuleczkę i spałem, tylko we śnie słyszałem, jak Emi powiedziała mamie, że Misha się zrzygał i mama przyszła ze szmatą i bardzo krzyczała, ale mnie to nie obchodziło, co krzyczała, pewnie znowu Misha ty baranie.
Jak się obudziłem to było już chyba bardzo późno, w domu było bardzo cicho, byłem całkiem sam. Znowu chciało mi się wymiotować i bardzo, bardzo źle się czułem. I nikt nawet do mnie nie przyszedł, bo nikogo nie było. Wszyscy mnie zostawili. Ciekawe dlaczego? Potem znowu przysnąłem na chwilkę i znowu zwymiotowałem dwa razy. I znowu spałem. Jak się obudziłem, to już nie było słońca na podwórku, chciałem gdzieś iść, ale cały czas źle się czułem i zapomniałem gdzie chcę iść i tylko dowlokłem się do mamy łóżka, wczołgałem się pod łóżko i leżałem, ale już nie spałem. Tam mnie znalazła mama i powiedziała Mishka co się stało? Źle się czujesz? Potem mama mnie podniosła, przyszła Emi, mama mnie obejrzała, a mi się to nie podobało i tak głośno, skrzekliwie miauknąłem, to znaczy po Mishowemu weź się odwal. Ale mama się nie odwaliła, tylko mi zajrzała pod ogon, potem mnie podała Emi, żeby zobaczyła, czy nie mam gorączki, bo mamie się wydawało, że mam. Emi powiedziała, że chyba nie mam, potem mnie puściła, a ja się powlokłem do Emi do pokoju i zasnąłem u niej pod łóżkiem. Potem było mi już troszkę lepiej, zszedłem na dół i się włóczyłem po domu, ale się zmęczyłem i znowu poszedłem na górę do Emi i spałem u niej pod łóżkiem. To był bardzo smutny dzień, bo prawie cały czas się źle czułem i byłem sam i nie wiedziałem dlaczego, było bardzo smutno.
Ale dzisiaj jest już lepiej. Czuję się dobrze, ale słyszałem, że wszyscy krzyczeli na Zofijkę, że mi dała trzy kabanosiki, mama mówiła co % myślisz że to jest jakiś chłop? On ma bardzo m'ały żołądek i jest wrażliwy. No dobra, bez przesady, ale chyba nie aż tak, dzisiaj też bym sobie chętnie te kabanosiki zjadł, na pewno już bym ich nie zwymiotował. Ale mama je Zofijce zabrała.
Dzisiaj rano miałem dietę, ale potem przyjechali babcia i dziadek, Emi, Olka i Zofijki oczywiście, nie moja prawdziwa babcia Natasha i prawdziwy dziadek Jaguar i mama zrobiła rybkę, bo tatuś wczoraj przywiózł. Ja wskoczyłem Emi na kolana, żeby mnie też poczęstowała, bo Emi zawsze mi wszystko daje jak się przytulam, ale niestety mi nie dała. No to wszedłem na jej krzesło, stałem, gapiłem się jak je i sapałem i się o nią opierałem. Ja nie lubię z ludźmi być tak blsko, chyba, że w nocy, albo jak długo byłem samotny, albo jak się czegoś boję, ale czego się nie robi dla rybki, prada? Ale Emi mi i tak nie dała. Wtedy przyszła mama z kuchni i powiedziała Misha spadaj. No to spadłem z krzesła, bo myślałem, że wtedy coś dostanę, no i się nie pomyliłem. Mama dała mi trochę rybki do miseczki. Jeszcze nigdy takiej dobrej nie jadłem. A wiecie co? Mama niedawno coś mówiła o piersiach z kurczaka, może dostanę na kolację? A Zofijka coś mówiła, że zrobi galaretkę, może też mi da trzy porcje? Bardzo bym sę cieszył, ale Zofijka nigdy wcześniej nie robiła mi galaretki, zawsze kupują mi w sklepach, poza tym nie wiem, czy z owocami będzie dobra, a Zofijka powiedziała, żeby mama jej kupiła owoce do galaretki, ale może coś wyżebrzę, to chociaż zobaczę. To jest dziwne, ja tu jestem królem, a muszę żebrać o jedzenie. To ja powinienem wydzielać jedzenie ludziom. Wtedy by było sprawiedliwie. Dobra, idę spać.
Pozdrawiam wszystkich bardzo Mishnie.
Misha

2017-09-23 17:19:55
hazel96
Misha, a gdzie masz królową, co? Czy może jesteś samowystarczalny?
2017-09-23 17:25:28
moozgish
Emi zawsze mówi, że ja jestem jakiś tam monarcha absolutny. To chyba taki, co wszystko robi absolutnie sam. Mi królowa nie jest do niczego potrzebna, bo tylko się będziemy kłócić i będę musiał z nią pewnie mieć wspólne kartony i miski i wszystko, i tak bym ją z kartonu wyrzucił, a dzieci i tak nie będzie,
a po to się ma królową.
2017-09-23 17:46:00
jamajka
Ja też lubię być sama, a nie samotna. Niestety często się ostatnio zdarza to rugie, więc wspułczuję.
2017-09-23 18:31:37
hazel96
Misha, wobec takiego kategorycznego nie chyba niewiele już mogę dyskutować.
2017-09-24 11:32:53
moozgish
Ze mną się nie da dyskutować, bo ja i tak zawsze stawiam na swoim.
Misha

2017-09-24 13:00:30

Daniel Lloyd A MR. Pinc - Goleuadau Llundain.

Hmmm, chwila, godzina jest... no po wpół do piątej. Normalni ludzie o tej porze, wydaje mi się, że śpią, także, miłych snów!
Ja tak jak przypuszczałam wczorajszej nocy nie spałam w ogóle, sądziłam więc, że dzisiaj to sobie nadrobię wszelkie zaległości w tej dziedzinie, ale śnił mi się jakiś dziadowski koszmar, z którego wybrnęłam o drugiej i... no najwidoczniej mój limit na sen już się wyczerpał. To nie jest logiczne, zwłaszcza, że bynajmniej się wyspana nie czuję, no ale po ponad godzinnej próbie ponownego uśnięcia skapitulowałam. No ale OK. Jednak w związku z tym, że limit snu mi się wyczerpał, a wszyscy jeszcze śpią, nie wszystko można w tym momencie robić, chyba, że masz również na celu rozwalenie snu bliźnim, tak więc mi ju ż od tej drugiej się troszeczkę nudzi, stąd postanowiłam wrzucić kolejny awatar. Nawet Misha już usnął, wykończył się chyba, bo dość długo się bawiliśmy. Śmiesznie sapie.
Moim awatarem jest dziś utwór znów walijskojęzyczny, który ogromnie mi się kojarzy z taką jedną Lucy, o której pisałam we wpisie o Gwilu, że też ma fazę, chociaż to właściwie nie jest faza, tylko przewlekłe zaćmienie mózgu, taka rzadka komplikacja w przebiegu fazy wielkiej. W każdym razie ona bardzo tę piosenkę lubi, dzięki niej ją poznałam, no a ja też ją lubię, no to wstawiłam. Tytuł piosenki - Goleuadau Llundain - po naszemu oznacza światła Londynu. Domyśliłby się ktoś, że Llundain to Londyn? :D

2017-09-21 05:49:29
Celtic1002
Hej, to tak jak ja, od drugiej trzydzieści. :D
2017-09-21 06:23:43
moozgish
O kurczę, no widzisz. O, wiem, Sleepless Club założymy. :D
2017-09-21 08:03:38

Elin Fflur - Angel.

Witajcie!
Wymyśliłam sobie kolejny awatar, tym razem będzie po walijsku.
Elin Fflur Llewelyn Jones jest artystką bardzo dobrze znaną w Walii i walijskojęzycznych mediach, w 2002 roku wygrała konkurs piosenki walijskojęzycznej Cân I Gymru i to głównie to przyniosło jej tak dużą popularność. Mama Elin Fflur - Nest - wygrała ten sam festiwal 24 lata wcześniej, co ciekawe piosenki dla obu z nich napisał ten sam człowiek. Cała rodzina Elin Fflur jest bardzo muzykalna, ona sama ma bardzo szerokie muzyczne horyzonty - lubi pop, folk, rock, soul - i to wszystko u niej słychać. Z wykształcenia jest kryminologiem, kształciła się na Bangor University. Pochodzi z małej miejscowości w północnej Walii o jakże wdzięcznej i uroczej nazwie Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch. Wbrew pozorom miejscowość jest naprawdę malutka, to właściwie jest wieś.
Co do piosenki, Angel, choć po walijsku wymawia się inaczej, niż po angielsku, oznacza dokładnie to samo, co po angielsku. Mówi o aniele, który chroni i opiekuje się osobą wypowiadającą się w tym utworze, ale też o tym, że czasem jej tego anioła brakuje i że chciałaby, żeby ten anioł użyczył jej swoich skrzydeł i pozwolił jej polatać sobie na wolności. Tak w skrócie mówiąc.


2017-09-20 14:21:48
hazel96
Przeczytaj mi tytuł tej piosenki w głosówce, brzmi jak typowe tongue twister hahaha.
2017-09-20 21:09:48
moozgish
Eee, ja wiem, czy tongue twister? Chyba bez przesady. Czyta się prawie jak fonetycznie po naszemu, tylko ng jest jak w końcówkach ing w ingliszu.
2017-09-21 05:05:30
hazel96
Rozumiem, to w takim razie wychodzi na to, że mój gadacz czyta ją dziwnie :D
2017-09-21 18:19:14
moozgish
Dziwnie to pewnie czyta Elin Fflur, imię tej wokalistki.
2017-09-21 18:47:19

Elin Bell - Grey Is All.

Miłych snów wszystkim! :D
U mnie już wszyscy śpią, to znaczy oczywiście oprócz mnie i oprócz Mishy, który mi wiernie towarzyszy... yyy... no jasne, ja tu będę jeszcze teraz rymowanki po nocach klecić. :D Samo tak wyszło oczywiście. W każdym razie Misha mi wiernie towarzyszy, je z ogromnym apetytem swojego kabanosika, bo sobie pomyślałam, że skoro już tu ze mną jest, to należy mu się też coś od życia no i mu wyciągnęłam kabanosika, chociaż nie wiem, czy to mądre dzieci po nocach dokarmiać przekąskami, a Misha to taki mój dzidziol, no ale... raz się żyje.
Ja miałam dzisiaj raczej lipny dzień, w ogóle już się zdążyłam zorientować, że dużo ludzi ma dzisiaj lipny dzień, moja koleżanka z Irlandii, moja Mamula, Zofijka... Ktoś z Was też? Nie zdziwiłabym się. jakaś zła energia wisi. :D Moja Mamula to już w ogóle miała lipny dzień, bo w nocy nas zalało, my mieszkamy tak raczej nisko, blisko jest rzeka, na naszym podwórku mówiąc ściślej, zaletą tego jest żyzna ziemia, no ale jak mocniej popada to jest już niefajnie, no i dzisiaj zalało nam aż pralnię. O, i Misha miał lipny dzień, bo nikt na niego nie zwracał uwagi. Ja natomiast miałam lipny dzień dlatego, że obudziłam się znowu z bolącym mózgiem, ze strasznie niskim ciśnieniem, chciałam coś w ogóle robić, się ogarnąć i jakąś kawę wypić, ale nic z tego nie wyszło, bo miałam tak niskie ciśnienie, że ledwo się mogłam rano na nogach utrzymać. U nas to jest rodzinne u kobiet w mojej Mamuli rodzinie, że mamy niskie ciśnienie, no ale tak niskiego jeszcze nie miałam, w ogóle nie wiedziałam, o co chodzi. Rezultat był taki, że miałam cały dzień wycięty z życia, większość dzisiejszego dnia po prostu przespałam, a chciałam tyle zrobić... moja Mamulka twierdzi, że to było bardzo dziwne i że może po prostu będę musiała jechać do endokrynologa, żeby mi babka zwiększyła dawkę Euthyroxu, ja mam niedoczynność tarczycy, a objawem tego czegoś też może być właśnie taka zamulastość, zobaczymy, jak wyjdzie. Miałam nadzieję, że skoro już przespałam niemal cały dzień, to może i przez noc jakoś się uda, ale mój mózg nie chce współpracować, stąd też obecna sytuacja, że ja i Misha nie śpimy. No ale znajdziemy sobie coś fajnego do roboty.
Ale ja nie o tym chciałam, znaczy nie jest to główny temat mojego wpisu. Chciałam zarzucić jakiś awatar, bo podczas tego mojego zamulastego dnia leciała u mnie cały czas bardzo dobra, szwedzka muza i tak sobie pomyślałam, że czymś z tego się z Wami podzielę. No i piosenka, którą się z Wami podzielę, jest bardzo śliczna według mnie, ale także bardzo adekwatna do lipności dzisiejszego dnia. Jej wykonawczynią jest szwedzka wokalistka o pseudonimie artystycznym Elin Bell, naprawdę nazywa się Elin Anna Josefin Petersson, zrobiła się znana po udziale w Melodifestivalen, Melodifestivalen to taki ich festiwal, którego zwycięzca potem reprezentuje Szwecję na Eurowizji. Pod pseudonimem Elin Bell tworzy ona taki milutki elektropop, raczej bardzo reflexyjny i delikatny. Jej debiutancki album jest wręcz smutny, a to ponoć dlatego, że przed jego wydaniem w stosunkowo niewielkim odstępie czasu Elin straciła tatę i siostrę i jeszcze różne rzeczy się tam jej wydarzyły. Bardzo lipnie. Utwór "Grey Is All" pochodzi właśnie z tego albumu i podoba mi się chyba najbardziej. Szary kolor też lubię, chociażby dlatego, że Misha jest szary.
No to miłych snów jeszcze raz. :)
2017-09-20 00:19:40

Jack Vreeswijk - Rosenblad, Rosenblad.

Witajcie!
Czas na nowy awatar. Kolejny awatar o dziwnej nazwie, której nie idzie przeczytać, tym razem przynajmniej nieco krótszej. :D Już dwa razy pokazywałam Wam jakiś utwór Cornelisa, ale jest jeszcze drugi Vreeswijk. Jack Vreeswijk. Właściwie Lars Jacob. Lars Jacob Vreeswijk urodził się 25 stycznia 1964 roku i jest synem Cornelisa oraz jego pierwszej żony - niejakiej Ingalill Rehnberg. Swoją karierę rozpoczął jako rzeźnik, podśpiewujący i grający coś tam czasem w jakichś garażowych zespołach, teraz natomiast jest dobrze znanym artystą na szwedzkiej scenie muzycznej, bynajmniej nie dlatego, że jest synem Cornelisa, a przynajmniej nie tylko dlatego, bo sam też potrafi dobrą muzykę robić, choć, bądźmy szczerzy, tatusia to nie przebije. Niemniej jednak ja go lubię. Jack pisze własne piosenki, lubi też coverować tatusia, ale wybitnie nie lubi, jak go tylko z tym kojarzą, chociaż największe aplauzy dostaje właśnie wtedy, jak go coveruje, według mnie to trochę niesprawiedliwe, ale cóż. Jack ma również dość dziwne poglądy w pewnych kwestiach, choć się z tym aż tak nie afiszuje. Obecnie żyje sobie bodajże w Alings?s wraz ze swoją partnerką którąś z kolei oraz dziećmi: Hanną, Kallem i Ollem.
Piosenka "Rosenblad, Rosenblad" jest utworem napisanym przez Cornelisa, skomponowanym natomiast przez Georga Riedela, Riedla, czy jakkolwiek się go tam odmienia, taki szwedzki facio od jazzu. I może właśnie dlatego, że Riedel to facio od jazzu i oryginalna wersja tej piosenki jest dość jazzująca, ja preferuję wersję Jacka. Nie, nie chodzi mi o to, że wersji Cornelisa nie lubię, bo z biegiem czasu przekonałam się w mniejszym lub większym stopniu do wielu jego utworów w jakimś bardziej jazzowym stylu, jednakże wciąż wielką fanką jazzu nie jestem i najprawdopodobniej nigdy nie będę, dlatego też bardziej rockowa wersja Jacka po prostu bardziej do mnie przemawia. Niemniej jednak w plikach udostępnionych wrzuciłam i wersję Jacka, i Cornelisa, bo zawsze fajnie jest sobie cóś porównać z oryginałem.
Słowo Rosenblad oznacza płatki róż, ale jest to też nazwisko takiej jakby Muzy Vreeswijka, Ann-Katrin Rosenblad i utwór ten odnosi się do niej, to jest, można by mądrze rzec, apostrofa. Apostrofa dotycząca wewnętrznych problemów Vreeswijka z własnym ego oraz uczuć właśnie do Ann-Katrin. Jack to naprawdę świetnie zrobił.

2017-09-18 13:37:47

Cornelis Vreeswijk - Een Paleis Van Zand.

Witajcie!
Przy okazji urodzin Cornelisa Vreeswijka pokazywałam Wam w awatarze mój ulubiony szwedzki utwór jego autorstwa, dzisiaj natomiast chciałabym Wam pokazać mój ulubiony utwór holenderski. No dobra, może nie taki najbardziej najbardziej ulubiony, bo taki najbardziej najbardziej ulubiony to jest "Grimas Voor De Maan", znany też pod alternatywnym tytułem "Marjolijn", no ale to jest po prostu szwedzka wersja "Grimasch Om Morgonen", no a skoro "Grimasch Om Morgonen" już pokazywałam, to chyba nie będę przynudzać, pewnie i tak jeszcze kiedyś tą holenderską wersję wrzucę. Dzisiaj jest jednak mój ulubiony holenderski utwór, który nie ma swojej wersji po szwedzku, nazywa się to "Een Paleis Van Zand", czyli jak łatwo wydedukować znając jakiś angielski czy niemiecki, zamek z piasku, czy też pałac właściwie, jeden pies.
Dzisiaj też jest okazja, bo teoretycznie dzień dzisiejszy mógłby być imieninami Vreeswijka. Teoretycznie, bo Szwedzi imieniny obchodzą, no ale on jest z Holandii, więc nie obchodził, ale jakby był ze Szwecji, to obchodziłby dzisiaj, zawsze jakaś okazja na nowy awatar, no nie? :D
Nie muszę chyba dodawać, że utwór ów jest w mojej opinii bardzo śliczny, należy do utworów miłosnych Vreeswijka, bo on pisał albo o polityce, albo o miłości, albo... no o życiu, czyli praktycznie o wszystkim. Oczywiście jak w przypadku większości artystów/poetów, co chwilę piszą do innej baby, albo o innej, jak w tym wypadku, tutaj chodzi o niejaką Veronicę, która jest też adresatką lub głównym tematem kilku innych jego utworów, właściwie chyba dwóch... niee... dobra, to jest takie ważne, że normalnie nie mogę. :D
To jest w każdym razie moja ulubiona holenderska piosenka Cornelisa. Utwór pochodzi z albumu Liedjes Voor De Pijpendraaier En Mijn Zoetelief.

2017-09-16 14:57:20
pajper
Hahahaha, jak to jest, że jak patrzę na listę nowych wpisów na śledzonych blogach, od razu wiem, które wpisy są twoje, hmmm.
Chyba to dlatego, że nikt inny nie wybiera utworów o tak ciekawych nazwach, głównie pewnie z takowej
przyczyny, iż nikt nie umiałby tego napisać. :D
2017-09-16 15:16:17
moozgish
Hahahahaha, no bez przesady, holenderski aż taki trudny do pisania nie jest, a poza tym nazwę zawsze można przekleić, ale fakt, moje wpisy się mogą wyróżniać, chociażby dlatego, że nikt w naszej społeczności prócz mnie nie ma fazy na Vreeswijka, albo na jakąś walijską muzykę, a jak to się czyta polskim gadadełkiem, to rzeczywiście brzmi osobliwie. :D
2017-09-16 15:26:58

Powody, dla któryh uczę się walijskiego.

Witajcie!
O, Misha już śpi. Ten to ma zdrowie. Położył się i prawe od razu zasnął. Właściwie nie wiem, czy to oznaka zdrowia, no ale u kota chyba tak. Miejmy nadzieję. Ale ja nie o tym chciałam.
Chciałam Wam pokazać, cóż to ja wymyśliłam wczoraj, no i część dzisiaj w nocy. Znowu się zainspirowałam rozmową z kimś, tym razem znów z Sekai. Sekai mieszka przy walijskiej granicy, co skutkuje tym, że jej łatwiej jest znaleźć jakieś materiały, czy w ogóle rzeczy nadające się jakkolwiek do nauki walijskiego, niż mi. W związku z tym ja lubię ją wykorzystywać. Nie no, nie wykorzystuję jej, ale Sekai jest pod nieprzemijającym wrażeniem tego, że ja się uczę walijskiego, wie już o tym cała jej rodzina i w ogóle dla niej to jest chyba główny fakt dotyczący mnie, poza tym, że jestem z Polski, ona ma fisia na języki słowiańskie. :D Ostatnio była na wakacjach w Walii, północnej Walii i wiecie co? Przywiozła mi z tej Walii, znaczy nie mi, tylko do siebie do domu, ale dla mnie, multum jakichś papirów po walijsku, na których było napisane, gdzie i z kim możesz się w Walii skontaktować, w sensie z jakimi władzami, jak chcesz się uczyć walijskiego i chcesz od nich jakieś rzeczy do nauki, sama się zaoferowała, że do nich zadzwoni i się zapyta, czy to tylko w Walii czy jak, a jak nie to mi potem prześle, znalazła też jakieś książeczki dla dzieci po walijsku i jak ma czas, to mi je przepisuje, bo one są krótkie, większy problem jest z tym, że tam jest dużo zdjęć i bez opisów po niewidomemu możesz mieć problemy z zajarzeniem, więc ona mi je też opisuje. Teraz po wakacjach jeszcze się tym nie bawiłyśmy, ale w czasie wakacji całkiem sporo m przepisała, za co jestem jej niewymownie wdzięczna na wieki, a po walijsku wcale się nie pisze łatwo, jeśli się nie zna jakichś zasad. W każdym razie jak ona napchała pełno tych wszystkich papirów i powiedziała swoim rodzicom i siostrze, że ona chce to wziąć, bo ma koleżankę, któ®a się uczy walijskiego i tak dalej i tak dalej, wszyscy się zaczęli pytać "Ale dlaczego? W Polsce? Po co? To ten walijski w Polsce jakiś popularny?" :D No i jak wrócili i Sekai do mnie pisała, to napisała mi na koniec, że jej siostra się pyta, czemu ja się właściwie uczę walijskiego.
I chociaż ja właściwie wiem dlaczego, no podoba mi się i w ogóle, co też jej napisałam, zaczęłam się nad tym zastanawiać i doszłam do wniosku, że powodów jest sporo więcej. No i wreszcie wczoraj postanowiłam stworzyć całą listę powodów, dla których uczę się walijskiego, którą Wam poniżej prezentuję. Nie są one ułożone w jakiejś kolejności ważności, po prostu tak, jak mi przychodziły do mózgu, przy niektórych moze coś tam dopiszę.
1. Strasznie mi się podoba i należy do grupy moich najbardziej ulubionych języków, w przypadku których mam nieustanne poczucie, że po prostu powinnam się ich nie tyle uczyć, ile mieć z nimi kontakt, a najlepiej nimi mówić.
2. Chcę w przyszłości przeczytać Mabinogion po walijsku, jak i inne książki dotyczące kultury celtyckiej i walijskiego folkloru po walijsku.
3. Podoba mi się walijska muzyka, zwłaszcza walijskojęzyczna.
4. Jest to pretext do utrzymywania kontaktu z Gwilem.
5. Ze wszystkimi nacjami, których języki należą do moich najbardziej ulubionych, mam do jakiegoś stopnia pewne poczucie więzi, oczywiście jeśli chodzi o Polskę i język polski było raczej tak, że wskutek więzi z Polską i Polakami polubiłam tak bardzo język polski, no bo wiadomo, z ojczystym zawsze inaczej, w każdym razie moja więź z nacjami celtyckimi jest dość specyficzna i mocna, chyba nawet mocniejsza, niż ze Szwecją czy Finlandią, czy innymi, co uważam, że również jest w pewnym sensie powodem, bo chciałabym poznać więcej walijskojęzycznych ludzi i zobaczyć, czy serio są jakieś powody, że tak właśnie to odczuwam. Póki co znam tylko Gwila i niejaką ALys Mai i mamy całkiem sporo wspólnego, chociaż z Alys Mai nie gadałam dużo jak dotąd, bo rzadko piszemy.
6. Uważam, że sami Walijczycy - tfu, duża część Walijczyków, zwłaszcza na południu - wciąż nie doceniają swojego języka tak, jak powinni, mimo, że w ostatnich dziesięcioleciach jego sytuacja znacznie się poprawiła, więc no... ktoś inny musi im jakoś pokazać, co mają, po ingliszu faflunić to juz każdy potrafi. :D
7. Żeby się ludzie pytali i dziwili i żeby było o czym gadać.
8. Żeby rozwijać mózg i nie zdziwaczeć jeszcze bardziej na starość. :D Zdecydowanie mam chyba coś w rodzaju obsesji na punkcie rozwijania mózgu, strasznie się boję chorób degeneracyjnych i wszystkiego, co obniża sprawność mózgu. No a wielojęzyczność zdecydowanie zmniejsza ryzyko obniżonej sprawności mózgu w przyszłości. W tym samym celu jem rzeczy, które usprawniają mózg, a że mam Mamulkę, która się zna na lifestylach nie jest to trudne, nie dodaję do herbaty cytryny, tylko kwas askorbinowy, czy tam askorbinian sodu, bo Mamulka go sobie kupuje, a to smakuje tak samo, natomiast jak dodasz cytryny do ciepłego picia, wytworzy Ci się cytrynian glinu i zacznie Ci się odkładać w tkankach mózgowych, także no... ja dziękuję. Znaczy nie no, bez przesady, niemniej jednak strasznie jestem wyczulona na kwestie mózgowego dobrostanu, chyba jednak bardziej, niż normy przewidują. :D
9. Żeby móc pisać cóś tak, żeby nikt niepowołany nie zajarzył, o co chodzi. :D Mówię o takich rzeczach jak na przykład mój pamiętnik czy jakieś inne zapiski. Na chwilę obecną jest to mieszanina polskiego, angielskiego i szwedzkiego, ale przypuszczam, że jak poznam walijski na tyle, że będę mogła się w miarę w pełni wyrazić na piśmie, będę używać walijskiego. Albo jak mam ochotę sobie poprzeklinać. Po walijsku jest akurat według mnie fajniej, niż po polsku, a nawet po szwedzku, czy nawet po angielsku. Nie należę do ludzi, którzy mają w zwyczaju kląć przy każdej możliwej okazji, ale czasami... no nie da się inaczej. I wtedy najczęściej albo po walijsku, albo po fińsku, bo też jest świetnie. Kiedyś była taka sytuacja, że przyjechali do nas goście na noc, bo była komunia moich kuzynek, ale Mamula najpierw chciała, żeby zjedli kolację. Ja natomiast chciałam sobie posocjalizować, więc zeszliśmy z Mishą, żeby zobaczyć, co tam i jak tam. No ale oni mieli powystawiane chyba wszystkie walizki, w tym jedna bya tak pięknie na środku i ja o nią z impetem trzasnęłam piszczelą, no i zanim zdążyłam w ogóle cóś pomyśleć stwierdziłam: "Sgriwiwch Cach Yma". Tatul do mnie z kuchni mówi "Co ty tam klniesz po walijsku?" no to się wszyscy dowiedzieli, że po walijsku i był temat do dyskusji znowu, że czemu walijski, aczkolwiek normalnie raczej takich akcji nie robię, tak jakoś wyszło odruchowo, bo serio mocno się w tę piszczel trzasnęłam. :D
10. Żeby gadać z Mishą w kolejnym języku i sprawdzić, czy reaguje. Jak już zapewne wiecie, Misha jest bardzo mądrym stworzeniem i wie dużo rzeczy, o jakie zanim się tego dowiedziałam, w życiu bym go nie podejrzewała. Pomysł z gadaniem do Mishy nie tylko po polsku podsunął mi mój nauczyciel od szwedzkiego, który gada ze swoimi kotami i z psem po szwedzku niby rozumieją. Mi się to wydało dziwne i raczej oparte na autosugestii, ale postanowiłam spróbować, bo już zauważyłam, że Misha reaguje gdy zawołasz go Misha, Mishka, Misheczka, Mishątko i tak dalej, na przykład siedzi sobie gdzieś wysoko, a Ty powiesz Misheczka, to on się odwraca. Oczywiście to "działa" tylko wtedy, gdy nie jest zaabsorbowany czymś innym, wiadomo, ludzie też nie zawsze robia to, czego się od nich w danej chwili oczekuje. No więc spróbowałam i okazało się, że Misha przychodzi do mnie i gdy go zawołam Misha chodź, czy Misha chodź tu, Misha come 'ere, Misha kom här. Dodam, że my do Mishy rzadko wołamy kici kici, a jak tak, to to po prostu nie działa. Moja Mamulka gdzieś wyczytała, że każdy przecież z automatu zawołałby kota kici kici i w ten sposób przyjdzie do każdego, dlatego Mamula wymyśliła, żeby do niego gwizdać, potem jednak my z Zofijką zaczęłyśmy wołać mish mish mish. :D No więc skoro działa i Misha come i Misha kom i Misha zdaje się jarzyć o co mi chodzi, jak do niego tak po prostu gadam po innemu, że na przykład idziemy do snu i idzie za mną na górę, zdecydowałam się, jak już troszeczkę ten walijski ogarnęłam, że po walijsku też spróbuję. "Misha, cer yma, melys!". Misha wolno, z rezerwą, on w ogóle nie jest szczególnie responsywny i się zawiesza łatwo, więc to trochę zeszło, ale jednak przyszedł i od razu zajarzył, że coś od niego chcę. No to po walijsku też do niego gadam, chociaż na razie jeszcze nie umiem jakoś płynnie. No i raczej po innemu gadam do niego jak jesteśmy sami, ale strasznie to lubię.
11. Bo chcę zobaczyć, jak mi się będzie uczyło niegermańskiego języka.
12. Żeby lepiej rozumieć Wenglish. Jest to dialekt walijski angielski, więc jak się można domyślić mieszanka i tego i tego, świetny jest w nim akcent i ja go, jak wszystkie akcenty i dialekty brytyjskie, uwielbiam.
13. Żeby rozumieć, co faflunią w BBC.
14. Żeby się nabijać z Tolkienowskich świrów, jak kiedyś jakichś poznam, że umiem gadać w Sindarinie, :D tworząc Sindarin Tolkien wzorował się na walijskim i w sumie jak umiesz czytać po walijsku, to umiesz w Sindarinie.
15. Żeby przerażać moją babcię. Moja babcia ma troszeczkę teologicznego świra. Nie jest dewotką, jak wiele babć, po prostu zawsze się interesowała teologią, nawet jakieś tam studia zrobiła, twierdzi, że język walijski to na pewno jest język pogański, bo Celtowie byli poganami i ci Walijczycy, którzy mówią po walijsku też są, że wszystkie języki z grópy gaelickiej są językami pogańskimi. Zawsze się mnie pyta o różne rzeczy dotyczące duchowości celtyckiej, i tej wczesnej, pogańskiej, i tej już chrześcijańskiej, jak się zaczęli pojawiać tam ci wszyscy mnisi i wciąż nie chce jej się wierzyć, że tam serio kiedyś ludzie się modlili po chrześcijańsku po walijsku, irlandzku i szkocku, że mieli swoją charakterystyczną, chrześcijańską duchowość, fakt, że z elementami swoich starych kultów, ale tak to i my mamy jakieś obyczaje po starosłowiańskich kultach, które przeniknęły do naszej polskiej duchowości.
16. Bo chcę obejrzeć serial Rownd A Rownd, w którym grał Gwil i wiedzieć o co chodzi.
17. Bo chcę umieć robić coś niszowego.
18. Bo uwielbiam, jak ludzie gadają po ingliszu, potem przeskakują na walijski, potem na angielski i ja też tak chcę przynajmniej potrafić.
No i to tyle. Sporo prawda? No właśnie. No to teraz tym bardziej wiem, że warto.


2017-09-15 17:38:18
ambulocet
No rzeczywiście. Sporo tego. Co do miszy i jego rozumienia zwrotów w różnych językach, może on reaguje
na swoje imię, a to, co jest po nim w zwrocie pełni już rolę drugorzędną. No, ale nie wiem. Sam się często
zastanawiałem, jak działają mechanizmy rozumienia różnych rzeczy przez zwierzęta, bo Tilla też często
mnie w tym względzie zaskakuje.
2017-09-15 18:06:03
moozgish
Tak również może być. Może być też tak, że reaguje na intonację. Wydaje mi się to bardzo prawdopodobne, ponieważ jak jest na przykład taka sytuacja, że Misha robi coś, czego robić nie może, powiesz mu w miarę łagodnie Misha, nie rób, nie zadziała. Dopiero jak powiesz dosyć głośno Misha nie wolno, przestanie. Dziwne jest tylko to, że działa właśnie tylko Misha nie wolno, nie Misha zostaw czy Misha nie rób. Sprawdzałam to kilka razy i nawet pokazywałam Mamuli, która twierdzi, że tak właśnie zawsze do niego mówi, a to ona go najczęściej sztorcuje. Jednak to, że go wołam po innemu i przychodzi, najprawdopodobniej jest właśnie dlatego, że słyszy Misha, tak jak go zzawsze wołam, z na ogół dość podobną intonacją, no to już wie, o co chodzi. Myślę, że mechanizmy jego rozumienia mogą być dość zawiłe i różne w różnych sytuacjach, niemniej jednak ja się cieszę, że rozumie i że mogę sobie do niego faflunić po jakiemu mi się podoba. :D


2017-09-15 18:36:41
hazel96
Najlepsze powody to 7, 9 i 15. Możesz więcej pisać takich rozkmin, w sensie dlaczego coś tam ;) Może
ja sobie coś takiego o angielskim napiszę, chociaż na pewno ta lista wyszłaby mi o wiele bardziej zwyczajna
niż Twoja. Jeśli ten dialekt angielsko-walijski pojawi się na moich zajęciach, to nie omieszkam Cię o
tym poinformować. :D
2017-09-20 21:08:28
moozgish
Cieszę się, że Ci się moja rozkminka podobała. Jak będę mieć jakieś pomysły na podobne wpisy, to cóś tam będę czynić, ewentualnie mogę zrobić takie wpisy dotyczące wszystkich moich języków, dlaczego się ich uczę/je lubię. No ciekawa jestem, czy będziesz mieć coś o Wenglishu i jeśli tak, to co, ale o samych walijskich angielskich akcentach cóś tam na pewno będziesz mieć, a one są również powalające, jak już pisałam.
2017-09-21 05:01:11

Ja Misha.

Hhrrru?
Tak, to ja Misha. Wiem, że bardzo dawno mnie nie było i bardzo za to przepraszam. Ja ostatnio ciągle śpię. Teraz też spałem, dopiero się obudziłem, ale wydaje mi się, że jak wszystko powiem, co chciałem powiedzieć, to znowu pójdę spać, bo jeszcze mi się chce i ciągle ziewam. Wczoraj Zofijka zrobiła dziwną rzecz. Ja tak mocno ziewnąłem, a ona w tym czasie wsadziła mi palca do buzi. Chciałem ją ugryźć, żeby tak więcej nie zrobiła, ale w końcu jednak tego nie zrobiłem, bo to chyba znowu miała być jakaś zabawa. Nie wiem, czy kiedyś tak naprawdę zrozumiem ludzi, ale wychodzi mi już coraz lepiej. Dzisiaj nawet taki facet, który przyjeżdża do Emi i z nią gada chyba po ingliszu, już mi się mieszają te języki, do mnie Emi też co chwilę po innemu mówi, przyjechał właśnie dzisiaj i to z taką wielką torbą, a ja już Wam mówiłem, że lubię torby, nie? No właśnie, a tam prawie nic nie było, to ja najpierw wąchałem i wąchałem i wąchałem, a potem tam wlazłem. Ja go lubię, nawet kiedyś do niego powiedziałem Hhrrru? a ja nie do każdego mówię Hhrrru? ale jeszcze bardziej lubię jego torbę, bo ja zawsze wolę torby i kartony od ludzi. Ludzie też są fajni, ale za dużo gadają i robią i mi się wszystko miesza. Ale tak naprawdę jak dobrze spojrzeć, to właściwie robia cały czas to samo, nic się codziennie nie zmienia, tak jak u mnie. Śpią, wstają, jedzą, idą gdzieś, wracają, znowu jedzą, siedzą i się gapią w jakiś ekran, tylko raz od telewizora, raz od telefonu, raz od komputera, znowu jedzą i idą spać, tylko gadają codziennie inaczej i co innego jedzą. Ale ja nie o tym miałem gadać. Też już za dużo gadam o głupotach. Chciałem powiedzieć, że przyjechał ten facet do Emi, no to jak ja mu wlazłem do torby, to on się zaczął śmiać i mama też, a ja nie chciałem wyjść, wtedy przyszła Emi no i ja też z nimi poszedłem na górę. No i wylądowałem w tej torbie na ziemi, rozglądałem się dookoła, potem się spojrzałem na tego faceta, a on do mnie mówi: "Misha, co ty się tak patrzysz, jak jakiś człowiek?". Wtedy weszła mama Emi i moja z kawą i z jakimś ludzkim żarciem i powiedziała, że Misha się zawsze gapi jak człowiek i że jest bardziej cywilizowany od niektórych ludzi, nawet aż za bardzo. Nie wiem, co to cywilizowany, ale to chyba znaczy, że nie narobię komuś znienacka kupy do torby, albo coś takiego, nawet bym nie potrafił, jakoś tak poza moim kibelkiem po prostu nie idzie, Emi kiedyś powiedziała, że to dobrze, bo car Wszechrosji byle gdzie się nie załatwia. Cały czas nie wiem, co to car Wszechrosji, no ale to chyba miał być komplement znowu. No ale skoro się patrzę jak człowiek, to chyba znaczy, że coraz lepiej rozumiem ludzi, prawda? I robię się do nich podobny. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Wszystko dlatego, że nie ma żadnego innego zwierzęcia. To znaczy nie, tak właściwie jest, ale... dobra, chyba muszę zacząć od początku.
Już dosyć dawno temu, po tym, jak mnie święcili i miałem tą przygodę, co Wam opowiadałem, mama i Zofijka nagle przywiozły psa. To nie był pierwszy pies, jakiego poznałem. Moja ludzka mama jest troszkę dziwna, bo co chwilę zmienia zdanie. Raz chce psa, żeby pilnował domu, potem nie chce, bo brudzi, potem chce kota, bo ja jestem sam, potem nie chce, bo niby jak się będę bawił z moim młodszym rosyjskim bratem, to porwiemy firany i wszystko, co jest, no ale to nie moja sprawa. Chodzi mi o to, że dlatego właśnie zdążyłem już poznać kilka psów, oba mnie nie polubiły, albo kogoś innego i uciekły. Była Pepa, o której już Wam mówiłem, ja ją bardzo lubiłem, bawiłem się z nią, było zabawnie, gadaliśmy sobie razem i razem spaliśmy z Zofijką na materacu, bo Zofijka wtedy jeszcze nie miała łóżka, dopiero przyjechaliśmy do tego domu. A potem nagle uciekła. Zofijka płakała. I mi było smutno bardzo. Potem był jeszcze jeden pies, o którego byłem zazdrosny, a on mnie nie lubił. Zofijka go nazwała Alvaro. On co chwilę uciekał wracał, wył po nocach, Zofijka chciała, żeby był jej przyjacielem, ale on nie chciał, nawet ją ugryzł, no i w końcu uciekł i nie wrócił. I Zofijka znowu płakała. Emi jej powiedziała, że p rzecież jest Misha, Misha to jest prawdziwy przyjaciel, ale Zofijka powiedziała, że Misha to jest tylko Misha, a ona chce psa, bo z Mishą jest nudno. Bardzo mi było smutno, ale nic nie powiedziałem, no bo co miałem powiedzieć, może sobie myśleć, jak chce, ale to nie było przyjemne. No i właśnie wtedy przyjechał ten trzeci pies. Emi zaraz poszła go zobaczyć i mnie wzięła. Był trochę większy ode mnie, Mamulka mówi, że już większy nie urośnie. Bardzo mnie polubił i ja go też, ale ja nie mogłem wyjść do niego, a on wejść do mnie. On tylko piszczał i na mnie patrzył, a ja trochę nie wiedziałem co powiedzieć, bo już dawno nie rozmawiałem z żadnym zwierzęciem i się odzwyczaiłem. Ale on wcale nie pomyślał, że jestem jak człowiek i zawsze jak mnie widział, to do mnie tak wesoło piszczał. On się nazywał Jackie. Ale potem już nie, bo mamie się nie podobało, bo Jackie to może być i chłopak i dziewczyna, tak jak Misha, więc pewnie też by na niego często mówili ona. No to teraz jest Bobi, chociaż Emi mówi, że Bobi to też może być on i ona. Ale on to jest on. Jest bardzo wesoły i całkiem czyściutki, bardzo głośno szczeka i mnie budzi w nocy. No ale nie możemy gadać, bo ja nie mogę wyjść, a on nie może wejść. Jak Bobi przyjechał, to Zofijka prawie się ze mną nie bawi. Bobi lubi ją najbardziej. Emi i Mamulka bardzo się z tego cieszyły, Mamulka mówi, że Zofijce przydałby się taki przyjaciel pies. On za Zofijką wszędzie łazi. On najbardziej lubi ją, a ona najbardziej lubi jego, ale oczywście i on i ona innych też lubią, tak samo jak ja i Emi, ja najbardziej lubię Emi, EMi najbardziej lubi mnie, ale innych też lubimy. No i w końcu każdy ma swojego przyjaciela. Smutno mi często było, jak Zofijka nie miała się z kim bawić, bo ja nie zawsze mam na to ochotę. Lubię się bawić, ale nie tak, że mnie ktoś goni, wrzeszczy, łapie, albo nagle skądś wyskakuje, bo chce się bawić w chowanego, a Zofijka tak lubi się bawić. Najbardziej teraz lubię się bawić piórkami. Wtedy jestem szalony ze szczęścia. Ale chciałem jeszcze coś powiedzieć o Bobim. Bobi jest cały czas przyjacielem Zofijki, ale wszyscy oprócz Zofijki mówią, że to jest zdrajca. Jest zdrajca dlatego, że ciągle ucieka. Bardzo, bardzo często. Potem wraca, ale zawsze ucieka znowu. A Zofijka udaje, że tego nie widzi. Wczoraj, jak jadłem galaretkę, mamusia powiedziała, że gdyby nie to, że Zofijka będzie histeryzowała, to wolałaby, żeby Bobi już nie wrócił, bo nie lubi takich zdrajców. Ja też nie lubię zdrajców i nie lubię, jak Zofijka jest smutna. Bo jak Zofijka jest smutna, to jest zła i często mówi na mnie głupi Misha, albo Misha jesteś dziwny, albo jeszcze gorsze rzeczy, ale najgorsze jest to, że strasznie wrzeszczy. Nie tylko na mnie, w ogóle wrzeszczy i wszystko ją wkurza, nawet jak ja sobie obok niej usiądę i sobie myję łapę, wtedy wrzeszczy Misha idź stąd. A potem i tak sama sobie idzie. Dziwni są ludzie, a Zofijka w ogóle. Ja bym wolał, żeby Bobi wrócił, ale już więcej nie uciekał, tak by było najlepiej.
Ale nie chce mi się już gadać o Bobim na razie. Opowiem Wam o czymś ciekawszym. Emi była wczoraj z Mamulą w jakichś różnych sklepach i jak przyjechały, to zaraz mnie zawołała i powiedziała, że dostałem prezent. Wiecie jaki to jest prezent? Ja go najbardziej lubię jeść. To są takie specjalne kabanosiki, ja je po prostu uwielbiam. Jak ktoś coś ode mnie chce, to powinien mi przynieść tego kabanosika, a najlepiej dziesięć, dać mi powąchać i ja wtedy dla takiego kogoś wszystko zrobię, nawet mogę śpiewać i tańczyć, byle bym tylko mógł je zjeść. A Emi sobie wymyśliła, że mnie wkurzy, odpakowała tego kabanosika, ja powąchałem, a ona mi go zabrała i podniosła tak bardzo wysoko, że go nie mogłem dosięgnąć. I ja się wtedy zacząłem po niej wspinać i robić hhrrru? ale wtedy Emi dała mi tylko kawałek. Resztę dostałem dopiero u niej w pokoju. Teraz nie mogę się doczekać, kiedy dostanę następnego, one są naprawdę bardzo smaczne, ale Emi powiedziała, że będzie mi je dawać tylko jak będzie jakaś specjalna okazja, bo ich jest mało, szkoooda, i Zofijka powiedziała, że jak będę je co chwilę jadł, to mi pęknie w końcu pupa. Ale ja je bardzo lubię jeść, wtedy strasznie głośno mlaszczę i sapie i potem długo i głośno mruczę, aż zasnę. Chyba nie ma takiej drugiej rzeczy, którą aż tak bardzo lubię, że wszystko za nią oddam, nawet wszystkie moje kartony.
A czy Wy też macie coś takiego, co tak bardzo lubicie, że wszystko za to możecie zrobić, żeby tylko to mieć?
Ja już kończę, bo bardzo chce mi się spać, a poza tym Zofijka wróciła i wrzeszczy. Dobranoc.
Pozdrawiam wszystkich bardzo Mishnie.
A, jeszcze się może podpiszę, skoro zalazłem aż do klawiatury.
;lkjasdf;lkj lzxkjc; vnmnqpwuirr;ho.zdlhl,.cbxnmvnxbxv.nqrwohfsdm,hoqywey 723081643otiutwjkgjgadslhglhxbz XGZapi
Lepiej jeszcze nie umiem, ale kiedyś może się nauczę, ja się lubię tresować.


2017-09-15 15:14:53
pajper
Hahahaha, Misha, masz bardzo ciekawe pomysły.
Co do rzeczy, za które oddalibyśmy wszystko.
My ludzie jesteśmy zbyt dziwni, by tak łatwo dało się odpowiedziec na to pytanie, zbyt skomplikowani.
Więc, chyba nikt nie ma takich rzeczy, nikt z nas.
A wyjaśnij nam, co takiego fajnego jet w ludzkich torbach? :)
2017-09-15 15:26:40
moozgish
Tak mi się właśnie wydawało, ludzie w ogóle co innego mówią, co innego robią, a co innego myślą, a nawet często udają, że jest coś, czego nie ma albo że nie ma czegoś, co jest. nie tak, jak ja, bo ja tak nie umiem.
Ludzkie torby są naprawdę fajne, bo jest w nich ciepło, miękko i przytulnie, można się skulić i zasnąć, ja lubię, jak ktoś ze mną chodzi na przykład w reklamówce jak z zakupami, w torbie też tak można jechać, jednocześnie jedziesz sobie i śpisz. Czasami ktoś się zagapi i zamknie torbę i wtedy jest tak cichutko i przyjemnie. Niektórzy mają w środku jakieś inne torby albo opakowania i inne szeleszczące rzeczy, którymi można się bawić. Czasami pachnie jedzeniem, albo różnymi zapachami, można się wtedy tarzać i też się tym czymś pachnie. A jedna pani to mi kiedyś zdjęcie zrobiła, jak byłem wjej torbie i potem wysłała do Internetu i wszyscy sobie mogli obejrzeć i Zofijka powiedziała, że podbijam świat i wszyscy tak mówili.
Misha

2017-09-15 18:02:55
hazel96
car Wszechrosji przebija wszystko hahahaha. Misha, chciałabym Cię kiedyś zobaczyć.
2017-09-21 10:42:19
moozgish
To moja ludzka mama wymyśliła cara Wszechrosji i teraz wszyscy tak na mnie mówią, to jest dziwne. Wielu ludzi chciałoby mnie zobaczyć. Jedna koleżanka Emi kiedyś powiedziała, że mnie ukradnie, jak zobaczyła moje zdjęcie. Jak do nas ktoś przyjeżdża, to też mi każą przychodzić i każdy mnie ogląda z każdej strony. Podobno dlatego, że jestem piękny, ale ja myślę, że jestem normalny Misha.
Misha

2017-09-21 11:00:28
hazel96
Misha, może Twoje piękno tkwi w tym, że jesteś na pozór normalny. Najlepiej spytaj swojej ludzkiej mamy.
2017-09-21 18:20:55

Pomieszanie Zmysłów?

Będzie kolejna rozkmina. Zgadnijcie o czym. :D
Rozkmina dotyczyć będzie mózgu, tak jak poprzednio, oraz zmysłów, o których też już było. Konkretnie tego, jak to jest żyć z pomieszanymi zmysłami i czy to serio jest szaleństwo.
No ale jak to z pomieszanymi zmysłami?
Do napisania tego wpisu zainspirował mnie tym razem Gwil, a raczej z Gwilem nawijka, którą odbyliśmy w czwartek. Ja bardzo lubię czwartki, bo wtedy Gwil ma najwięcej czasu, żeby ze mną pisać i często piszemy o różnych rzeczach poza walijskim i polskim, co ja wprost uwielbiam. No i gadaliśmy sobie coś tam o muzyce, o jakichś harmoniach, aha, bo ja się go zapytałam, czy on ma jakieś takie rzeczy, które go inspirują do pisania muzyki, no więc mi napisał tam o różnych rzeczach i między innymi o tym, że jak pisze muzykę, zresztą nawet jak nie pisze, po prostu jak słyszy jakieś dźwięki, albo o nich myśli, to widzi je w różnych kolorach. Nie tak, że serio widzi wtedy jakiś kolor, tylko tak jakby w mózgu, coś na zasadzie takiego bardzo silnego skojarzenia, że to mu się po prostu bardzo mocno łączy. No i że jak na przykład coś komponuje dla Plu, to wtedy na ogół musi być na głosy i to mu musi współgrać kolorystycznie. Im lepiej współgra kolorystycznie, tym lepiej brzmi. W związku z tym mi się w mózgu zapalił alarm, bo tego typu zjawiska nie były mi obce. Nie raz już o nich słyszałam, a poza tym sama mam podobne korelacje między słuchem a dotykiem, tyle, że nie muzyczne, też między słuchem a smakiem i jeszcze różne dziwne i pomagają m one w nauce języków. Co do tych moich to można by dywagować, ale to Gwila na pewno jest klasycznym przypadkiem synestezji, która jest często określana właśnie jako pomieszanie zmysłów. Ta jego w ogóle jest najczęstszym rodzajem jaki występuje i jest to określane jako chromestezja. No więc właśnie o synestezji będzie dzisiejszy wpis.
Babcia Wikipedia twierdzi, że synestezja to: "stan lub zdolność, w której doświadczenia jednego zmysłu (np. wzroku) wywołują również doświadczenia charakterystyczne dla innych zmysłów, na przykład odbieranie niskich dźwięków wywołuje wrażenie miękkości, barwa niebieska odczuwana jest jako chłodna, obraz litery lub cyfry budzi skojarzenia kolorystyczne itp." Jak widzicie takich kombinacji może być od choroby. No właśnie, a propos choroby, jak próbowałam zgłębić temat, to natknęłam się na teorię, że synestezja to nic innego jak neurologiczne schorzenie. Ale dlaczego? Dla ludzi nawet ASMR to choroba, a ja się pytam dlaczego. Co w tym jest takiego, pomijając jakieś serio skrajne przypadki synestezji, które się zdarzają od czasu do czasu, albo sytuacje, gdzie synestezja pojawia się u osób z jakąś formą autyzmu i jest jednym z objawów, poza takimi extremalnymi zjawiskami, co sprawia, że synestezja obniża jakość życia? W czym to komu przeszkadza? Chyba tylko tym, co nie mają, bo też chcą. :D OK, ja się zgodzę, że to jest jakiegoś rodzaju zaburzenie układu nerwowego, chociaż brzmi to dziwnie, no ale nie jest to normalne, niemniej jednak choroba jest z tego co mi wiadomo jakimś zaburzeniem, które wywołuje objawy niepożądane. Co jest objawem niepożądanym w synestezji? Albo właśnie w ASMR? Świat nie przestanie mnie nigdy zadziwiać, ale w sumie to chyba dobrze, no nie?
No ale co jest w takim razie dobrego w synestezji?
Synestezja bardzo się w życiu może przydać. A nawet, jeśli nie wykorzystujemy jej praktycznie, tak jak na przykład właśnie Gwil, jest czymś raczej przyjemnym, a w każdym razie w jakiś sposób ubogacającym życie i odbieranie naszej szarej, ziemskiej rzeczywistości. Synestezja sprawia, że gdy jeden ze zmysłów jest stymulowany jakimś bodźcem, inny nasz zmysł również się stymuluje. W moim przypadku jest tak, odkąd pamiętam, bo synestezja na ogół pojawia się we wczesnym dzieciństwie, że jak słyszę jakieś słowo, to jednocześnie stymuluje mi się dotyk i to słowo ściśle łączy mi się w mózgu z jakimś przedmiotem, kształtem, fakturą, czasem z kilkoma. Tak jak pisałam, nie jest to na zasadzie, że ja serio mam wrażenie, że czuję to pod palcami, po prostu jest to rodzaj bardzo silnego skojarzenia, coś troszkę podobnego, jak to, gdy chodzi Ci po mózgu jakaś piosenka. Słyszysz ją gdzieś tam w mózgu, ale wiesz, że serio jej nie słyszysz. Inne korelacje, jakie posiadam, są słuchowosmakowe i mam takowych bardzo wiele, większość słów kojarzy mi się i z jakimś kształtem i z jakimś smakiem. Jest to fajne, bo po prostu jest fajne, a poza tym dlatego, że w ten sposób łatwiej jest mi zapamiętywać słowa w innych językach, nawet tych, które nie są jakoś bardzo spokrewnione z polskim, jak na przykład walijski, w którym wiele słów jest dziwnych i zupełnie dla nas obcych. Często słowa kojarzą mi się po prostu z tym, co znaczą, na przykład szklanka kojarzy mi się ze szklanką, a stół ze stołem. Niektóre słowa nie kojarzą mi się z niczym konkretnym, albo ich kształt jest taki jakiś zamazany, ale nie ma takich wiele, bardzo często wiele słów kojarzy mi się z jedną i tą samą rzeczą i potem na przykład mój nauczyciel się dziwi, czemu mi się w szwedzkim mylą dwa kompletnie niepodobne słowa, albo różne takie sytuacje wychodzą. :D Ja sama właściwie przez długi czas nie byłam świadoma, jak bardzo mi te skojarzenia pomagają, jak bardzo mocno siedzą w moim mózgu i w ogóle uważam, że to jest dziwne, że tak szybko się robią, bo czasem wystarczy, żebym usłyszała jakieś kompletnie nowe słowo, i już mi się z czymś kojarzy, choć zdarzają się czasami takie sytuacje, że mam jakieś skojarzenia dopiero po jakimś czasie. Często, zwłaszcza w ingliszu, mam osobne skojarzenia z wymową i z pisownią. Kiedyś w ogóle myślałam, że wszyscy ludzie tak mają i uważałam, że to jest naturalne, jak zresztą myśli wielu synestetów. Synestetką jest też moja Mamulka, ale jej synestezja polega na tym, że barwnie widzi litery, to znaczy załóżmy J jest dla niej ciemnoróżowe, L turkusowe, X czerwonobiałozielone czy jakiekolwiek. Śmiesznie jest o tym nawijać. Ale to, że takie są litery dla niej, nie oznacza, że inny taki świr będzie miał tak samo, on może sobie widzieć J na szarozielono, a X na purpurowo. Ja mam też skojarzenia z innymi dźwiękami, nie tylko ze słowami, na przykład z niektórymi ludzkimi głosami, z różnymi odgłosami. OK, dobra, ale może rzucę jakimiś przykładami, bo to ludzi jakoś często frapuje. :D
Hmmm, czym by tu rzucić. Głos mojej Mamuli kojarzy mi się z jakimś instrumentem klawiszowym, jakimś pianinkiem czy czymś takim, moja Mamulka uważa, że to bardzo miło. :D Nie wiem. Słowo załóżmy Jacek kojarzy mi się z nakrętką od śróbki. Kiedyś zwierzyłam się z tego jednej osobie, która była ogromnie zgorszona, że dla mnie mój własny ojciec sprowadza się do nakrętki od śróbki, co oczywście jest idiotycznie idiotyczną głupotą, bo tak po prostu kojarzy mi się imię Jacek, co nie oznacza, że imię Jacek nie kojarzy mi się tez z inteligentnym, niebieskookim blondynem o urodzie wikinga, czy właśnie z moim Tatulem, który jest Jacek. Pewnie dlatego nakrętka od śróbki, że jak byłam mała, lubiłam się bawić różnymi rzeczami u mojego Tatula w garażu, no a wiele z tych rzeczy, które obecnie z czymś mi się kojarzą pochodzi z mojego dzieciństwa, jakieś zabawki czy coś. Słowo Zofijka kojarzy mi się ze smakiem soli, ale też z jakąś małą, bardzo kształtną buteleczką ze szkła. Co ciekawe, imię Zofijka ma też zapach, kojarzy mi się z jakimś pudrem i to skojarzenie jest najsilniejsze, w ogóle Zofijka kojarzy mi się z kosmetykami, też z jakąś taką miękkością, którą dość ciężko jest mi opisać, chociaż jest dla mnie czymś bardzo oczywistym. Ale już Zosia kojarzy mi się z płatkami Cheerios, tak samo ZOfia, beznadziejnie prozaicznie. :D O, opowiem Wam, z czym mi się kojarzą obiekty moich faz, bo nie mam pomysłu. Enya kojarzy mi się z satyną, albo jakimś innym miękkim materiałem w tym stylu, w pisowni Eithne kojarzy mi się z sierścią konia i z dźwiękiem podków. Nazwisko Brennan kojarzy mi się z ogromną, nieco rdzewiejącą bramą, otwierającą się ze straszliwym skrzypieniem, jest taka jakaś dwuskrzydłowa, strasznie wielka, potężna wręcz. Głos Enyi jak śpiewa kojarzy mi się z taką ogromną muszlą, którą dostałam kiedyś od mojego wujka, który jest marynarzem, jak mówi usłyszałam ją dużo później, kojarzy mi się to z polisiami Zofijki, albo z... ciastem na pierniczki. Takim surowym. Przykro mi ogromnie, jeśli to rani czyjeś uczucia, nic na to nie poradzę. Poza tym z czymś miękkim, o miękkiej, gładkiej, acz dość zwartej konsystencji. Jej akcent kojarzy mi się z ogromnym, szumiącym lasem, z jakimiś liśćmi, ze straszliwie gęstą trawą i tak dalej. Słowo Declan kojarzy mi się z mojej Mamuli pierogami z kapustą i grzybami, to znaczy z tym, jak smakują. Słowo Cornelis kojarzy mi się z czymś o smaku cytrynowym lub pomarańczowym, albo z żelkami Haribo. Vreeswijk kojarzy mi się bardzo śmiesznie, z takim jakimś małym żyjątkiem, jakby żmijką, która jak ją weźmiesz do ręki, to tak się śmiesznie wije. Głos Vreeswijka kojarzy mi się z ogniem, oraz z sosem Sriraha, niezależnie od tego, jak się to coś pisze, taki strasznie ostry sos, w ogóle z czymkolwiek ostrym, od imbiru, po czarnuszkę, bardzo ostre coś, nie pikantne, nie słodkokwaśnoostre, tylko ostre. Mniammmm. Uważam, że jest to ogromnie adekwatne skojarzenie. Słowo Gwilym, i Gwil też, kojarzy mi się ze smakiem kukurydzy, takiej w kolbach albo z puszki i z kształtem kulki, co, zważywszy na to, że od wczesnego dzieciństwa uwielbiam wszelkiego rodzaju kulki, powinno być chyba jakimś wyróżnieniem, ale nie jest, bo kojarzy mi się tak wiele słów, w tym cała rodzina imion, do której należy Gwilym: wszelkie Wilhelmy, Williamy, Guillaume'y, Willemy... a, sorry, nie wszelkie, Bill, Billy i inne Billopodobne kojarzą mi się ze smartfonem i z takimi pikającymi dźwiękami, a na przykład Liam z jakąś bliżej nieokreśloną czekoladą oraz z żyletkami. Ale ta kulka która kojarzy mi się z tymi wszystkimi Gwilymami i Williamami to jest taka specjalna kulka, to jest taka żelazna kulka jak z łożyska od samochodu, nie taka wielka, taka całkiem mała, takie wielkie też mi się z różnymi rzeczami kojarzą, ale ta jest... bo ja wiem? welkości może ziarnka grochu, tylko oczywiście cięższa. Aha, jeszcze Gwil, ale tylko Gwil, nie Gwilym, kojarzy mi się z jagodami. Głos Gwila też kojarzy mi się z czymś ostrym, tak jak Vreeswijka, ale zdecydowanie nie aż tak zabójczym i jeszcze trochę słonym, poza tym z ogromnymi górami. Może górami z walijskiej Snowdonii. :D
Z tymi moimi skojarzeniami jest jednak tylko jeden problem. Znaczy OK, może nie problem, ja tego tak nie traktuję, ale po prostu jest to rzecz, która sprawia, że mam wątpliwości, czy na pewno jest to synestezja. Rzecz owa jest taka, że znam kilka osób, które mają bardzo podobnie, tylko chyba nie aż tak, że mają skojarzenia dosłownie prawie do wszystkiego, ale też jest to słuchowodotykowe, ale co najważniejsze, wszystkie te osoby są niewidome. Z jedną koleżanką w Laskach kiedyś odkryłyśmy, że mamy to obie i potrafiłyśmy się wieczorami zabawiać opowiadaniem sobie o naszych skojarzeniach z różnymi rzeczami, które różnią się wręcz straszliwie od człowieka, do człowieka. Dlatego zastanawiam się, czy nie jest to forma blindyzmu, sensoryzmu czy jak to tam zwać, albo jakaś kompensacja, czy inne takie dziadostwo. Nie, żeby mi to wiele zmieniało, ale po prostu od tej nawijki z Gwilem, a tak właściwie też dużo wcześniej, ale teraz wybitnie, jestem strasznie ciekawa, co to jest. Można też patrzeć tak, że niby ktoś tam sobie powiedział, że synestezja jest genetyczna, a jak pisałam moja Mamulka jakąś tam ma, także może to być i synestezja. A może chodzi o to, że po prostu synestezja jest częstym zjawiskiem u niewidomych? Jest korelacja między synestezją a autyzmem, jest też podobno między niewidomością a autyzmem, więc czemu nie między niewidomością a synestezją? Ciekawe, czy ja się kiedyś dowiem, o co tu chodzi. Bardzo bym chciała. A może Wy też tak macie? Albo jakoś podobnie? Jak tak, to się koniecznie podzielcie, strasznie chętnie się dowiem, o Waszych doświadczeniach.
Ogólnie rzecz biorąc teorie dotyczące synestezji są dwie. Jedna jest taka, że te świry mają za dużo połączeń w mózgu, tam, gdzie ich normalnie nie ma, a druga taka, że jest rozwalona równowaga między hamowaniem i wyciszaniem impulsów dochodzących do mózgu. Są to jednak tylko teorie i o synestezji ludzie wciąż nie wiedzą wiele, zdarzały się takie przypadki, że ludzie mieli jakieś urazy mózgowe i po tych urazach stawali się synestetami, można u człowieka wywołać synestezję hipnozą, jakimś tam treningiem mózgu, mają ludzie synestezję jak są na haju, albo biorą jakieś leki na psychikę, w sensie jakieś bardzo silne i dużo, wtedy to podobno nie jest fajne, bo to są właśnie takie przypadki, że synestezja przeszkadza i człowiek jest, że tak powiem, przestymulowany, no overstimulated. :D Dlatego sądzę, że w tej materii dużo jeszcze jest do zrobienia, może z czasem ludzie się czegoś dowiedzą i ja też się dowiem, skąd to u mnie jest. :D
OK, to ja chyba kończę tego wpisa, bardzo ciekawa jestem jakichś Waszych reflexj, czy się z tym spotkaliście, czy macie z tym do czynienia u siebie, jakichś Waszych opinii. :)


2017-09-11 17:41:24
iwkan
Ciekawe jest to i skomplikowane zarazem. Ale swoją drogą ile jest rzeczy, których jeszcze nie wiemy.
I wciąż jeszcze nie jesteśmy w stanie ogarnąć tak naprawdę jak działa mózg. I pewnie nie wykorzystuje
swoich możliwości w stu procentach. A nawiasem mówiąc zdopingowałaś mnie do stworzenia wątku na temat
tego, jak wytłumaczyć osobie niewidomej, która nawer nie ma poczucia światła co to jest kolor? ja mam
ten problem. Dla mnie kolor to abstrakcja, puste słowo które poza słowem nie ma dla mnie znaczenia, którego
nie jestem sobie w stanie wyobrazić, bo nigdy go nie widziałam. Może odbiegam teraz od tematu tego wpisu,
ale dzielę się tym, co akurat przyszło mi do głowy w czasie czytania tego wpisu.
2017-09-12 19:05:09
moozgish
To prawda, mózg w jakimś stopniu pewnie zawsze będzie dla ludzi zagadką, uważam, że samo to jest w pewien sposób fascynujące. Co do kolorów, to jest rzeczywiście ciekawa rzecz. Jeśli chodzi o mnie, jestem niewidoma od urodzenia i od urodzenia nie mam poczucia światła, ale jest z tym śmieszna rzecz, bo zawsze miałam jakieś wyobrażenie o kolorach, nie były dla mnie nigdy tak całkiem abstrakcyjne, jak są z tego co mi wiadomo właśnie dla wielu ludzi również niewidomych od urodzenia. Nie potrafiłabym chyba jakoś logicznie i składnie opisać, jakie te moje wyobrażenia są, w każdym razie jestem w stanie powiedzieć, jaki kolor do jakiego pasuje i nikt mnie tego nie uczył, widzące ludzie kiedyś się bardzo zdziwiły, i ja sama też, jak im powiedziałam, jakie kolory są według mnie zimne, jakie ciepłe, jakie bardziej spokojne, a jakie żywe i okazało się, że odpowiada to temu, jak jest w rzeczywistości, mówiłam to wyłącznie na podstawie moich wyobrażeń. To jest bardzo ciekawe, jak można by w jakiś w miarę zrozumiały sposób wytłumaczyć niewidomym kolor jako kolor, myślę, że musi to być strasznie trudne, swoją drogą będę musiała chyba kiedyś się popytać jakichś widzących w moim środowisku, ciekawe, czy im wyjdzie, bo akurat tego, jak ludzie odbierają kolor jako kolor, też nie ogarniam, mam po prostu wyobrażenia dotyczące konkretnych barw i tyle.
2017-09-12 19:37:47
iwkan
No to mnie zaskoczyłaś. Bo akurat stworzyłam wątek na temat tego czym dla niewidomych jest kolor. Jest
jeszcze druga sprawa która mnie dziwi. A mianowicie to że ja słyszę ściany lub gdy coś jest obok mnie
nawet wtedy gdy jest cicho. Zreguły rzadko wpadam na przeszkody, no chyba że się zamyślę. Nie wiem czy
to jest na zasadzie echolokacji, czy może coś jeszcze innego. Grunt że kiedyś instruktor od orientacji
przestrzennej stwierdził, że ja się czuje bezpieczniej między drzewami niż na pustym polu.
2017-09-13 19:45:05
moozgish
To się niby nazywa zmysł przeszkód, wydaje mi się, że wszyscy niewidomi to mają, ja w każdym razie znam wieeelu ludzi, którzy mają i sama też to coś posiadam. To jest śmieszne i też mnie nie raz zastanawiało, jak i dlaczego to działa. Wydaje mi się, że raczej nie echolokacja, ale może tylko mi się wydaje. Też raczej nie czuję się zbyt bezpiecznie na takiej otwartej przestrzeni, gdzie właśnie kompletnie nic nie czuć, lasy z drzewami są zdecydowanie fajniejsze.
2017-09-13 20:13:18
jamajka
Ja też mam, teraz móię na to echolokacja, bo łatwiej to wyjaśnić człowiekowi, który widzi. Poza tym zdania
typu: spokojnie, ja cię widzę, ja mam zmysł przeszkód! Ni są zawsze dobrym rozwiązaniem. xd
CO do tematu wpisu, O! Synestezja! Właśnie. Nie pamiętałam, jak to się zwało, a była dziewczyna z tym
w "the brain". Jak tak czytałam, to uzmysłowiłam sobie, że może rzeczywiście jest coś w tym, że sporo
niewidomych to ma. No bo zobacz, teoretycznie, jeśli niewidomemu się zamiast wzroku powoli wyćwiczają
inne zmysły lepiej, to logicznym jest, że powstają nowe połączenia w mózgu. Czy ja mówię logicznie? xd.
Co do samego zjawiska, nie wiem, czy pamiętasz, ale też ci kiedyś mówiłam, że tak mam, zwłaszcza, co
ciekawe, z dniami tygodnia i miesiącami. Ja te słowa widzę.
Btw widzenia, kolorów itd. O kolorach nie wiem, czy mogę się wypowiadać, no bo kiedyś widziałam, krótko
o krótko, ale mózg mógł coś załapać. Ja jednak myślę, że mam, albo raczej miałam, co zaraz wyjaśnię,
małe wyobrażenie o kolorach. Jedyny kolor, do którego się z czystym sumieniem mogłam przyznać był zielony.
Jak byłam mała, to mówiłam, że lubię zielony. Wtedy mogłam go pamiętać. A sporo lat później najpierw
ja opisywałam komuś, jak sobie wyobrażam ten kolor, a potem znalazłam coś bardzo podobnego w książce
Gutowskiej-Adamczyk, no więc tak, potwierdza się, chyba pamiętam. CIekawsza rzecz zaistniała mniej więcej
od lipca tego roku. Mianowicie, ja wiem, że to dziwnie brzmi, ale to wygląda tak, jakby mój mózg zaczął
sobie coś przypominać. Może mi się to zrobiło po tym, jak używałam chwilkę brainporta i na chwilę załapałam,
że są kompletnie inne wyczucia odległości? No nie wiem. W każdym razie czasem się na tym łapię, że np.
mam nagle skojarzenie z kolorem, albo nagle sobie wyobrażam, jakby coś wyglądało, nawet nie jeśli chodzi
o kolor, tylko o sposób widzenia tego, wielkość, oddalenie i tak dalej. I, co najciekawsze, nie wiem,
jak to wyjaśnić, ale ja wiem, że w tych momentach widzę to prawidłowo. No i teraz rób analizę, specjalisto.
:d
2017-09-17 19:33:26
jamajka
A, no i zapomniałam o ważnej rzeczy. Ja też uwielbiam czwartki! :d
2017-09-17 19:33:50
moozgish
Fakt, echolokacja jest bardziej do ogarnięcia dla człowieka, który widzi.
To ma sens, według mnie dlatego, że przynajmniej u mnie było tak, że mi się te takie podstawowe skojarzenia tworzyły powoli, stopniowo, tak samo jak jest właśnie z tymi zmysłami, natomiast normalni synesteci chyba tak nie mają, po prostu jest to w ich świadomości jakby od zawsze. Inna sprawa, że gdyby to serio zależało tylko od połączeń w mózgu, to takich niewidomych byłoby więcej, no chyba, że ludzie myślą, że to jest takie normalne, że tak wszyscy mają, tak jak normalnie myślą synesteci, więc o tym nie gadają, albo ja po prostu takich niewidomych nie znam zbyt wielu.
Taak, nawijkę o dniach tygodnia pamiętam. Swoją drogą ciekawe, czemu akurat z tym masz te skojarzenia.
Mózg mógł załapać. Mózg uwielbia załapywać niepotrzebne strzępki informacji z wczesnego dzieciństwa i kolekcjonować je w podświadomości, a potem Ci robić surprise w iście ciekawych momentach. Też lubię zielony, zawsze lubiłam, chociaż nie tylko, w ogóle moje kolorystyczne preferencje strasznie się zmieniły, jak byłam mała, to lubiłam czerwony, teraz czerwony to dla mnie czyste zło. I też mam najintensywniejsze skojarzenia dotyczące zielonego, mimo, że ja akurat nie miałam możliwości widzieć go gdziekolwiek, chyba, że widziałam przed urodzeniem, co też jest mało prawdopodobne, a nawet jak, to nie sądzę, żebym aż z tak odległych czasów mogła cokolwiek pamiętać. O właśnie, nie mam pojęcia, co się dzieje mózgom, które kiedyś widziały, jak używają Brainporta, tym bardziej, że sama się bawić nie miałam okazji, ale mózg lubi takie jakieś sytuacje, żeby wygrzebywać różne rzeczy właśnie z podświadomości. Też zawsze jak robiłam coś z tymi moimi wyobrażeniami o kolorach, nawet jeszcze zanim mnie ludzie uświadomili, że są takie same/zbliżone do faktycznych kolorów, mam wrażenie, że tak po prostu musi być na serio i że to tak musi wyglądać. Tak samo jak na przykład piszę o jakichś ludziach, jakieś opowiadania czy coś, no i kreuje mi się postać, zawsze ma jakiś konkretny wygląd i inaczej być nie może, co jest fajne, bo nie musisz nad tym za dużo myśleć, a potem się widzący dziwią czasem, skąd ja te opisy postaci wzięłam. :D
Taak, czwartki są absolutnie zarąbiste, szkoda tylko, że mi się tak prozaicznie kojarzą, z jakimiś agrafkami, spinaczami, bez sensu. Szkoda, że tego nie można zmieniać i że się nie ma na to wpływu, co Ci się do czego przypisze. :D


2017-09-17 23:00:16
hazel96
Ja się zastanawiam, kiedy bym się dowiedziała o echolokacji, gdybym nie spytała nauczycielki od orientacji.
Do tamtej pory myślałam, że to coś nienormalnego i że tylko ja to mam ;) Opisałam jej to zjawisko swoimi
słowami, właśnie na przykładzie mijanych drzew, i niezmiernie się zdziwiłam, że to ma naukową nazwę.
2017-09-21 18:25:48

Colleen MCCullough - Emancypacja Mary Bennet.

Kilka dni temu skończyłam czytać "Emancypację Mary Bennet" autorstwa Colleen MCCullough, a ponieważ książka wzbudziła we mnie bardzo mieszane uczucia, a poza tym zauważyłam, że dużo jest wokół niej kontrowersji, zdecydowałam się coś o niej napisać.
Do książki tej zabierałam się z przeogromnym entuzjazmem, zaczęłam ją praktycznie od razu, jak tylko weszłam w jej posiadanie. Z dwuch powodów. Pierwszym była Colleen MCCullough. Czytałam jej słynne "Ptaki Ciernistych Krzewów" już kilka razy, czytałam "Aniołka", też kilkukrotnie, czytałam "Obsesję" i coś tam jeszcze, w każdym razie wszystko mi się podobało, pomimo iż tematyka tych książek jest diametralnie różna. Lubię jakoś styl pani MCCullough a tematyka tych jej książek, które już czytałam, była dla mnie zawsze z tego czy innego powodu interesująca. Drugim powodem mojego ogromnego entuzjazmu była tytułowa Mary Bennet. Coś mi mówiło, że chodzi o TĘ Mary Bennet, to znaczy o siostrę Lizzie z "Dumy I Uprzedzenia" Jane Austen. Okazało się, że miałam rację.
Powiem teraz krótko, o co chodzi, dla tych, którzy jeszcze być może nie czytali "Dumy I Uprzedzenia". "Duma I Uprzedzenie" jest to romans autorstwa kultowej pisarki, jaką jest Jane Austen. Dotyczy ona losów pięciu sióstr - panien Jane, Elizabeth, Mary, Kitty oraz Lydii Bennet, głównie jednak Elizabeth oraz jej miłości do niejakiego pana Darcy'ego.
Książka MCCullough natomiast jest kontynuacją losów sióstr oraz ich krewnych, bliskich i innych bohaterów książki Austen. Jej akcja rozpoczyna się dwadzieścia lat po zakończeniu "Dumy I Uprzedzenia". Wszyscy są już więc nieco bardziej doświadczeni, wyrobieni przez los i... niesamowicie wręcz zmienieni. Lizzie - z bystrej, pełnej humoru i inteligentnej dziewczyny przemieniła się w osobę raczej smutną, zdecydowanie dającą się lubić, ale jednak jakby wiecznie cierpiącą, jej mąż - Fitzwilliam Darcy - z wyniosłego, dumnego młodzieńca, będącego dla wielu kobiet swego rodzaju ideałem mężczyzny, przeobraził się w nieco bufonowatego, zgorzkniałego i pysznego cynika, największa zmiana dotyczy jednak Mary. W powieści Austen dziewczyna nie jest nikim specjalnym - trzecia z pięciu sióstr, ani ładna jak starsze, ani lubiana czy rozpieszczana, jak młodsze, z krostami na twarzy i krzywym zębem, Mary próbowała nadrabiać braki wiedzą i wątpliwym talentem muzycznym, zawsze była strasznie poważna, nieszczególnie ciekawa czy inteligentna, bardzo świętoszkowata. W książce MCCullough widzimy ją natomiast jako zdziwaczałą starą pannę dobiegającą czterdziestki, która jak dotąd opiekowała się matką, jej charakter jest zgoła inny. Mary jest kobietą szczerą, pełną dowcipu, inteligencji, z przeogromną potrzebą, wręcz obsesją na punkcie niezależności... co też ten czas robi z ludźmi? Patrząc na to, jak przeobrażeni zostali bohaterowie pani Austen, mam wrażenie, że tak naprawdę tej książki nie powinno się traktować jako kontynuacji "Dumy I Uprzedzenia", jest to raczej jakaś wariacja na motywach "Dumy I uprzedzenia", nowy budynek stworzony na starych fundamentach czy coś w tym stylu. Nie chcę przez to powiedzieć, że książka jest zła, ale uważam, że aby rzeczywiście móc przeczytać ją z przyjemnością, trzeba by się oderwać od myślenia jak było u Austen i spojrzeć na "Emancypację Mary Bennet" jak na coś w ogóle innego. Inaczej lektura raczej nie sprawi nam wiele satysfakcji.
Stopniowo, a właściwie w dość szybkim, znacznie szybszym niż u Austen tempie, poznajemy losy Mary, która - pragnąc wyzwolenia i swobody - udaje się na wyprawę, by potem skonstatować, że jednak dobrze byłoby dzielić życie z kimś, na kim w razie potrzeby możnaby się wesprzeć, gdy chwilowo będzie mieć za dużo swobody i zostaje żoną niejakiego angusa Sinclaira - bardzo fajny gościu ze Szkocji, ja go polubiłam. Książka jest oczywiście wielowątkowa, bo jak powiedziałam śledzimy losy także innych bohaterów książki Austen, wszystkie zakończone są bardzo oczywistym happyendem, w ogóle zakończenie książki w mojej opinii jest cokolwiek kiczowate i pierwsza połowa jest znacznie bardziej ciekawa, potem już ne jest tak fajnie.
Styl również nie jest stylem Austen, Colleen MCCullough niejednokrotnie posługuje się dowcipem, ale nie jest to ów subtelny i jakże charakterystyczny dowcip Austen, także jeśli ktoś by tego oczekiwał, może się zawieźć, zdecydowanie styl pisania Colleen jest inny.
Patrząc na tę książkę jako całość, nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobała, bo podobała mi się, gratuluję pani MCCullough samej odwagi, bo Austen jest pisarką na tyle znaną i poważaną, że naprawdę trzeba się wykazać odwagą, żeby zmieniać coś w książce czytanej od dwustu lat przez pokolenia czytelników. Fajnie było poznać czyjąś wizję przyszłości bohaterów Austen, choć te zmiany w ich charakterach niejednokrotnie ogromnie mnie raziły, wydaje mi się, że nawet czas nie jest w stanie uczynić zamaszystej i urodziwej feministki z nudnej i szpetnej świętoszki. Biednemu Darcy'emu to w ogóle się dostało- zacząć jako typowy bohater romansu,, a skończyć jako cyniczny burak, no ciekawie. :D Książka nie jest też pozbawiona innych, nieraz bardzo widocznych wad, jak właśnie według mnie te strasznie oczywiste happyendy, wiadomo happyend w romansie rzecz potrzebna, ale mam wrażenie, że to bardzo dobrze, że Jane Austen nie miała okazji zobaczyć tych właśnie, bo nie sądzę, żeby była bardzo zadowolona.
Jeśli po tę książkę chciałby sięgnąć ktoś, kto już czytał "Dumę I Uprzedzenie", bardzo fajnie, ale radziłabym właśnie oderwać się od książki Austen, wtedy jest spora szansa, że Wam się spodoba. Ludziom, którzy "Dumy I uprzedzenia" nie czytali, też mogę tę książkę polecić, właśnie dlatego, że znajomość pierwowzoru absolutnie nie jest konieczna, bo jest to po prostu coś zupełnie innego.
Sporo mam jak widzicie do tej książki zastrzeżeń, ale mimo to uważam, że warta jest przeczytania, bo ma swoje zalety, styl pani MCCullough wcale nie jest zły, mimo, że to nie Austen, Mary, jeśli nie myśli się o tym, jaka była kiedyś i że jest to niemożliwe, żeby teraz była taka, naprawdę da się lubić. Do akcji wchodzi wielu ciekawych bohaterów, jak na przykład właśnie Angus, czy też Charlie - syn Elizabeth, jest też nawet gościu, który pochodzi z Walii, z tego samego regionu, z którego pochodzi Gwil. :D Przynajmniej tak można wnioskować.
Komu mogłabym polecić tę książkę?
Ludziom, którzy lubią Jane Austen i jednocześnie są w stanie zaakceptować tak ogromne zmiany. Ludziom, którzy lubią literaturę angielską. Tym, którzy lubią romanse, nie tylko te typu Austen, ale też amatorom bardziej współczesnych książek z tego gatunku, jakichś tak zwanych harlequinów, im nawet pewnie spodoba się bardziej. Tym, którzy lubią Colleen MCCullough. Tym, którzy lubią książki łatwe, z szybką akcją.

2017-09-11 15:19:14

Bendith- - Mis Mehefin.

Witajcie!
Czas by był zaktualizować awatar chyba. Dzisiaj również będzie fazowy. Bendith to walijski projekt muzyczny, ktory został utworzony w ubiegłym roku przez gościa o nazwisku Carwyn ELlis, lidera poprockowego zespołu Colorama oraz członków zespołu Plu, czyli rodzeństwo Rhys - siostry Elan Mererid, Marged Eiry i ich brata Gwilyma Bowena, no i jak już zapewne wszyscy wiedzą właśnie Gwilym Bowen Rhys jest obiektem mojej czwartej wielkiej fazy. Projekt ów powstał dlatego, iż Carwyn ELlis zafascynował się muzyką Plu i zamarzyło mu się z nimi współpracować, no więc się z nimi skontaktował, oni się napalili i współpraca się zaczęła, owocując w lutym bieżącego roku pierwszym albumem o tytule Bendith. Bendith po walijsku oznacza błogosławieństwo, tak na marginesie. Wszystkie texty na tym albumie, jak i duża część muzyki, są autorstwa Carwyna, ponieważ cały album jest, hm, powiedziałabym, że nieco egocentryczny :D ponieważ wszystkie utwory w jakiś sposób nawiązują do jego dzieciństwa, które spędził w połódniowej Walii, jest więc tu mowa o krajobrazach jego dzieciństwa na przykład, chyba też o jego dziadku gdzieś tam o ile dobrze kojarzę, innych takich. Pomimo, że i Carwyn jest z rockowego zespołu, i Gwil posiada rockową przeszłość, album jest w klimatach Plu, to znaczy altfolku, psychodelii, generalnie taki marząco zamulony. OK, pomijając singiel, który według mnie pasuje do tego albumu jak kwiatek do kożucha, jest taki popowy, no po prostu burzy harmonię totalnie i bardziej nadaje się do albumów Coloramy, niż Plu, tym bardziej, że wykonuje go Carwyn, no ale, pewnie na tym polegają kompromisy. :D Generalnie jeśli mam być szczera, nieco bardziej podobają mi się albumy Plu, choć ten jest również bardzo dobry, po prostu lubię go jakoś troszkę mniej.
Moim ulubionym utworem na tym albumie jest Mis Mehefin, co po walijsku oznacza czerwiec, jest tak pięknie przymulony, tak sielski i w ogóle, ja to raz przy nim usnęłam, fajnie było, zawsze jest fajnie przy Mis Mehefin. Na wokalu prowadzącym jest tutaj Elan, czyli najstarsza siostra Gwila i liderka Plu. Jak ten album się pojawił, to ja już od jakiegoś czasu z Gwilem pisałam, no więc nie omieszkałam im pogratulować i tak dalej i Gwil się mnie zapytał, co mi się najbardziej na tym albumie podoba. Pewnie w jakichś innych okolicznościach bym mogła mieć problem, bo mi się często albumy w całości bardzo podobają i nie wiem, co mniej, a co bardziej, ale, że na tym albumie wybitnie najbardziej podoba mi się Mis Mehefin, no to napisałam, że Mis Mehefin i się dowiedziałam, że im wszystkim, to znaczy Gwilowi, Marged i Elan też najbardziej podoba się Mis Mehefin.
Mam nadzieję, że Wam również się Mis Mehefin spodoba i że nie uśniecie. :D Oczywiście i ten utwór, i wszystkie moje poprzednie awatary znajdują się w plikach udostępnionych, w razie cóś.
2017-09-11 13:14:56
Celtic1002
Śiiiczniaaasty.
2017-09-11 13:18:11

Plu - Tra Bo Dau.

Czas na nowy awatar fazowy. Plu jest kolejnym zespołem, w którym udziela się obiekt mojej obecnej, czwartej wielkiej fazy - Gwilym Bowen Rhys. Liderką tego zespołu jest jego najstarsza siostra o imieniu ELan Mererid, w skład wchodzi jeszcze druga starsza siostra Gwila, Marged Eiry. Plu po walijsku oznacza pióra, bądź upierzenie. Zespół określany jest przez walijskie media muzyczne jako altfolkowyopsychodeliczny, folku jest u nich więcej, niż psychodelii, ale i jedno i drugie uświadczyć idzie często. Widać w nim bardzo wyraźnie to, co mi kiedyś napisał Gwil, że ma obsesję na punkcie harmonii, w sensie muzycznym oczywiście. BO o ile kwestią textów zajmuje się na ogół ELan, jeśli nie są to jakieś texty tradycyjne, o tyle muzykę pisze Gwil. Czasem jak się słucha albumów Plu w całości, można po prostu sobie odpłynąć gdzieś w jakieś w ogóle inne rejony, można też usnąć i mieć piękne sny.
A co do utworu, który teraz chciałabym Wam pokazać, jest on tradycyjnym utworem walijskim, jednym z niewielu utworów wykonywanych przez Plu, w którym na wokalu prowadzącym nie jest ELan. W tym utworze na wokalu prowadzącym jest Gwil, chociażby dlatego, że text napisany został oryginalnie z męskiej perspektywy. Z tego, co mi wiadomo, istnieje później napisana wersja w języku angielskim, z punktu widzenia kobiety, wykonywała ją między innymi Walijka Charlotte Church, której ja akurat nie lubię, jak dotąd nie znalazłam żadnej fajnej wersji.
Skoro są dwie perspektywy, łatwo się domyślić, że piosenka jest miłośna, bo jest.
Kiedyś znalazłam angielskie tłumaczenie tej piosenki, co mnie bardzo ucieszyło, bo nie jarzyłam z niej wtedy nic, dlatego wklejam je poniżej, żebyście mogli sobie zobaczyć o co w tym chodzi, podobnie jak text wersji angielskiej, może kiedyś jakieś fajne jej wykonanie znajdę, to pokażę.
Tłumaczenie wersji walijskiej:
While there are two
The one who loves my heart
Lives far from here,
And longing to see her
Made my colour grey.
Chorus: Wealth is but a vanity
Purety does not last
But the pure love, like steel lasts,
While there are two
From the beautiful choice that I choose
My choice was a pure lass
And before I'll regret it
The fire will freeze.
My love is over the sea
I hope that she is well
I love the land where she walks
From the core of my little heart.
Wersja angielska:
The one I love is far away
Across the sea, over sea.
And I am longing for the day
When he comes back to me.
His smile is lovelier than the dawn.
With all its beauty right.
What patient love may solve alone
His joy beyond compare.
Chorus: Rich years are fading and constant
Beauty will wither and wane.
With love so pure, will I endure
Will our two hearts remain.
Enough for love of him i pine.
How sad it was to part.
Where e're he walks its ground divine.
TO my poor aching heart.
For every day my choice I bless.
My love I'll never rue.
His gentle voice, his sweet caress.
Is constant fair and true.
Oba texty pochodzą ze strony irish-folk-songs.com.
Jak więc widzicie, oba texty są nieco archaiczne, co bardzo mi się w nich podoba.
Ciekawa jestem Waszych opinii i życzę Wam miłego słuchania. :)

2017-09-05 14:16:46
iwkan
O boże! Jakie to piękne! Aż się popłakałam słuchając tego. Nie wiem co napisać więcej, po prostu brak
mi słów. Czy wrzucisz to na serwer. To chętnie sobie pobiorę. Dziękuję Ci za ten wpis.
2017-09-10 22:13:28
moozgish
Wszystkie moje poprzednie awatary znajdują się na serwerze i tam będą, wszystkie następne też się tam będą pojawiać. Bardzo się cieszę, że również Ci się ten utwór podoba, jest strasznie piękny.

2017-09-10 22:21:21
iwkan
Dzięki. Znalaz łam go i pobrałam.
2017-09-11 13:50:55

Baby Name Game.

Witajcie!
Mam pomiś, dobi pomiś! :D Tak kiedyś Zofijka wywrzaskiwała, jak jej wpadł do głowy jakiś dobry pomysł. Ja też mam pomysł, czy dobry i czy Wam się spodoba, to się okaże, ale na pewno nowy.
Może wiecie, a może nie wiecie, ale są na świecie takie świry, którym nie wystarcza pomaganie od czasu do czasu świeżo upieczonym rodzicom w wyborze imienia dla ich dziecka. Ostatecznie nie każdy ma to szczęście, że co chwilę wśród jego bliskich rodzą się jakieś nowe dzieci, a nawet w sieci nie zawsze jest komu doradzać, no i nie każdy ma taki sam gust, jak Ty, a przecież to ma być jednak decyzja rodziców. Co w związku z tym robią te świry? Otóż, te świry wymyślają sobie gierki, w których, według jakichś wymyślonych zasad nadają imiona swoim wyimaginowanym czy też przyszłym dzieciom. W większości wypadków nie bierze się to z chęci posiadania własnych dzieci, ile z fascynacji imionami jako takimi, choć ilu ludzi, tyle powodów, jak sądzę. Ja w baby name games bawię się regularnie, w wymyślaniu samych gier nie jesem szczególnie dobra, ale są ogromne społeczności na stronach amerykańskich, grupujące ludzi fascynujących się imionami oraz ludzi mających na przykład problemy właśnie z wyborem imienia dla dziecka, na tych stronach jest codziennie bardzo dużo różnych gier, które na forach wymyślają sami użytkownicy, no i inni się przyłączają.
Jest też taka babynamerka z Australii, którą ja bardzo lubię, która prowadzi swojego bloga na Tumblrze, nazywa się The Name Garden, no i między innymi wrzuca baby name games, jakoś chyba co sobotę. Bardzo różne są.
Właśnie w ostatnią sobotę wrzuciła kolejną grę, która bardzo mi się spodobała i którą chciałam się z Wami podzielić. MOże któś z Was będzie się chciał również pobawić?
Na końcu wpisu rzucę linka, ale najpierw napiszę o zasadach po poliszu i pochwalę się Wam moimi typami.
Chodzi o to, żeby nazwać więcej niż troje dzieci imionami z konkretnej listy. Ta lista to imiona dzieci urodzonych we wrześniu ubiegłego roku, które zostały odnotowane w The Name Garden. Jest lista pierwszych i drugich imion dla dziewczynek i dla chłopców.
Moje dzieci nazywałyby się: Adelynn Susan, Shelby Anna, Anghus William, Isabelle Jane oraz Callum Harris.
Poniżej rzucam linka z oryginalnym wpisem i listą imion, jeśli któś będzie się chciał pobawić, chętnie poznam Wasze typy, domyślam się, że w naszej społeczności nikt raczej konta na Tumblrze nie posiada, według mnie jest to raczej specyficzne środowisko, dlatego możecie wrzucać Wasze typy w komentarzach do mojego wpisu, jeśli macie ochotę. :) Miłej zabawy wszystkim chętnym życzę. :)
http://thenamegarden.com/post/164876811657/welcome-to-september-baby-namers-using-the-names
2017-09-05 13:03:11
iwkan
czy chodzi tu o wymyślenie nowych imion czy o wybranie z tej listy?
2017-09-10 22:19:20
moozgish
Chodzi o wybór z tej listy. :)
2017-09-10 22:25:00

Emilie Nicolas - Nobody Knows.

Witajcie!
Praktycznie od wczorajszej nocy aż do dziś leci u mnie norweska muza, jakiś elektropopik, elektronika, indiepop i inne takie rzeczy. To jest w ogóle ciekawe zjawisko, bo ja jednak nie ukrywam, że na ogół słucham muzyki z krajów, w których ludzie posługują się moimi ulubionymi językami. Nie tylko, ale jednak najczęściej. Język norweski, chociaż go lubię, nie znajduje się w tej ścisłej czołówce, a jednak od jakiegoś roku uwielbiam słuchać właśnie tego typu muzyki norweskiej, nie wiem nawet, czy nie bardziej niż szwedzkiej z tych samych gatunków. Muzyka norweska, elektroniczna, indiepopowa czy elektrofolkowa czy jakaś podobna, jest według mnie bardzo specyficzna, jest trochę jak taki ciepły, przytulny koc, w który możesz się zapatulić na przykład wieczorem i sobie totalnie odpłynąć. Total chillax. Jest też w taki specyficzny sposób subtelna, często jakoś norwescy ludzie lubią w tego typu muzie używać bardzo ciekawych harmonii.
Akurat utwór, który chcę Wam dzisiaj pokazać, podobnie jak cały debiutancki i na razie jedyny album Emilie Nicolas "Like I'm A Warrior", jest jak widać po ingliszu, ale ów norweski feel jest bardzo widoczny. Utwór ów nazywa się "Nobody Knows", ale miałam spory problem, co z tego albumu EMilie tak właściwie wybrać, bo uwielbiam go w całości, jest bardzo ciekawy i przyjemnie się go słucha, ja znam go już dobrych kilka miesięcy, a cały czas jestem w stanie tak po prostu usiąść i przesłuchać go sobie w całości po raz niewiadomo który, w ogóle mi się nie nudzi i za każdym razem zauważam w nim coś nowego i bardzo ciekawego, troszkę tak, jak z książkami. Jak na debiutancki album więc jest naprawdę pięknie i ciekawa jestem, co będzie dalej z twórczością Emilie, bo zapowiada się ciekawie.
OK, to ja już kończę tę nawijkę i ciekawa jestem, co myślicie o tym utworze. :) Miłego słuchania. :)
2017-09-04 14:07:26
hazel96
Jejku, ale śliczne, zwłaszcza z uwagi na ten głosik w wokalu. :D
2017-09-05 09:27:53

Inspiracja.

Nie bądź powodem tego, że ktoś czuje się niepewnie. Bądź powodem tego, że poczuje się widziany, słyszany i wspierany przez cały wszechświat.
Cleo Wade

2017-09-03 21:18:51

Daphne Du Maurier - Rebeka.

Nadszedł czas na kolejną recenzję na moim blogu. "Rebekę" miałam czytać już dawno, dawno się do tego zabierałam, ale mimo, że lubię Daphne Du Maurier i wiele jej powieści, nie przypuszczałabym, że ta zrobi na mnie aż takie wrażenie. Śmiem twierdzić, że może nawet należeć do książek, które w ciągu mojego życia zrobiły na mnie największe wrażenie, ale aby móc się obiektywnie na ten temat wypowiedzieć, z pewnością potrzebowałabym więcej czasu, bo książkę skończyłam dopiero dzisiaj rano.
"Rebeka" wepchnięta została do szufladki pod tytułem "romans psychologiczny". Niby słusznie - jest i miłość, wokół której wszystko się kręci, i zdecydowanie mocno zarysowane portrety psychologiczne postaci, wiele, wiele ciężkich emocji, ale to nie wszystko. "Rebeka" to i romans, i kryminał, i thriller, i w jakimś sensie także tak zwana powieść gotycka, choć to już niby nie ta era, bo przecież Du Maurier żyła i pisała w XX stuleciu.
Główna bohaterka to chorobliwie wręcz nieśmiała, szara myszka. Jest do tego stopnia nieśmiała, że może się wydawać czytelnikowi pozbawiona jakiejkolwiek dumy, szacunku do siebie, strasznie jest tchurzliwa... Jest ta jej nieśmiałość irytująca, ale też ogromnie było mi jej nie raz z tego powodu żal, sama będąc może nie osobą nieśmiałą, w każdym razie nie do tego stopnia, ale mocno introwertyczną, jestem ją w stanie bardzo dobrze zrozumieć. To, co mnie w związku z nią najbardziej wkurza, to to, że autorka poskąpiła jej imienia. Przez całą akcję książki jest bezimienna. A ponieważ imię jest dla mnie częścią osobowości człowieka, nie obeszło się bez tego, żebym w takim razie sama nie wymyśliła jej jakiegoś adekwatnego imienia. Po długich dywagacjach, czy ma być Lucy, Jane, Christine, czy może coś bardziej nowoczesnego i angielskiego a zarazem lekkiego typu na przykład Jocelyn, w końcu zdecydowałam się nazywać ją Iris. No ale w tej recenzji chyba nie będę mówić o niej Iris, bo, cóż, najwyraźniej miała pozostać bezimienna. Szkoda. Gdy ją poznajemy, jest damą do towarzystwa niejakiej pani van Hopper, z którą przebywa w Monte Carlo. Poznaje tam bogatego i przystojnego faceta - Maxima De Wintera - właściciela ogromnej, pięknej i mrocznej posiadłości o nazwie Manderley. Okoliczności tak się układają, że wkrótce nasza bohaterka zostaje żoną De Wintera i wraca z nim do ANglii, do Manderley. MOżna by przypuszczać, że po takim obrocie spraw można by się spodziewać tylko jednego zakończenia "i żyli długo i szczęśliwie", taka sobie typowa historyjka romansowa, ale jednak nie.
Okazuje się, że w Manderley wciąż rządzi zza grobu poprzednia pani De Winter, pierwsza żona Maxima, tytułowa Rebeka. Główna bohaterka wszędzie natyka się na jej ślady. Rytm dnia toczy się w sposób ustalony przez Rebekę, pokoje są urządzone przez Rebekę, wszędzie widać ulubione kwiaty Rebeki, je się ulubione potrawy Rebeki, życie toczy się tak, jakby Rebeka wcale nie umarła, a nasza cicha myszka boi się to zmienić, tkwiąc w przekonaniu, że nigdy nie uda jej się dorównać Rebece. Jest z nią ciągle porównywana, czego jej serdecznie współczuję, zwłaszcza, że te porównania na ogół wychodzą oczywiście na jej niekorzyść. Rebeka była doskonała, lubiana przez wszystkich, wszystko potrafiła, zawsze umiała się zachować, była taka błyskotliwa, i tak dalej... Szczerze mówiąc podziwiam ją, że potrafiła to znosić z taką cierpliwością, ja sama mam po prostu alergię na tego typu porównywanie "Ona robi tak, czemu ty tak też nie robisz?" (w domyśle, tak jak ty robisz, jest źle) "Ona jest taka, czemu ty taka nie jesteś?" itd. porównywanie ludzi w ten sposób jest jedną z rzeczy najbardziej mnie wkurzających.
W rezultacie główna bohaterka wiedzie samotne i dość smutne życie w ogromnym Manderley, z niekończącymi się korytarzami i mnóstwem pokoi, samotne życie wiedzie także Maxim, nie dzielący się z nikim swoimi sekretami. Bohaterka ma wrażenie, że temat Rebeki jest swego rodzaju tabu w Manderley, nikt nie chce poruszyć z nią tego tematu tak, aby odpowiedzieć na wszystkie nurtujące ją pytania. Z biegiem czasu coraz bardziej zżera ją zazdrość o przeszłość męża, Rebeka przejmuje kontrolę nad całym jej życiem.
Potem pojawiają się nieznane szczegóły dotyczące śmierci Rebeki i akcja nabiera tempa. Dowiadujemy się o Rebece wiele ciekawych, nierzadko zaskakujących rzeczy. Prawda okazuje się być zupełnie inna. Widać, do czego są w stanie posunąć się ludzie, jak wiele zataić i jak wiele wycierpieć, byle tylko niewygodne rzeczy nie wyszły na jaw. Jednakże ujawnienie tych faktów pozwala głównej bohaterce powoli pozbyć się nieśmiałości i kruszy mur pomiędzy nią i jej mężem.
Komu mogłabym tę książkę polecić? Ludziom lubiącym książki, które są trochę jak studium ludzkich charakterów, tym, którzy lubią piękne opisy, chociażby opisy Manderley nie mają sobie równych, w ogóle język tej książki ma w sobie coś bardzo przyciągającego. Ludziom, którzy lubią książki o miłości. Tym, którym nie zależy przede wszystkim na szybkiej akcji. Akcja Rebeki trzyma w napięciu, ale dopiero od pewnego momentu. Tym, którzy lubią literaturę angielską. Wszystkim kobietom. Ludziom, którzy lubią książki utrzymane w troszkę mrocznym klimacie.
Mam nadzieję, że moja recenzja zachęci kogoś do przeczytania tej książki, bo naprawdę warto. :)

2017-09-03 20:26:18
hazel96
A masz ją gdzieś?
2017-09-04 13:08:50
moozgish
Mam ją gdzieś. Zaraz Ci rzucę. :)
2017-09-04 13:20:12

Książkowe inspiracje.

Dziś w nocy skończyłam czytać świetną książkę - "Rebekę" Daphne Du Maurier, pewnie będzie jakaś recenzja. Poniżej zamieszczam trochę ciekawych myśli z tej książki.
"Szczęście nie jest wartością, którą można ocenić, jest to sposób myślenia, stan umysłu."
"Jakby to było dobrze - powiedziałam impulsywnie - żeby wynaleziono sposób na przechowywanie wspomnień podobnie jak perfum. Tak, żeby się nie ulatniały i nigdy nie spowszedniały i żeby w dowolnej chwili można było odkorkować butelkę i przeżywać ten moment na nowo."
"Pomyślałam, jakby to było dobrze być łagodną i zrównoważoną (...). Nie denerwować się nigdy, nie dręczyć wątpliwościami i brakiem decyzji, nie stać tak jak ja, pełna nadziei i dobrych chęci, przestraszona, obgryzająca paznokcie, niepewna jaką drogę obrać, jaką kierować się gwiazdą."
"Jeżeli powiedziałem ci, że myślę o drużynach Surrey i Middlesex, to znaczy, że myślałem o drużynach Surrey i Middlesex. Mężczyźni są bardziej prości, niż ty to sobie wyobrażasz, moje dziecko. Ale to, co dzieje się w umysłach kobiet, jest dla każdego zagadką."
"Byłam osobą ważną, dorosłam wreszcie. Dziewczyna cierpiąca męki nieśmiałości, która stała pod drzwiami salonu miętosząc chustkę w rękach, podczas gdy stamtąd dochodził gwar głosów tak denerwujący nowego gościa- dziewczyna ta rozpłynęła się tego popołudnia jak widmo."
"Jak wiele musi istnieć na świecie osób, które cierpiały i cierpią nadal, ponieważ nie mogą uwolnić się z sieci własnej nieśmiałości; w swoim zaślepieniu i szaleństwie budują one ogromny, sztuczny mur, który przesłania im prawdę."
"Kiedy się ma dwadzieścia jeden lat, nie jest się zbyt odważnym. Dni pełne są drobnych tchurzostw, bezpodstawnych lęków. Tak łatwo się poczuć urażonym, tak szybko dotkniętym, tak rani każde ostrzejsze słowo. Dziś, pod osłoną pancerza obojętności i dojrzałości, drobne ukłucia zdarzające się co dnia są zaledwie lekkimi muśnięciami i szybko się o nich zapomina."
"Podobno istnieje taka teoria, że przeżyte cierpienia udoskonalają zarówno mężczyzn jak kobiety i że aby osiągnąć coś na tym lub innym świecie, musimy przejść próbę ognia. Przeszliśmy tę próbę w całej pełni. Oboje poznaliśmy, co to jest strach, samotność i wielkie nieszczęście. Przypuszczam, że na każdego człowieka prędzej czy później przychodzi chwila próby. Każdy z nas ma swojego demona, który go tyranizuje i zadręcza, aż wreszcie trzeba mu wypowiedzieć walkę."
"Nuda to przyjemna odtrutka na strach."
"Rebeka, zawsze Rebeka! Dokądkolwiek bym poszła, gdziekolwiek bym usiadła, nawet w moich myślach i moich snach, spotykałam Rebekę. Znałam teraz jej figurę, długie, smukłe nogi, małe, wąskie stopy. Ramiona szersze od moich, zwinne, zgrabne ręce. Ręce, które potrafiły sterować, potrafiły utrzymać konia. Ręce, które układały bukiety, wykonywały modele okrętów i napisały "Maxowi od Rebeki" na tytułowej stronie książki. ZNałam także jej drobną, owalną twarz, jasną cerę, ciemne włosy. Znałam zapach jej perfum, domyślałam się, jak brzmiał jej śmiech, jaki miała uśmiech. Rozpoznałabym jej głos wśród tysiąca innych głosów. Rebeka, zawsze Rebeka! Nigdy się od niej nie uwolnię."

2017-09-03 19:36:50

Alex Kunnari ft. Tim Hilberts - Wake Me Up plus nawijki snów dotyczące.

Ostrzeżenie: jak na wpis o awatarze wpis nieco przydługi.
Witajcie!
W przeciwieństwie do wszystkiego, co pojawiało się w moich awatarach do tej pory, utwór Wake Me Up nie jest moim awatarem dlatego, że podoba mi się od strony muzycznej. Muzycznie, jak mam być szczera, nieszczególnie mi podchodzi. To, co zwróciło moją uwagę w tym utworze, to jego text. Nie, że mądry, nie, że ładny, tylko, że po prostu jestem w stanie się do niego ustosunkować i cieszę się, że ktoś tak ładnie opisał zjawisko, o którym chciałabym Wam dzisiaj troszkę napisać, opisał je wręcz z mojej perspektywy. Już mówię, o co chodzi.
Od tak wczesnego dzieciństwa, jakie tylko jestem sobie w stanie przypomnieć, aż do tej pory co jakiś czas mam do czynienia ze strasznymi, bardzo nieprzyjemnymi i ogromnie męczącymi snami. Sny owe są dziwne, ponieważ ich fabuła zwykle jest niemal taka sama, z jakimiś zazwyczaj tylko drobnymi szczegółami, które ulegają zmianom. Głównym ich tematem są kompletnie irracjonalne lęki, jakie miałam w dzieciństwie. Pewnie obecnie, gdybym w normalnej sytuacji i na jawie zetknęła się z tym, co wtedy budziło we mnie owe lęki, nie byłabym tak bardzo przerażona, ale w tych snach do tej pory jestem ogromnie i samo to przerażenie, obezwładniające cię poczucie bezradności, osaczenia i lęku, racjonalnie patrząc kompletnie nieadekwatne do sytuacji, jest strasznie męczące. Dodatkowo dobrych kilka lat temu, jak już Wam pisałam w jednym z wpisów na Drimolandii, bardzo lubiłam się bawić zjawiskami typu LD (świadome śnienie) i innymi podobnymi, nie mając pojęcia, jak destrukcyjne potrafi to być dla mózgu. Mam wrażenie, że zabawy ze świadomymi snami zaostrzyły jeszcze mój problem i odtąd miałam i mam te sny nieco częściej, niż wcześniej. Na tyle często, że zdążyłam zaobserwować, kiedy się pojawiają i w ogóle postanowiłam zrobić trochę research na temat tego, co to jest, czemu to jest i na ile jest to w ogóle naturalne. Zauważyłam mianowicie, że najczęściej, acz nie zawsze, sny owe pojawiają się u mnie, jeśli obudzę się, załóżmy w nocy, potem przez jakiś czas nie śpię, jakiś czas to znaczy załóżmy powyżej 15 minut do... no nie wiem, trzech godzin, że przed zapadnięciem się w czeluść tego snu (co serio przypomina trochę zapadanie się w jakieś trzęsawisko) mam czasem możliwość odwrócenia tego i obudzenia się, zanim ugrzęznę na dobre, choć wymaga to wręcz fizycznej siły, często podczas tych snów miałam od zawsze jakieś takie resztki świadomości, tak, że potrafię na przykład zarejestrować, że na przykład ktoś już się obudził i łazi po kuchni, mózg mam jednak jakby za jakąś mgłą i miesza mi się sen z rzeczywistością, co czasami sprawia, że te sny potrafią być naprawdę upiornie realistyczne, zawsze wiem, że to jest sen i rozpaczliwie chcę się obudzić, ale nic z tego nie wychodzi, przytłaczają mnie moje lęki, w ogóle ogólne poczucie lęku, bezradności, tak, jakby z każdej strony czekało na ciebie jakieś niebezpieczeństwo, nawet ciężko byłoby mi opisać, czego się boję najbardziej, po prostu się boisz i czujesz jak w jakiejś pułapce, albo w centrum idiotycznego horroru, ale to, co jest najbardziej zjawiskowe... w kulminacyjnym momencie snu zawsze próbuję wrzasnąć, ruszyć się, cokolwiek... nic... nie idzie. I jeszcze czasem masz straszliwe wrażenie, że jeszcze chwila i się udusisz. Po obudzeniu dobrą chwilę jest się w równie przytłaczającej dezorientacji, no i jak są jakieś serio gorsze te sny to czasem cały dzień nie bardzo można się do końca pozbierać i funkcjonuję trochę tak, jakbym się przez noc naoglądała horrorów. Na podstawie tego, oraz różnych innych objawów, po zrobieniu miniresearchu zaczęłam podejrzewać, że jest to paraliż przysenny. Nie wszystko się zgadzało, ale obezwładniający lęk, resztki świadomości, niektórzy mają całkowitą świadomość, biedaki, niemożność poruszenia się, częste fałszywe przebudzenia, to znaczy, że śpisz, ale śni ci się, że już wstajesz, że zaczął się dzień, nareszcie, już skończył się ten głupi sen, a tu nagle, wychodzisz sobie załóżmy z domu i... okazuje się, że nadal śpisz, że to jest w ogóle dopiero początek i musisz się po raz kolejny zmierzyć ze swoimi ciężkimi do określenia, a jednocześnie tak wyrazistymi, że niemal uosobionymi lękami, wszystko to wskazywało na to, że to musi być paraliż przysenny. rozmawiałam na ten temat z moją Mamulką, która wie o tych moich snach, bo jak byłam mała byłam przekonana, że wszyscy tak mają i że tak wyglądają klasyczne koszmary normalnych ludzi. Potem przypadkowo kiedyś zeszliśmy na temat snów z moim dziadkiem. Nieraz mi już wcześniej opowiadał, że często ma dziwne sny, albo babcia coś wspominała, a wtedy właśnie dziadek opowiedział mi o tych swoich snach, których fabuła kręci się wokół tego, że gdzieś go zabierają, gdzie nie chce być, że to miejsce wygląda trochę jak szpital, tylko jest dużo straszniejsze i że nie może się w tym śnie ruszyć i to wszystko jest bardzo, bardzo straszne. Wtedy już wiedziałam, że dostałam paraliż przysenny w spadku po dziadku, bo to niby też może być genetyczne. Szkoda tylko, że nie idzie tego jakoś leczyć. Dowiedziałam się już jednak, że istnieją techniki oddechowe, które pomagają się wybudzić, czy w każdym razie opanować trochę sytuację i to wrażenie, że ktoś na tobie siedzi, a ty się dusisz. Poszłam też z tym kiedyś do neurologa i się dowiedziałam, że może mi to kiedyś jeszcze samo przejdzie i że niektórym na to pomagają jakieś leki z grupy SSRI, aczkolwiek to nie jest bezpośrednie lekarstwo na paraliż przysenny. Moja Mamulka chciała, żebym ja spróbowała, czy mi to pomoże, ale i ta neurolog i ja stwierdziłyśmy wtedy, że chyba najpierw lepiej spróbować jakichś innych rzeczy. Teraz więc jak już od jakiegoś czasu wiem, o co chodzi, staram się przestrzegać tak zwanej higieny snu, chociaż nie zawsze jest to takie łatwe, jakby się mogło wydawać i jak mi się wydawało, że będzie, raczej nie idę spać ponownie, jeśli na przykład obudziłam się i zachciało mi się spać dopiero po godzinie, wolę już być trochę niewyspana, niż znów mieć te sny, a jak już wpadnę, to staram się opanowywać sytuację oddychając jakoś normalnie, co jest jednak straszliwie trudne czasami.
Piszę o tym dzisiaj dlatego, że właśnie mam za sobą noc pełną tego typu snów, na szczęście udało im się mnie wciągnąć, zawsze jakoś w ostatniej chwili się odratowywałam, ale za jakąś trzecią próbą normalnego uśnięcia stwierdziłam, że nieee, ja się tak dłużej nie bawię. I resztę nocy bawiliśmy się cichutko i kulturalnie z Mishą, dobrze, że Misha był, bo inaczej to bym się pewnie strrrasznie bała. Odespałam sobie w dzień, co ciekawe w dzień jest zawsze jakoś mniejsze prawdopodobieństwo, że mi się zaczną te sny.
A co ma do tego ALex Kunnari i Wake Me Up? No tytuł mówi sam za siebie chyba. Jeszcze nigdy, nigdy nie wiedziałam takiego opisu, pod którym ja bym się mogła podpisać oboma rękoma i nogoma, jak mówi moja Mamulka. Wake Me Up poznałam przez Spotify, konkretnie przez ich składanki Daily Mix, wtedy miałam fazę na słuchanie norweskiej elektroniki. Jak jednak znalazł się tam utwór Kunnariego, Fina, nie Norwega, i raczej dance'owy, niż elektroniczny, kompletnie nie wpasowujący się w mój gust muzyczny, nie mam pojęcia, ale text mnie powalił. Ja czytałam wiele opisów paraliżu sennego, ludzie różne mają, ale tak podobnego do mojego jeszcze nie widziałam.
Miłego słuchania życzę wszystkim. :)

2017-09-03 18:27:12
ambulocet
Współczuję z tymi snami. Co prawda ja mam sny stosunkowo rzadko, a jeszcze rzadziej coś konkretnego z nich pamiętam,
ale to jedno wiem, że sny potrafią być bardzo realistyczne i mogą rzeczywiście wzbudzić lęk.
Ja miałem kiedyś chroniczne problemy, dla odmiany z bezsennością. Bardzo często nie mogłem zasnąć do
późnych godzin nocnych. Inna sprawa, że u mnie to było trochę takie samonakręcające się koło, bo najczęściej
kładąc się, już byłem przekonany, że nie zasnę, no więc denerwowałem się i rzeczywiście nie zasypiałem.
2017-09-03 20:15:44
moozgish
O, to tak podobnie ma teraz moja Zofija. Ona się boi różnych rzeczy, więc zawsze idzie spać wtedy, gdy jeszcze nikt nie śpi, żeby czasem nie okazało się tak, że Mamulka już poszła do łóżka, a ona jeszcze nie śpi. No ale jak chociaż przez chwilkę dłużej nie może zasnąć, to zaraz zaczyna się bać, że wszyscy już pójdą spać i ona zostanie sama, w związku z czym rzeczywiście ciężko zasypia. Przy tym niestety często strasznie histeryzuje. Ale sama też wiem, że jak któś często długo nie może zasnąć, to potem trudno nie myśleć o tym, że się nie zaśnie i to się bardzo łatwo nakręca niestety.
2017-09-03 20:33:04

Nawijki z Sekai.

Witajcie!
Na początku chciałabym wyjaśnić rzecz dotyczącą jednego z poprzednich wpisów, miał on być częścią niejakiego 30 day self care challenge, ale chyba jednak nie będzie, bo babka, która to robiła, jakoś pomysłu nie kontynuuje. Jeśli jednak zakontynuuje i będzie tam coś ciekawego, to po prostu wrzucę później, póki co jednak nic nie ma.
Przechodząc jednak do tematu wpisu, w końcu, nareszcie udało nam się chociaż przez chwilę ponawijać z Sekai. Niezbyt długo co prawda, ale jednak. I było fajnie. Z wyjątkiem jednej rzeczy. Mój sen się spełnił. :D Nie mogłyśmy się dogadać. Ale spokojnie, nie ze względów lingwistycznych, a czysto technicznych na szczęście. WhatsApp nam strasznie nawijki opóźniał, strasznie nas to wkurzało, wychodziło bardzo śmiesznie, ale poza tym nawijało się fajnie. Sekai ma serio taki akcent, jak ludzie w BBC, w sensie tym takim ogólnokrajowym, nie tych regionalnych radyjkach, no OK, z trochę takim jeszcze połódniowym akcentem, który też się strasznie łatwo rozumie nawet jak ktoś nie jest świrem od akcentów, bo jest taki bardzo... no taki okrągły. :D Nie wiem, jak to ująć. :D Będziemy sobie musiały poszukać jakiegoś innego sposobu komunikacji, bo WhatsAppem się przeraźliwie rozczarowałam, albo jakiejś innej lokacji. Mamulka twierdzi, że jak jest EU Roaming, to możemy normalnie nawijać, ale nie wiem, czy to załatwi sprawę, chyba po prostu trzeba będzie jakoś w sieci. Sekai stwierdziła, że bardzo dobrze mówię po ingliszu, co mnie ogromnie ucieszyło. TO znaczy, no ja to niby wiem, no ale, mówię, pierwszy raz gadałam z jakimś anglijskim native'em w czasie rzeczywistym. Gwilowi to nagrywałam, posuwałam się nawet do takiego lingwistycznego perfekcjonizmu, że potem to przerabiałam Goldwave'em jak stwierdziłam, że cóś jest źle. :D Mam na myśli takie małe rzeczy naprawdę. Tak, wiem, że to bardzo zabawne. Co mnie ucieszyło najbardziej, to fakt, że poza tymi opóźnieniami, przerwami, zakłóceniami i szumami rozumiałyśmy się bardzo pięknie, to znaczy głównie się cieszę, że ja ją zrozumiałam. Moje zabawy z BBC wszelkich regionów nie poszły na marne. Strasznie, strrrasznie się cieszę, że to tak wyszło i że w ogóle się udało, bo zaczynała mi się już trochę udzielać podejrzliwość mojej Mamuli, że coś jest na rzeczy.
Pisałam też dzisiaj z Gwilem, który niedługo zacznie robić clogi, to walijskie obuwie, o którym Wam pisałam, w wakacje miał przerwę, bo ten facet, który go uczy, wyjechał w bardzo osobliwe rejony, mianowicie do Kazachstanu. Ciekawe, kiedy zrobi te clogi, dla mojego Tatula. :D I czy w ogóle zrobi i czy poważnie z nimi przyjedzie. :D Jakoś wątpię, no ale... różne, dziwniejsze rzeczy się już na świecie zdarzały. W każdym razie, choć z Gwilem pisałam jeszcze krócej, niż gadałam z Sekai, ogromnie mnie to uszczęśliwiło, no bo wiadomo, faza.

2017-09-01 22:26:04
daszekmdn
Do rozmów polecam Tobie team talka bearware.dk to strona producenta. Jest polski serwer, na którym nawet
mam swoje miejsce w administracji. Chętnie pomożemy z konfiguracją oraz NP założeniem kanału prywatnego.
Gdybyś miała jakieś pytania, to pisz na pv. :D
2017-09-02 06:13:20
moozgish
Wiem, wiem o Teamtalku. Też jej go proponowałam, jeszcze zobaczymy, co dalej zrobimy. :)
2017-09-02 11:10:16
jamajka
Oszukujesz! Goldwavem! O nieeee. :d ALe mówiłam, że ją zrozumiesz? Jak ja ich rozumiem słuchając audiobooków
od czasu do czasu, to co dopiero ty! Fajnie, że pogadałyście. Jak dla mnie, to mama ma rację, przecież
teraz można normalnie przez telefon gadać. Pomojając ich cuuuuudoooowny zasięg. :d Albo messenger...
a, ty nie masz messengera. Ale cóż, może kiedyś dożyję momentu, w którym ty! Założysz! Facebooka! xd.
Wtedy, to bym się zdziwiła. Na razie życzę powodzenia w dalszych rozmowach z nią. I musisz mi powtórzyć
stronę, też muszę z kimś tak pogadać.
2017-09-02 17:31:51
moozgish
No wieem, że oszukuję, ale inaczej to bym spać po nocach nie mogła, że coś tam źle powiedziałam. :D Beznadziejny ze mnie przypadek. :D A potem Gwil się dziwi, że jaki to ja mam bardzo brytyjski akcent i w ogóóle. :D Facebooka to ja mam, ale tylko takiego anonimowego, do szpiegowania ludzi, :D tak jak moja Mamulka, rzadko na niego wchodzę, ale jest. A co do Messengera, to zawsze jeszcze ma Olek, więc myślę, że w razie, gdybyśmy serio nie miały jak inaczej, to by mnie wspomógł.
2017-09-02 20:08:50
daszekmdn
Ja np dogaduję się z anglikami, ale muszą do mnie mówić baaaaardzoooo pooowooooliii.
2017-09-04 01:33:39
jamajka
Rzeczywiście, przypadek beznadziejny, ogarnij się, bo on by nawet tych błędów nie dostrzegł! :p
2017-09-04 12:27:41
iwkan
A czy ewentualnie skype nie wchodzi w grę?
2017-09-13 19:59:18
moozgish
Też myślałyśmy o Skype'ie, ale w końcu stanęło na tym, że gadamy przz telefon dzięki Eu-Roamingowi.
2017-09-13 20:57:47

No i lipa. :'(

Tak jest. Lipa do... chwila... lipa do potęgi piątej. Jak Wam pisałam w poprzednim, i nie tylko poprzednim wpisie, miałyśmy sobie pogadać na WhatSappie z Sekai. Moja Mamulka twierdzi, że Sekai się boi, no ale jak ona się boi, to co ja mam powiedzieć :D mi się wydaje, że ktoś nas po prostu nie lubi. Miałam do niej dzwonić od ich piątej PM, czyli od naszej szóstej, ale w poniedziałek nie mogłam, bo byliśmy na Helu i ja już potem nie miałam głowy do gadania po ingliszu, zresztą gadamy i piszemy na WhatsAppie z Mamuli telefonu i ja Mamuli dyktuję fonetycznie, co ma pisać, a Mamula też była już po tym Helu padnięta.
We wtorek dzwoniłam do niej punktualnie o naszej szóstej i nie odebrała, za co potem mnie oczywiście przeprosiła, no OK, się zdarza. W środę dzwoniłam do niej dwa razy, już trochę później, nic... Odpisała mi potem, że skoro tak dziwnie z tym jest, że jej nigdy nie ma przy telefonie, jak ja dzwonię, to żebym zadzwoniła dzisiaj o 08:40-ish PM. 08:40-ish to która? Od 35 do 45? No mi się akurat tak nie udało, bo Mamula akurat zrobiła ciepłą kolację, więc o 08:40-ish ja ją zaczynałam jeść, ale zadzwoniłam do niej o 08:50-ish, no i już nie wypaliło. Jestem ciekawa, czy to rzeczywiście może być tak, jak mówi moja Mamulka, że ona się boi. Nawijać w swoim ojczystym języku? Zresztą pomysł wyszedł od niej z tym WhatsAppem. Może też miała jakiś dziwaczny sen? :D To jest trochę śmieszne, ale w sumie nie bardzo wiem, o co chodzi.
Kurczę, pierwszy wywnętrzający się wpis. :D No dobra, we wpisie o Gwilu jeszcze się trochę wywnętrzałam, ale to był raczej wpis bardzo pozytywny, zreguły takie rzeczy to ja piszę w pamiętniku, a nie po sieci WEB, no ale... tak wyszło jakoś.
2017-08-31 22:42:57
Celtic1002
Współczuję. Ale może kiedyś w końcu się Wam uda. :)
2017-09-01 10:33:44
hazel96
Hmm, nie wydaje mi się, żeby bała się mówić w swoim ojczystym języku - nie widzę żadnych powodów ku temu.
Myślę jednak, że się zgadacie.
2017-09-01 10:52:50
Monia01
Zgadzam się zHazel.
2017-09-01 12:39:51
jamajka
Ona się może bać rozmowy jako takiej, a nie języka, bo niektórzy tak mają z rozmawianiem przez internet.
Może jakiś inny komunikator? Albo po prostu teraz spróbujcie tak, że to ona zadzwoni, zobaczymy, czy
ty odbierzesz.
2017-09-01 13:35:47
hazel96
Oo, Jamajko, dobra myśl.
2017-09-01 13:43:38
moozgish
Fajnie, że w takim euforycznym nastroju jesteś i że miło spędzisz czas. :) A co do tych rzeczy, które sprawiają Ci radość, to myślę, że normalną rzeczą jest, że często ludziom radość sprawiają te same lub podobne rzeczy, więc chyba normalne, że to się powtarza, fajnie, że o tym napisałaś. :)

2017-09-01 13:51:11
moozgish
Yyy sorry, to nie miało być to i nie tu. :D Miałam napisać, że tak, dzisiaj właśnie Sekai będzie dzwoniła do mnie, i że też mi się jakoś nie wydaje, żeby to było możliwe, że ona się boi czegoś, no chyba, że po prostu nawijki. No zobaczymy, jak dzisiaj wyjdzie.
2017-09-01 17:01:40

Rzeczy, z których jestem dumna.

Witajcie!
Wykminiłam w końcu taki jakiś dorzeczny, typowy blog challenge. Typowy, bo 30 day blog challenge. Konkretnie 30 day self care challenge. Nie mam pojęcia, czy ten mój challenge rzeczywiście będzie 30-dniowy, jak znam życie, to może być z tym ciężko, ale mam nadzieję, że chociaż z przerwami uda mi się to pociągnąć do końca, no zależy od różnych rzeczy. Jeśli któś miałby ochotę się też tak pobawić, czy na swoim blogu, czy w komentarzach, to życzę miłej zabawy. :D Chętnie się jej przyjrzę.
A więc w pierwszym dniu należy opisać rzeczy, z których odczuwa się w dniu dzisiejszym dumę. Moich rzeczy wiele nie będzie, bo przez większość dnia miałam migrenę, podczas której ciężko jest osiągać jakieś wielkie milowe kroki. Jak ja mam migrenę, to leżę plackiem, jeżeli tylko mam taką możliwość, nie chcę mi się nawet przewrócić na drugi bok, no i jeżeli tylko mam taką możliwość, to śpię. Na ogół dezaktywuję się na cały dzień, bo tyle mi to najczęściej trwa. Przez to nawet dzisiaj nie byłam na koniach, co mnie strrasznie wkurzyło. Dzisiaj nie było aż tak źle, jak na ogół, bo już jestem w stanie funkcjonować w miarę normalnie, ale jeszcze do tej pory mój mózg się nie do końca uspokoił, także no, nic zjawiskowego to dzisiaj raczej nie nastąpiło.
1. Wypuściłam Mishę o trzeciej rano. Jak Wam zapewne już wiadomo, albo może i nie, Misha śpi ze mną na ogół w nocy, śpi przez większość nocy, ale wstaje bardzo wcześnie, no i, o ile nie chcesz słuchać potępieńczych jęków przez resztę nocy, mieć pachnących niespodzianek koło łóżka albo obdrapanego fotela, należałoby go wtedy wypuścić, co też czynię i do czego się przyzwyczaiłam. Może się wydawać, że to bez sensu spać z Mishą, jak i tak zaraz trzeba go wypuścić, że cała zabawa jest niewarta świeczki, albo że mogłabym zostawić otwarte drzwi, to problem byłby z głowy, ale tak nie jest, ja bym spała z Mishą nawet, gdybym miała go wypuścić po godzinie, jak śpię z otwartymi drzwiami, to mam zaburzone poczucie prywatności, wtedy Misha uciekłby od razu, a poza tym istnieją różne sposoby na opóźnienie jego pobudki lub opóźnienie jego decyzji, że teraz, zaraz, już musi wyjść. Ponieważ jednak od wczorajszego wieczoru mam wyżej już wymienioną migrenę, dzisiaj było to dla mnie duuuże osiągnięcie. :D No ale go wypuściłam.
2. Zwlokłam się z łóżka i dałam radę coś zjeść. Woow. :D Nie no, poważnie mówię. Jak mam migrenę, to ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę, jest jedzenie. Czegokolwiek. Jednakże podobno leki na migrenę wchłaniają się szybciej, jak coś zjesz. Szkoda tylko, że Ty się poświęcasz, a one i tak nie działają, musi przejść sama, ale dobra. W każdym razie udało mi się zjeść pół bułki i wypić kefir. Aam a hero! :D
3. Udało mi się zwlec po raz kolejny, żeby otworzyć Tatulowi drzwi, jak przyjechał z pracy. Akurat byłam sama w domu.
4. No i rzecz, która nie do końca jest moją zasługą, ale bardzo się z niej cieszę, migrena przeszła mi do tego stopnia, że po piętnastominutowych dywagacjach czy na pewno warto i czy nie zrobi się z tym gorzej, zdecydowałam się wreszcie aktywować, bo mimo wszystko człowiek może się z taką migreną porządnie wynudzić, mimo, że jednocześnie w sumie nie bardzo chce się cokolwiek wielce angażujacego w takim stanie robić, bo po prostu się nie ma siły.
5. Pomogłam koleżance, która miała dzisiaj jakiegoś ciężkiego doła, w ogóle strasznie to wyglądało, ale chyba udało się mi i innym trochę ją ogarnąć i przynajmniej wygląda na to, że jest trochę lepiej.
6. Uczyłam się walijskiego. Szkoda tylko, że bez Gwila, Gwil ma teraz mnóstwo pracy, ale ja się lubię uczyć walijskiego niezależnie od tego, czy z Gwilem, czy bez, po prostu z Gwilem jest ciekawiej, no i wszystko mi od razu wchodzi do mózgu, wiadomo, faza. Ale nie uczyłam się zbyt długo, bo ciężko dzisiaj z moim mózgiem nawiązać jakąś dłuższą, owocną współpracę.
No i to byłoby chyba tyle niestety na dziś. Mam jednak nadzieję, że wieczorem będę mogła być dumna jeszcze z przynajmniej jednej rzeczy. Jakiś czas temu pisałam Wam, że miałam rozmawiać na WhatsAppie z moją koleżanką z Anglii, Sekai. Niestety po raz trzeci, a potem czwarty z rzędu nie wypaliło, moja Mamula się z nas już śmieje. Mamy jednak nadzieję, że dzisiaj wypali, a jest to dla mnie ogromnie ważne, ponieważ pierwszy raz będę nawijać w czasie rzeczywistym z jakimś anglijskim nativespeakerem i jestem ogromnie ciekawa, co z tego wyjdzie. Dzisiaj mi się śniło, że w ogóle się nie mogłyśmy dogadać. Ona miała jakiś taki akcencik, który po przeanalizowaniu na jawie przypomina mi birminghamski, który ja normalnie raczej rozumiem, ale miała taki słowotok, że mózg mi się zacinał, chociaż wiem, że ona serio takiego mieć nie może, bo nie jest z Birmingham, ja miałam jakiś taki wybitnie Polish English i ona mnie nie rozumiała, chociaż serio takiego nie mam, w każdym razie na pewno nie aż takiego :D no i się nie mogłyśmy dogadać za Chiny. Myślę jednak, że w realu taka sytuacja jest wysoce nieprawdopodobna, nawet, gdyby mówiła z akcentem birminghamskim, ja się dość dużo osłuchuję z tymi wszystkimi brytyjskimi. Myślę, że mój akcencik też jest do przeżycia, chociaż w tym roku jeden gościu, z którym miałam próbną lekcję wyraził odmienną opinię, twierdząc, że mam, cytuję: jakieś brytyjskie naleciałości, koniec cytatu. :D
OK, zdecydowanie czas już kończyć tego wpisa, jeszcze raz życzę miłej zabawy, jeśli któś chce się przyłączyć. ;)
2017-08-31 18:46:22
Celtic1002
Hej hej. Ja się chętnie przyłączę, ale to chyba w lepszym czasie, jak przyjdzie mi wena na pisanie. :)
Ale powiem Ci, że zjedzenie czegoś, podczas gdy męczy Cię ogromna migrena, jest naprawdę sukcesem, wiem
sama po sobie i narawdę Ci współczuję. Ja tak na początku, jak tylko były podejrzenia, że to migrena,
a jeszcze nie było to stwierdzone neurologicznie, ptrafiłam się wyłączć na dwa dni i wtedy narawdę lepiej
było dla wszystkich, jeżeli byłam pozostawiona sama sobie, w jakimś miejscu względnie cichym, najlepiej
w ogóle cichym i żeby nikt wtedy nic do mnie nie mówił. No, a jak przechodziło, to wiadomo, wracałam
do życia. Ale zgadzam się, że to nie jest przyjemne uczucie.
2017-08-31 19:26:21
moozgish
Taak, ja też nie cierpię, jak któś coś do mnie gada, jak mam migrenę, no chyba, że naprawdę musi, inaczej to mnie cóś trafia. Mi to raczej dłużej jak dzień nie trwa, ale istotnie skutecznie wyłącza z aktywności wszelkiej. Nic przyjemnego.
2017-08-31 19:32:40
Celtic1002
O, tak, nie dość, że wyłcza, to jeszcze wszystko z zewnątrz Cię drażni. Za głośno źle, za cicho jak jest
też niedobrze, bo ta cisza wtedy taka wręcz namacalna jest, prawie słyszalna powiedziałabym.
2017-08-31 19:40:29
moozgish
No dokładnie, po prostu źle się żyje.
2017-08-31 19:44:04
hazel96
Brytyjskie naleciałości? O nie, ja bym już zaczęła ostrą dyskusję z cyklu: a co w tym złego? :D
Mnie migrena dopadła wczoraj, tyle że pod wieczór, ale myślałam, że umrę po prostu. Mózg nie chciał ze
mną współpracować, żeby wypowiedzieć logiczne zdanie, musiałam czasem myśleć dobre pół minuty, ale na
szczęście mi przeszło.
2017-09-01 10:58:51
moozgish
On raczej nie miał na myśli tego, że to jest coś złego, w ogóle chyba to miał być swego rodzaju komplement, no ale... jak któś się uczy piętnaście lat inglisza, i tyle się w związku z tym narobi, bawi się akcentami i nagle słyszy, że ma brytyjskie naleciałości... no ja to odebrałam trochę tak, jakbym po latach wyrabiania sobie akcentu miała ciągle taki bardzo polski z jakimiś właśnie tylko naleciałościami. Gdyby rzekł, że mam polskie naleciałości, to OK, bo wiadomo, że ciężko się do końca pozbyć akcentu polskiego w ingliszu mieszkając w Polsce, ale te brytyjskie naleciałości mnie powaliły. Na szczęście chyba racji nie miał, bo tylko on tak twierdzi. :D A co do mózgu, mi też działa z opóźnieniem, jak jest migrena.
2017-09-01 12:04:37
hazel96
To spytaj Gwilla o ten brytyjski, żeby Ci szczerze powiedział. :d
2017-09-01 13:43:02
moozgish
Haha no Gwila już się kiedyś pytałam i stwierdził, że owszem, polski trochę słychać, co mnie nie zdziwiło, ale brytyjski także i że jak pierwszy raz mnie usłyszał to się porządnie zdziwił. :D
2017-09-01 13:52:54

Rzeczy, ludzie i zjawiska, które sprawiają, że jestem szczęśliwa.

Witajcie!
Taki sobie wymyśliłam randomowy wpisik. Nie wiem, czy będzie to w kolejności od tego, co najbardziej mnie uszczęśliwia, do tego, co mniej, po prostu wrzucę to w takiej kolejności w jakiej mi się przypomni. :D Otóż:
Misha. Misha to jest takie ciekawe zjawisko, które samą swoją obecnością rozładowuje wszelkie międzyludzkie napięcia przynajmniej w jakimś stopniu. Misha jest piękny, a powszechnie wiadomo, że piękno ma ogromny wpływ na człowieka i jego poczucie szczęścia. Misha jest też dobry, taka jest już jego natura. To bardzo wrażliwe, miłe stworzonko, które najwyraźniej bardzo lubi spędzać ze mną dużo czasu, nawet teraz śpi obok mnie i jak znam życie taka sytuacja utrzymać się może do wieczora. Trudno nie czuć się szczęśliwym, nawet jeśli ogólnie człowiek twierdziłby, że nie jest, gdy Misha jest w pobliżu. Zofijka twierdzi, że Misha ma w środku jakiś mus, który sprawia, że ludzie zawsze się śmieją w jego obecności i że właśnie niby ten mus sprawia, że Mishę tak łatwo jest kochać i lubić. Nie wiem, skąd ona wytrzasnęła ten mus, dlaczego akurat mus, a nie cokolwiek innego, nie udało mi się tego dowiedzieć, jednak coś ten Misha musi mieć.
Zofijka. Zofijka jest zjawiskiem, które wywiera ogromny wpływ na swoje otoczenie, raczej nie jest osobą, którą można tak sobie lubić, albo się ją bardzo lubi, albo nie cierpi. Ja w sumie nie wiem, jak jest w moim przypadku, bo nie ma dnia, żeby mnie nie wkurzała, ale jest też bardzo śmieszna i z nikim się chyba tyle wspólnie nie śmiałam co z Zofijką. Poza tym Zofijka też jest piękna, zwłaszcza, jak śpi. Problem z Zofijką polega na tym, że trzeba ją rozsądnie dawkować, ponieważ w przeciwnym razie może się człowiekowi wszystkiego odechcieć. Ja teraz właśnie mam przerwę od ZOfijki, bo od soboty jest u nas nasza kuzynka i bawi się z Zofijką, w związku z czym ja się teraz nie muszę z nią bawić, przychodzić do niej wieczorem i, jak to określa Tatul ją "usypiać" itd. Czasami przerwa od Zofijki jest serio potrzebna.
3. Czytanie książek i wypisywanie się. Czytać książki uwielbia wielu ludzi i nic w tym dziwnego. Fajnie jest móc sobie żyć innym, książkowym życiem, po to, żeby było ciekawiej i różnorodniej, żeby poznać życie z czyjejś innej perspektywy, żeby się nie nudzić, żeby się oderwać od własnego życia, żeby miło spędzić czas, żeby się czegoś dowiedzieć... Powodów może być wiele. Ja uwielbiam czytać książki Małgorzaty Musierowicz, czytałam je wielokrotnie, mam na myśli te z cyklu "Jeżycjada", zawsze sprawia mi to tyle samo przyjemności, czuję się wśród ich bohaterów jak wśród rodziny, zawsze się z nich śmieję i zawsze chce mi się przy nich jeść. Uwielbiam książki Lucy Maud Montgomery, bo mam z Maud wiele wspólnego, tak jak i z jej bohaterkami, właszcza z Emilką Starr i z Valancy Stirling. Najmniej mnie chyba łączy z Anią Shirley, ale też lubię ją czytać, choć pierwsza część jest straszliwie cukierkowa. Wszystkie bohaterki Lucy lubię, nawet z jej opowiadań. Uwielbiam też literaturę angielską typu Jane Austin, Charlotte, Emily i ANne Bronte, Elizabeth Gaskell, Frances Hodgson Burnett, Victoria Holt. Czasami lubię sobie poczytać jakieś biografie czy obyczajowe powieści historyczne. Lubię Astrid Lindgren, tak jak Zofijka, często jej czytam książki Lindgren. Ogólnie lubię książki obyczajowe z dobrze zarysowanymi portretami psychologicznymi postaci. I lubię wszelkiego rodzaju baśnie i mity, najbardziej z północnej i zachodniej Europy, ale nie tylko. I zdarza mi się czytać książki medyczne. Mój dziadek, który jest swego rodzaju znachorem, ma takowych sporą ilość, jak mieszkaliśmy w naszym poprzednim domu, to ja je pożyczałam i skanowałam. Lubię też wypisywać się w moim pamiętniku, pisać opowiadania i różne inne rzeczy, pisać na blogu, wypisywać się z emocji generalnie. Zdecydowanie wolę pisać, niż nawijać, zwłaszcza o rzeczach dla mnie istotnych, a jeśli chodzi o ogarnianie emocji, to tylko i wyłącznie na piśmie.
Dobre żarcie i picie. To chyba oczywiste. Dzisiaj na przykład jadłyśmy z Zofijką lody miętowoczekoladowe, a Mamulka zrobiła na obiad kurczaka w sosie chilli z makaronem. Mniammm.
Jazda konna i przebywanie z moim koniem. Pobyt w stadninie zawsze sprawia mi wiele przyjemności, nawet jeśli przy okazji spadnie mi się z konia jak to miało miejsce po raz pierwszy trzy tygodnie temu. Lubię też dyskutować z moją instruktorką i hipoterapeutką, która jest jednocześnie lekarzem, konkretnie neurologiem i anestezjologiem, wie bardzo dużo o mózgach ludzkich i o koniach, jest dla mnie jedną z tych ludzi, których najlepiej jest słuchać. Uwielbiam to uczucie, że gadam z kimś, kto się zna na tym, co mnie interesuje, a ja jestem kompletnie zielona. Można się tyle ciekawych rzeczy wtedy dowiedzieć. Jeśli jednak chodzi o jazdę konną, jest to jedyna sytuacja, kiedy jestem się w stanie skupić wyłącznie na tym, co jest tu i teraz i nie myślę o niczym innym oprócz mojego kunia, tego, co mam z nim robić i że jest gites, no i oprócz naszych mózgowokońskich nawijek, które mnie ogromnie pochłaniają. BO jak Wam ostatnio pisałam, skupienie się wylłącznie na jednej rzeczy to jest dla mnie trochę challenge, zawsze myślę o stu rzeczach naraz, co jest fajne i się przydaje, ale czasami warto sobie mózg trochę przeczyścić i pewne obszary zdezaktywować. :D
Długie maile od ludzi, z którymi piszę. To jest według mnie zawsze miłe, jak się pisze z kimś, kogo się lubi. Lubię pisać z ludźmi z naszego niewidomego środowiska, a jakiś czas temu wpadłam też na świetny pomysł, że jak chcę sobie jeszcze bardziej rozwinąć mojego inglisza, to powinnam sobie znaleźć jakichś przyjaciół korespondencyjnych, czy jak to się określa po ingliszu, penfriendów czy penpali. No i mi się udało. Nie dość, że mój inglisz dynamicznie się rozwija, to jeszcze znalazłam w sieci wielu ciekawych ludzi, nie tylko anglijskojęzycznych. Mam też bardzo fajnego kolegę z Polski, który udziela mi wielu rozsądnych rad i nigdy się nie dziwi moim rozkminom, w ogóle często mamy różne długie rozkminy. Poznałam też dziewczynę z Anglii, która z moich angielskich penpali najbardziej mi pomaga z językiem, w dodatku mamy wiele wspólnego. Ostatnio bardzo mnie uszczęśliwiła, choć przede wszystkim ogromnie zaskoczyła tym, że jak była jakiś czas temu na wakacjach w Walii, to znalazła jakieś ulotki dotyczące nauki walijskiego, czyli co na przykład możesz zrobić, jak chcesz mieć jakieś materiały do nauki walijskiego, pomyślała o mnie i wzięła je do domu i mi napisała, ż może się z nimi skontaktować i mi to potem poprzesyłać. Normalnie mnie to rozwaliło. No i dzisiaj będziemy sobie po raz pierwszy nawijać na WhatsAppie, już wczoraj w sumie miałyśmy, ale nie wypaliło. Ciekawa jestem, co z tego wyjdzie. No a potem miałam jeszcze lepszy pomysł, to znaczy on nie był właściwie mój, ale dobra, w każdym razie napisałam do Gwila i bardzo się cieszę, że to uczyniłam. Korespondencja z Gwilem uszczęśliwia mnie przeogromnie, jako że Gwil jest obiektem mojej wielkiej fazy. Lubię też pisać z ludźmi z blogów, które śledzę. Najbardziej lubię dostawać od ludzi długie i ciekawe maile i potem na nie odpisywać. Z reguły zajmuje to trochę czasu, czasem się przeciąga i tworzy się tego maila kilka dni, ale uważam, że warto.
Czytanie blogów. Bardzo lubię zabijać sobie czas czytając interesujące mnie blogi, których jest naprawdę wiele i po polsku i po ingliszu i po szwedzku, czasami potrafi to być ogromnie inspirujące.
Moja Mamulka. Z moją Mamulką mam relację bardzo dobrą, choć też mocno skomplikowaną, jakby jednak nie było, lubię spędzać z nią czas. Lubię, jak mi czyta książki, albo ja jej, lubię oglądać z Mamulą filmy, siedzieć z nią w piwnicy, jak na przykład coś prasuje, dyskutować o polityce, religii, ludzkich zachowaniach, o Mamuli pasji, jaką są lifestyle. :D Dlatego są lifestyle, bo moja Mamulka kiedyś myślała, że tak się mówi, normalnie po polsku lifestyle, w związku z czym ja tak tę Mamuli pasję zawsze określam. Lubię gdzieś jeździć sama z Mamulą, to znaczy w jakieś miłe miejsca, pić drinki, chociaż teraz Mamula już nie może, bo jej to bardzo szkodzi, no ale ja mogę, a Mamulka sobie pije na przykład sok grejpfrutowy. Mamulka, podobnie jak ten mój kolega z Polski, z którym piszemy długie maile, również udziela mi wielu rad, jak to na ogół mamulki czynić mają w zwyczaju.
Muzyka. Muzyka jest tym, co według mnie potrafi świetnie rozładowywać emocje, albo tworzyć nastrój. Wielu ludzi muzyka uszczęśliwia i mnie również. Po pierwsze dlatego, że takie już ma często właściwości, a po drugie dlatego, że na ogół jak ja słucham muzyki, to jest ona w którymś z moich ulubionych języków. Lubię słuchać muzyki i wtedy, kiedy jestem szczęśliwa i wtedy, kiedy nieszczególnie, wtedy, kiedy nieszczególnie, najpierw słucham czegoś strasznie smutnego, wręcz dołującego, a potem, jak mi już trochę przejdzie, czegoś, co mi może poprawić nastrój. Ogromnie mnie oczywiście uszczęśliwia słuchanie muzyki obiektów moich fazulek, zwłaszcza wielkich. A ostatnio jak już pisałam słucham wiele muzyki walijskiej, i walijsko- i angielskojęzycznej, którą mój mózg chyba bardzo lubi, bo chyba się już od niej trochę uzależniłam. Nawet teraz leci u mnie muzyka walijskiego projektu Bendith.
Robienie czegokolwiek z moimi ulubionymi językami. Jest w nich coś takiego, że jak je słyszę, mózg mi się zalewa endorfinami. Do wyjątków należy polski, który słyszę niemal non stop, więc mój mózg chyba się przyzwyczaił. Pośród tych moich ulubionych języków nie ma takich, które lubię bardziej, albo mniej, nie potrafię tego w ten sposób określić. Należą do nich: polski, angielski, szwedzki, walijski, fiński, saami, farerski, holenderski, fryzyjski, irlandzki, szkocki gaelicki, Scots, Manx i kornijski. Uwielbiam ich słuchać, uczyć się ich, tych, których jeszcze prawie nie znam na razie w stopniu bardzo podstawowym, w tych, których potrafię się już komunikować uwielbiam to robić, jeśli umiem w nich myśleć to również to uwielbiam, zauważyłam, że w każdym myśli mi się w trochę inny sposób, no ale jest taka teoria, że ludzie mają trochę inne osobowości, gdy posługują się różnymi językami, lubię w nich czytać, bo potrafię czytać w większości z nich, jako, że znam ich strukturę fonetyczną, tylko po prostu w tych, których się jeszcze na poważnie nie uczyłam niewiele rozumiem, jeśli w ogóle cokolwiek, no ale i tak lubię w nich czytać.
OK, ode mnie to tyle.
A jakie są rzeczy, które Was uszczęśliwiają? Bardzo chętnie o nich poczytam. :)

2017-08-29 17:34:44
hazel96
Hmm, nie słyszałam o tym, że ludzie mają trochę inną osobowość, kiedy posługują się innymi językami, ale
jest ona naprawdę zastanawiająca tudzież intrygująca.
Co do mnie, to muzyka zdecydowanie tak, zwłaszcza instrumentalna, choć nie tylko. :D :D Poza tym rozmowy
z przyjaciółmi, rozkminy życiowe maści wszelkiej - te poważne i te bardziej błahe, czytanie i pisanie
również - to pierwsze dlatego, że czuję, że w jakiś sposób mnie wzbogaca, a to drugie dlatego, że jest
świetną terapią, chociaż oczywiście nie wszystkie moje historie są dołujące. Btw, cierpię ostatnio na
totalny brak weny i jestem tym dość zrozpaczona.
2017-08-29 17:59:47
moozgish
To może nie jest tak z tymi językami, że ludzie są kompletnie różni, nawijając po innemu, ale ponieważ języki różnią się od siebie, w każdym inaczej wyraża się myśli, każdy brzmi inaczej itd. itd. sposób myślenia człowieka jest troszkę inny, jeśli gada i w tym samym czasie myśli po innemu. Choć nie mam pojęcia, czy jest to reguła. Ja na ten temat rozmawiałam z moimi nauczycielami od języków i niektórymi znajomymi, w sieci trochę na ten temat czytałam i fakt, jest to intrygujące i coś w tym musi być.
Jeśli chodzi o pisanie, to zdecydowanie, jeśli ktoś używa go do celów takich trochę autoterapeutycznych, nie powinno być dołujące. Najlepiej wręcz napisać coś śmiesznego. No chyba, że sama się akurat w danej chwili dołujesz i chcesz napisać konkretnie o tym, co czujesz, to OK.
A brak weny potrafi być czasem rzeczywiście frustrujący, choć ja na ogół po prostu jeśli nie mam weny, to ni c nie piszę, poza ewentualnie moimi jakimiś codziennymi zapiskami i jak jej nie wołam, to sama sobie zawsze kiedyś tam wróci.

2017-08-29 19:23:01
Celtic1002
Co do tego, co mnie uszczęśliwia, musiałabym napisać długi referat i myślę, że zrobię to, ale u siebie
na blogu, jeśli pozwolisz, bo muszę ten temat dobrze przemyśleć, żeby nie palnąć czegoś głupiego. :D
2017-08-29 19:37:58
pajper
To z tymi językami to do prawdy ciekawostka. :)
Gdzieś o tym słyszałem i w sumie ma to sens.

2017-08-29 20:17:02
jamajka
To ja zacznę od pierwszej rzeczy, fajne wyzwanie! Podejmę, choć trudne jest ono dla mnie, bo, jak może
zdajesz sobie sprawę, ja żadko jestem bardzo szczęśliw ostatnio. Mogę być rozbawiona, to tak. Ale do
szczęścia często idę długo. Pomagasz mi tym wyzwaniem wybitnie i to nie jest ironia tym razem.
Po 2. Ja cię doskonale rozumiem! Ja znam takich ludzi, których się albo uwielbia, albo niecierpi. I oczywiście
zna mteż takich, których trzeba sobie rozsądnie dawkować. Jeśli to są ci sami, to jeszcze dochodzi złożony
problem, no bo jak aktualnie uwielbiamy, to nie można przedawkować narkotyku, bo się traci na mózgu,
a jak akurat niecierpimy, no to się można załamać ogólnie.
Co do muzyki, to, i czekaj, tu musiałam wrócić do wpisu, bo cierpię na problemy z koncentracją... a!
Już pamiętam. Pani Monika CHmielewska by cię bardzo pochwaliła. To jest spostrzeżenie bardzo muzykoterapeutyczne,
że najpierw ten sam nastrój, a potem dopiero lepszy. Mądra jesteś niesłychanie, powtórzę to jeszcze raz.
OK, to ja się zaczynam zastanawiać nad wyzwaniem.
2017-08-30 12:48:15
moozgish
O tak, tak to właśnie jest z tego typu ludźmi. :D
A co do muzyki, według mnie to jest właściwie trochę logiczne. Mi się, szczerze mówiąc, średnio chce słuchać czegokolwiek jakiegoś bardzo wesołego, jeżeli jestem w jakimś totalnym, mulistym dole, choćbym nie wiem jak bardzo to coś wesołego lubiła w normalnej sytuacji. Najpierw trzeba dobić się jakąś zamulastą, depresyjną nutką już do końca, zlecieć na samo dno tego mulistego dołu, a dopiero potem się podnieść, inaczej się po prostu może nie udać, można stracić równowagę i znowu spaść, połamać się albo choroba wie, co jeszcze. :)

2017-08-30 20:17:57
Monia01
Z tymi językami to słyszałam, w sensie że osobowość się zmienia, ale nie zgłębiałam tematu. Bardzo lubię Twoje wpisy. :) I wyzwanie też podejmę.
2017-09-01 12:38:15
moozgish
Dzięki, bardzo mnie cieszy, że lubisz moje wpisy. :) A Twój wpis dotyczący wyzwania na pewno przeczytam. :)
2017-09-01 13:59:43
pajper
No i zobacz, Małgosiu, co zrobiłaś.
Chyba połowa naszej blogowej społeczności wyzwanie podjęła. :)
No ale cóż, fajne było. :)
2017-09-01 15:45:37
moozgish
Świetnie, że tak wyszło. Cieszę się, że było fajne, choć to nie ja je wymyśliłam, a jedna z moich znajomych, której bloga obserwuję.
2017-09-01 16:15:02

Y Bandana - Siwgwr Candi M?l

No nareszcie!
Witajcie!
Jestem miszcz, wreszcie mi się udało wrzucić tego awatara. Wszelkie siły ziemskie, a niewykluczone, że też jakieś pozaziemskie, sprzysięgły się przeciwko mnie, Goldwave mnie nie lubi, Elten chyba też nie, a w każdym razie się wyzłośliwia...
Chciałam na szybko rzucić tę piosenkę jako awatar na najbliższy czas i zrobić parę innych rzeczy, na szybko, bo mój Tatul mnie zawiadomił, że właśnie się dowiedział, że jedzie niedługo do Ustki i tylko do Ustki i czy ja chcę z nim. Chciałam, a wnioskując z tego, że Tatul sobie radośnie rozmawia ze swoim kolegą stwierdziłam, że jeszcze jest czas i na pewno zdążę. Wersja, którą chciałam Wam wrzucić, jest koncertowa, chciałam więc powycinać ich nawijki, przynajmniej te z tyłu, ale Goldwave stwierdził, że nie będzie ze mną współpracował, przynajmniej nie przy przewijaniu i zaznaczaniu części dźwięku, więc się poddałam, a potem zaczął się rzucać Elten, najpierw chyba dlatego, bo tam są diakrytyki, a potem to już doprawdy nie mam pojęcia, dlaczego. Na szczęście do cierpliwych świat należy i po jakimś czasie z Eltenem udało mi się dogadać, ale Goldwave'a to będę musiała przeinstalować. Potem się i tak okazało, że do żadnej Ustki dziś nie pojedziemy, to znaczy ja nie pojadę, bo jedzie też Tatula zmiennik i będą też jechać jeszcze gdzieś.
Utwór, który jest więc na chwilę obecną moim awatarem, to "Siwgwr Candi M?l zespołu Y Bandana, jednego z zespołów, którego częścią był Gwilym Bowen Rhys- obiekt mojej obecnej, czwartej już, wielkiej fazy. Zespół obecnie nie istnieje. Był to zespół walijski i walijskojęzyczny, tworzący rocka, czy może poprocka, charakteryzujący się dość chwytliwymi melodiami i śmisznymi textami. W porównaniu z resztą twórczości Gwila nic szczególnie ambitnego, ale nie wszystko musi być ambitne, ja ich i tak lubię.
W skład zespołu wchodzili: Tomos Owens - założyciel zespołu, któś od klawiszy i większości textów, jego brat Siôn - któś od basu, ich kuzyn Gwilym Bowen Rhys - któś od wokalu, gitary, liderowania i większości muzyki, oraz jego przyjaciel Robin Llwyd Jones - któś od perkusji, w ogóle od dźwięku i trochę od produkcji, ja po Gwilu najbardziej lubię Robina, dużo się dobrego na jego temat nasłuchałam, wydaje się całkiem spoko, no ale w końcu przyjaciel Gwila. Jednak wszyscy piszą muzykę i texty, tylko jedni częściej, drudzy rzadziej. Ja bardziej szczegółowe informacje dotyczące autorstwa poszczególnych textów czy melodii posiadam od Gwila, przynajmniej tych niektórych, bo nie o wszystkie go wypytywałam, bo normalnie zawsze ludzie piszą, że oni wszyscy razem piszą całą muzykę i wszystkie texty, co byłoby trochę śmieszne.
Tytuł piosenki, którą chcę Wam pokazać to jak już pisałam "Siwgwr Candi M?l. Siwgwr - wiadomo - sugar, candi - jak candy - a m?l jak mel po łacinie, czyli miód. Ogromnie mdląca mieszanka, czyż nie? W śpiączkę cukrzycową wpaść można. Text tej piosenki jest autorstwa Robina i Gwila, muzykę napisał Siôn, dotyczy ona takiej dziewczyny, która w pewnym stopniu kojarzy mi się z Zofijką. Wszyscy ją lubią, wszystkim się podoba, ale jest okropna, bardzo zła i w ogóle nic sobie z ludzi i ich uczuć nie robi, a jej przyjaciółmi są tylko jej telefon, lustro i makijaż. Zofijka nie jest aż taka straszna i aż taka pusta, ale też często tak jest, że ludzie ją lubią, przychodzą do niej, chcą coś z nią robić, ciągle tylko Zofijka, Zofijka, a Zofijka po jakimś czasie się odwraca tyłkiem, bo idzie sobie szukać innych ludzi, z którymi będzie spędzać czas. Bardzo szybko się nudzi i jest humorzasta. Jest też bardzo ładna i ma ogromnie absorbującą osobowość, czym także zwraca uwagę otoczenia. Na szczęście makijażami się jeszcze nie interesuje, ale telefonami owszem, bardzo namiętnie. Zofijka lubi tę piosenkę, w ogóle lubi Y Bandana, w przeciwieństwie do innej twórczości Gwila.
Mało ambitny text, czyż nie? Jak ja go przeczytałam po ingliszu, to się zaczęłam śmiać. Nie, żeby mnie tak bardzo rozśmieszył, chociaż w jakimś stopniu jest śmieszny, ale dlatego, że wcześniej widziałam te wyrafinowane, folklorystyczne texty Gwila, takie wręcz trochę archaiczne, gadałam z nim niejednokrotnie o ogromnie poważnych rzeczach, na przykład dotyczących archeologii, a tu cóś takie. :D Szok przeżyłam. No ale wszechstronność dobra rzecz. :D I w ogóle pewnie gdyby nie fakt, że wiem, że wszyscy oni mają dobrze w głowach i że do niemal wszystkich ich textów należy podchodzić z dużym dystansem, jak na przykład do ich piosenki dotyczącej z przeproszeniem pierdzących krów, mogłabym zwątpić. :D
Ciekawa jestem Waszych opinii jak zawsze.




2017-08-28 17:37:24
2017-08-31 18:46:51

Książkowe inspiracje.

Właśnie czytam jakże słynną książkę Margaret Mitchell "Przeminęło Z Wiatrem" i mówię serio, że czytam ją po raz pierwszy. Moja Mamulka już dawno mi mówiła, że jak lubię Austen, siostry Bronte czy Elizabeth Gaskell to na pewno będę lubić "Przeminęło Z Wiatrem", ale... no, jakoś nie wyszło wcześniej. Książka jest, owszem, bardzo ciekawa, zdecydowanie zasługuje na to, żeby być bestsellerem wszechczasów, jednakże nie wiem, co przypomina w niej Mamuli o Austen czy Gaskell, poza tym, że jest to tak zwana literatura kobieca, "Przeminęło Z Wiatrem" ma przecież zupełnie inny klimat. Lubię tę książkę, ale nie sądzę, żeby udało mi się ją polubić tak, jak książki pani Gaskell na przykład. Na pewno będzie mi zawsze przypominać moją Mamulkę, która ją lubi i to, że zawsze zamiast "Przeminęło Z Wiatrem" mówi "Przeminęło Z Wiadrem". W każdym razie zdecydowałam się podzielić z Wami jakimiś myślami z tej książki:
"Nie chcę o tym teraz myśleć - postanowiła. - Jeżeli zacznę o tym myśleć teraz, będę się musiała martwić. Nie ma powodu, aby sprawy nie miały się ułożyć tak, jak tego chcę. (...)"
"Podsłuchiwanie bywa czasem wysoce zajmującym i kształcącym zajęciem."
"(...) Pragnienie i osiągnięcie celu to dwie odmienne sprawy, życie nie nauczyło jej jeszcze, że nie zawsze ten wygrywa wyścig, kto biegnie najprędzej."
"Niepowodzenia tworzą ludzi, albo ich łamią."
"Życie nie jest obowiązane dawać nam to, czego oczekujemy. Bierzemy to, co nam daje, i jesteśmy wdzięczni, że nie jest jeszcze gorzej."
2017-08-25 12:03:32
Celtic1002
Książki nie czytałam, ale Twoje książkowe inspiracje, mi się bardzo, bardzo podobają.
2017-08-25 12:45:35
hazel96
Kiedys miałam czytać Austen, ale jakoś na zamiarach się skończyło.
2017-08-25 19:39:01

-Cathy Jordan - In Curraghroe.

Witajcie!
Chciałabym podzielić się z Wami piosenką, którą odkryłam dzisiaj, a która bardzo mi się spodobała i jest ona na chwilę obecną moim awatarem. Ja i Zofijka jesteśmy ludźmi, którzy lubią się otaczać dźwiękami, dlatego u nas obu na ogół zawsze w dzień i w nocy leci jakaś muza, czemu ludzie się czasem dziwią, choć co prawda Zofijce ja też się trochę dziwię, bo nie mam pojęcia, jak Zofija zasypia, jak to jest u niej tak głośno rozkręcone, jakby się szykowała do imprezy, ale OK, jak lubi, to fajnie, u mnie też zawsze cóś leci, choć w nocy znacznie ciszej niż u niej. No więc w związku z tym także i nocą, jak się człowiek juzż obudzi i musi na przykład wypuścić Mishę, któremu o wpół do czwartej chce się jeść, można poczynić ciekawe odkrycia muzyczne. Tak właśnie było ze mną dziś.
Cathy Jordan znałam, bo jest wokalistką irlandzkiego zespołu Dervish, ale więcej słyszałam o niej, niż jej muzyki, dlatego też nie miałam pojęcia, że robi coś solo. Utwór pod tytułem "In Curraghroe" znajduje się właśnie na jednym z jej solowych albumów i był to utwór, który właśnie u mnie leciał, jak wypuszczałam Mishę, no i nie mogłam nie zwrócić na niego uwagi. Ogromnie mi się spodobał, w ogóle przejrzałam sobie tą solową twórczość Cathy i ją lubię, nawet bardziej niż Dervisha chyba.
Z jakieś pół godzinki temu pozwoliłam sobie podzielić się mailowo moim wielkim odkryciem z Gwilem, który ku mojemu zdziwieniu strasznie szybko mi odpisał, ale niestety nie udało mi się go zaskoczyć, ponieważ zna Cathy i ten utwór również i go lubi. Ale ja się jeszcze postaram, żeby się czymś zdziwił, tak jak jakiś czas temu lapońską muzyką, którą mu pokazywałam. :D
Ciekawa jestem, czy komuś z Was również się spodoba. :)

2017-08-25 11:40:19

Kontynuacja wpisu O ASMR.

OK, to przechodzimy do części drugiej wpisu o ASMR, tak jak pisałam jest to jego kontynuacja, ale o samym ASMR już tu tyle nie ma. Chciałabym Wam po prostu opowiedzieć, o skutkach owego ciekawego zjawiska, jakich wczoraj doświadczyłam. Jeśli ktoś nie czytał wpisu o ASMR, przed przeczytaniem tego wpisu radziłabym przeczytać ów poprzedni.
Więc gdy już w końcu usnęłam, w bardzo, bardzo chillaxowym nastroju, z tinglami i tak dalej, z Mishą, nastąpiła bardzo piękna rzecz, albowiem przyśnił mi się bardzo, bardzo piękny sen.
Najpiękniejsze sny, to są sny fazowe. Można mieć też różne inne, piękne sny, ale sny związane z fazami... cóż, Ci z Was, którzy mają jakieś fazunie, lub też mieli i mieli sny z nimi związane, to wiedzą i tak, o co chodzi, a Ci, którzy nie wiedzą, to nie wiem, czy są w stanie bez osobistego doświadczenia ogarnąć, jakie to jest fajne. :D
Ale nie, nie śnił mi się Gwil. Żeby było śmieszniej, śniła mi się Gwila mama. :D W ogóle Był to trochę smutny, ale i tak fajny sen, wyglądało to tak, jakby różne fragmenty rzeczywistości zupełnie od czapy, pozklejały mi się w jedną całość. Dzień wcześniej bowiem siedziałam z moją Mamulką w kuchni, dyskutowałyśmy na różne poważne tematy, z kolei z Gwilem przez czas jakiś rozmawialiśmy o jego mamie, ja to w ogóle staram się jak najdyplomatyczniej wyciągać od niego jak najwięcej informacji, tak jakoś dużo potem o niej myślałam, no i powstał sen.
Nagle znalazłam się w jakiejś kuchni, chyba mamy Gwila w takim razie, ponieważ znajdowała się tam właśnie mama Gwila - Siân - i robiła jakieś żarcie. Pamiętam, że to się zrobiło tak nagle, ale żadna z nas nie była tym wtedy szczególnie zdziwiona, to wyglądało tak, jakby ona mnie już chwilę znała i ja ją też, bo mówiła na mnie tak jak Gwil i niektórzy inni moi znajomi - Millie, on wie, że ja nie jestem legalnie Emilią i że nie dla wszystkich, ale mówi na mnie Millie, bo twierdzi, że walijskie odpowiedniki Małgorzaty - Marged i Megan - kojarzą mu się za bardzo z jego siostrą Marged, na którą zdrobniale mówią Megan, walijskiej formy od Emilii nie ma, a ja pasuję na Millie. :D Fajne to jest. gadałyśmy po ingliszu, ona miała prawie taki sam akcent, jak Gwil, co jest właściwie dość logiczne, ale w snach niekoniecznie oczywiste.
Mimo, że nie wszystko pamiętam dokładnie w tym śnie, do tej pory rzeczą, którą pamiętam bardzo wyraźnie, było to, że wydawało mi się bardzo silnie, że jest jakaś smutna, no w każdym razie coś mi nie pasowało, może to miało związek z czymś, o czym rozmawiałyśmy, a czego ja nie pamiętam... no nie wiem.
Głównym jednak tematem naszej dyskusji był, jak już powiedziałam Gwil - obiekt mojej czwartej fazuni, bardzo nam się miło rozmawiało, tak mi się wydaje, to była bardzo długa nawijka, a to jedzenie, które ona robiła, było na jakąś familijną uroczystość, większą czy mniejszą. Rozmawiałyśmy o tym, jak Gwil i jego siostry byli jeszcze mali, choć żadnych specjalnych szczegółów nie pamiętam, w ogóle wkurza mnie, że tak mało szczegółów pamiętam z tego snu, mogłoby być śmisznie, jakbym kojarzyła coś więcej. Wiem, że ona była jakoś bardzo zaangażowana emocjonalnie w tą naszą nawijkę.
W tym śnie Siân bardzo lubiła Władcę Pierścieni, pewnie dlatego, że kiedyś się mnie na serio pytała przez Gwila, czy ja się uczę walijskiego jak większość cudzoziemców dlatego, że mam fisia na Tolkiena. Wiem, że Władcę Pierścieni i cóś tam jeszcze Tolkiena czytała, ale czy lubi to nie mam pojęcia.
I chociaż w tym śnie było tak mało szczegółów, co, podkreślmy to jeszcze raz, mnie wkurza bardzo, pamiętam jeszcze jedną rzecz, dotyczącą Gwila, ona powiedziała, że on mnie lubi. :D :D :D Cóóóż. Nie no, myślę, że mnie lubi, ale ciekawie to mój mózg wymyślił. Widać, co mi w podświadomości siedzi. :D
Jeśli ASMR miało coś wspólnego z tym, że przyśnił mi się taki piękny sen, to naprawdę jestem wdzięczna mojemu mózgowi i za posiadanie funkcji ASMR i za wykreowanie mi takiego pięknego snu, szkoda tylko, że Gwila w nim nie było, choć mam wrażenie, że się gdzieś kręcił, tylko akurat nie uczestniczył w naszej dyskusji. No bo mało kto lubi, jak ludzie tak zawzięcie o nim dyskutują.
Gdy obudziłam się z tego pięknego snu, czułam się ogromnie miło, tym bardziej, że zaskoczył mnie fakt, że leżał koło mnie Misha i tak się śmiesznie do mnie tulił. TO jest naprawdę warte odnotowania, bo Misha jednak preferuje spędzać noc w swoim koszu obok mnie, a nie leżeć u mnie na poduszce i się tulić. Tak mnie to zachowanie zdziwiło, że się go zapytałam: "Czy ty jesteś naprawdę Misha?" "hhrrru?" "Ahaaaa, no to wszystko jasne.". :D Takie komunikatywne zwierzątko z niego jest. Niee, tak serio to nie zawsze.
Po tych wszystkich ASMRach i tym moim bardzo miłym śnie, czułam się naprawdę tak, jak w tym czymś, co zacytowałam w poprzednim wpisie. A feeling of happiness and wellbeing po czymś takim są rzeczami oczywistymi i definitywnie lasted for several hours. W ogóle jakąś chichrawkę wczoraj miałyśmy z ZOfijką, także fajnie było.
Jeśli na podstawie tego czegoś mogłabym mówić o działaniu ASMR w ogóle, to myślę, że pewnie jeszcze nieraz będę się tym bawić i jeśli to tak zawsze działa u tych, na których działa, zdecydowanie polecam każdemu. ;)
Ale nie wiem, czy to tylko kwestia ASMR, bo po moich fazowych snach generalnie czuję się bardzo milutko.
Sen z Gwilem miałam jak dotąd tylko jeden, bardzo fajny, bardzo przyjemny i bardzo śmieszny, też z posklejanej rzeczywistości, ze sklejonych trzech ch wydarzeń z jednego dnia konkretnie.
Jakoś świeżo po naszej przeprowadzce do naszego nowego domu siedziałyśmy sobie z Zofijką, rozmawiał yśmy o naszych fazach i Zofijka się mnie pyta, czy bym chciała, żeby Gwil mieszkał gdzieś blisko nas, na przykład na Jodłowej. Ja myślę, myślę... "Eee tam... Nie było by tak zabawnie, a poza tym, kto by mnie uczył walijskiego?" "No ale on by był z Walii i by mówił po walijsku, tylko by się tu przeprowadził." "No, tak to jeszcze może być. Śmisznie by było." I teraz zawsze się z tego śmiejemy, jak jest coś z ulicą Jodłową, albo jak nią razem idziemy. Druga rzecz, która się do tego snu przyczyniła, to było to, że tego samego dnia poszłyśmy z Zofijką do sklepu po Strongi. Taka zwykła rzecz. Trzecią rzeczą było to, że jeszcze potem jakoś wieczorem poszłyśmy z Mamulą i Zofijką na spacer, żeby się porozkoszować nową okolicą, w jakiej przyszło nam mieszkać, zalazłyśmy dość daleko, wracamy, a tu jakiś facet idzie ze śmieciami, w sensie wynosił śmieci, odwrócił się do Mamuli, jakby byli starymi przyjaciółmi sprzed czterdziestu lat i zawołał "Czeeść!". Mamulka taka zdziwiona "No cześć, cześć". Ubaw miałyśmy z Zofijką wielki. Może on tak się wylewnie witał ze wszystkimi, których spotykał na swojej drodze? Miły zwyczaj, to prawda.
A oto jak mój mózg zinterpretował to w nocy. Śniło mi się, że szłyśmy z Zofijką po Strongi i, chociaż wcale tak się do sklepu nie idzie, szłyśmy między innymi tą nieszczęsną ulicą Jodłową. Na tej nieszczęsnej ulicy Jodłowej Zofijka nagle zaczęła do kogoś machać i wołać "Czeeeeeść Gwil!". "Że co? Jaki Gwil?" A Gwil, który akurat się zajmował myciem Mitsubishi, też wrzasnął do Zofiji cześć jakby się dobrze znali, a potem, żebyśmy poczekały, no to poczekałyśmy i chyba w końcu poszłyśmy po te Strongi z Gwilem. Nawijki były polskie. Szkoda tylko, że ten sen był taki krótki, ale był i tak epicko piękny.
OK, to tyle o ASMR, snach, Gwilach i innych nie do końca przez ludzkość poznanych zjawiskach, no serio jestem ciekawa, czy moje wpisy skłonią kogoś do zabawy ASMR, mam nadzieję, że nie przynudziłam zanadto, no bo tematyka jednak specyficzna.


2017-08-24 13:18:04
hazel96
Wpisy masz długie, fakt, ale lubię Twoje rozkminy :D
2017-08-24 13:30:50
moozgish
Cieszy mnie ogromnie, że lubisz moje rozkminy. :) A co do długości wpisów, cóż, myślę, że takie raczej będą, bo w większości wypadków ciężko jest zrobić jakąś w miarę dobrą rozkminkę w krótkim wpisie. Sama zresztą lubię długie wpisy, jeśli są interesujące, więc pewnie dlatego też takie długie wpisy piszę. :D
2017-08-24 14:13:35
jamajka
Przepraszam, czy ja mogę od ciebie dostać taki filmik relaksujący? Bo ty byś chyba utrafiła w moje...
feeling of happiness and wellbeing... No cudne to jest! Przyznaję, mogłam w tych wpisach jakieś szczegóły
przegapić, za co rzepraszam, ale sen fajny i, podkreślę któryś raz, uwielbiam czytać, jak o tym piszesz,
bo mam wrażenie, że czytasz mi w tym mózgu! Czytasz szybko, ze zrozumieniem, a potem dopisujesz dalszą
część.
2017-08-24 22:05:47
moozgish
Haha może kiedyś zrobić mi się uda. A sen był nieziemski naprawdę.
2017-08-24 22:38:52
jamajka
No domyślam się, podczas wyjazdu miałam tutaj jeden taki nieziemsko realistyczny i cudowny sen i wiesz
co? TO było pierwszej nocy! A pierwsze sny na nowym miejscu... Już się doczekać nie mogę! :d
2017-08-24 23:07:20
moozgish
Oooo, ciekawe, kiedy się ziści. :D Chociaż z moich doświadczeń wynika, że jednak te sny na nowym miejscu średnio się sprawdzają, ale może nie jest to regułą.
2017-08-24 23:10:10
jamajka
Jak się ziści, to ja wiem kiedy. Sen nie pozostawiał wielkiego pola manewru. :d
2017-08-24 23:13:12

ASMR. Pomysł na biznes? Na relax na pewno.

Ostrzeżenie: długi wpis. Męczyłam go od wczorajszego wieczoru, mam nadzieję, że dzisiaj już uda mi się wrzucić.
Witajcie!
Wreszcie na tym blogu pojawi się jakaś porządna rozkmina. Nosiłam się z zamiarem stworzenia tego wpisu, a wkażdym razie jakiegokolwiek wpisu dotyczącego jakoś ASMR już od jakiegoś czasu, dlatego też zdecydowałam się przetestować na sobie to zjawisko, żeby dostarczyć Wam jak najbardziej wyczerpujących informacji, chociaż takie najbardziej wyczerpujące to one znowu nie będą, bo zjawisko jest ciężko wytłumaczalne, a poza tym każdy odbiera inaczej. No ale o co w ogóle chodzi?
Mam taką koleżankę w Anglii, która ma świetne pomysły. Pomysły te dotyczą naprawdę różnych rzeczy i różnych dziedzin życia, rozpisywać się tu o nich nie będę, bo i tak nie wiem, czy zdążę skończyć tego wpisa dzisiaj, tak się późno zabrałam, a o tym by można trochę pisać. W każdym razie to, co jest śmiszne, to to, że podrzuciła mi już kilka pomysłów na ewentualny biznes w przyszłości. Pomysłów na biznes ma też mnóstwo moja Mamulka, mogłaby nimi naprawdę wiele bezrobotnych osób uszczęśliwić. Albo w każdym razie ma różne pomysły na zbicie kasy, ale żadnego jeszcze nie zrealizowała. Zawsze się nabijam, że gdyby Mamulka tyle robiła, co myślała, to bylibyśmy już multimiliarderami. :D
Natomiast co do Sekai, uświadomiła mi, że mogę być na przykład baby namerem. Baby namerzy to rzecz coraz bardziej normalna w Ameryce, w Anglii powoli też, w Australii, ale u nas chyba żadnych nie ma. BO i właściwie chyba niewielkie jest, a w każdym razie było, zapotrzebowanie. Baby namer to oczywiście jest taka osoba, która pomaga rodzicom nazwać ich dziecko. Na razie korzystają z tego głównie celebryci, którym się przewraca w głowach i czasami któś musi uświadomić, że jeśli dziecko będzie się nazywało na przykład Petal Blossom Rainbow jak córeczka Jamiego i Jools Oliverów, to raczej łatwego życia mieć nie będzie, no i wypadałoby podsunąć im jakieś alternatywy w ich guście. W Ameryce to może o tyle działać, że tam nie ma żadnych praw, ustaw czy czegokolwiek, co by dotyczyło nadawania imion dzieciom, podobnie w innych krajach anglosaskich. U nas jeszcze kilka lat temu te prawa były dość restrykcyjne i, w mojej opinii, miało to swoje zalety, natomiast teraz jesteśmy w podobnej sytuacji jak oni. Kwestia tylko, czy już jesteśmy gotowi na wprowadzanie na szeroką skalę jakichś nowych imion, bo tak jak sobie patrzę na rankingi, no owszem, są dziwne imiona, ale jednak rodzice pozostają przy tradycji, mają jednak inne problemy, no i może tu jest pole do popisu. W każdym razie Mamulka pomysł Sekai, tej mojej koleżanki popiera i uważa wreęcz, że nikt bardziej ode mnie się do tego nie nadaje. :D
To był pierwszy pomysł Sekai, który ostrożnie, ale poważnie cały czas rozważam, znajdując coraz to nowe argumenty za, także... no kto wie, bo Sekai też mi o tym cały czas nawija.
Drugim było uczenie cudzoziemców polskiego, który to pomysł bardzo mi się spodobał. W ramach wymiany językowej uczyłam już jednego Holendra bardzo podstawowego polskiego, a on mnie bardzo podstawowego holenderskiego, jedną Holenderkę, w zamian za co ona mnie wprowadziła w świat języka fryzyjskiego, no i Sekai, która ma fisia na języki słowiańskie i już się uczy języka rosyjskiego, ona z kolei w zamian doucza mnie w kwestiach brytyjskiej angielszczyzny i poprawia moje mało co prawda chyba znaczące, ale bardzo mnie wkurzające błędy w ingliszu. No i teraz jest jeszcze Gwil, z którym, chociaż piszemy rzadziej niż z Sekai i znam go krócej, jesteśmy już z polskim trochę dalej. Dlatego uznałam na początku, że to musi być fajna zabawa robić to profesjonalnie, jedyne jednak, co mnie bardzo odrzuca, to to, że nie wiem, czy chciałabym tak na co dzień być jakąś nauczycielką, tak cały czas się tym zajmować, uczyłam już moją kuzynkę inglisza i Zofiję też, czasami to myślałam, że mnie szlag trafi, ile można człowiekowi tłumaczyć jedną rzecz? Także nie wiem, czy to by się na dłuższą metę dla mnie sprawdziło, nie sądzę. Teraz to w ogóle wiem, że nigdy nie będzie mi się nikogo tak fajnie uczyło jak Gwila, wtedy bym zawsze to sobie przypominała i... eee tam, no lepsze rzeczy są do robienia w życiu. Ale ludziom w sieci nadal zamierzam z polskim pomagać. A teraz, w zeszłym tygodniu jakoś, napisała mi Sekai o ASMR.
ASMR (Autonomous Sensory Meridian Response), dość nieprzetłumaczalna na nasz ojczysty język nazwa, jest reakcją naszego ciała, czy też raczej mózgu, na pewne dźwięki. Dźwięki wywołujące te reakcje (tak zwane trigger sounds), różnią się w zależności od osoby, a myślę, że też jej upodobań i skojarzeń. Owa reakcja naszego mózgu na usłyszany dźwięk sprawia, że ciało, najczęściej górne partie, głównie głowa, kark, ramiona, plecy, czasami twarz, u niektórych wszystko, zaczyna na nie reagować. Reaguje w ten sposób, że człowiekowi robi się bardzo przyjemnie, ma tak zwane tingles, jakieś takie mrowienia, dreszcze, jak zwał tak zwał, zresztą też od człowieka ta reakcja zależy. Generalnie jest to bardzo przyjemne, relaxujące uczucie, bardzo się przy tym odprężasz, niektórzy twierdzą, że to ma niby być przyszła metoda relaxacji, choć ja do tego akurat podchodzę sceptycznie. ASMR może być pomocne w jakimś wyciszaniu się, odprężaniu, trochę może w poprawie nastroju, niwelowaniu stresu, w zaśnięciu... Te różne dźwięki, o których mówiłam, są naprawdę bardzo różne. Od szeptów, jakiejś cichej nawijki, przez wszelkiego rodzaju szelesty, papieru, liści, jakichś folijek, konkretne słowa, dźwięk żwiru, jedzenie, czy to jako czynność, czy dźwięki różnych produktów i w ogóle rzeczy związanych z kulinariami, jakieś mlaski, zapalanie zapałek, co tylko chcesz, naprawdę triggerów może być mnóstwo, każdy może mieć totalnie inne. Dużym triggerem, czy też dodatkowym czynnikiem, który u wielu osób sprawia, że ASMR jest takie milusie i relaxujące jest połączenie tych dźwięków z skierowaną indywidualnie na tę osobę, która ma doświadczyć ASMr uwagą. Czyli po prostu żeby się czuła doceniona, zauważona, coś w tym stylu. No i najlepiej, jak jest cisza wokół.
Problem z ASMR polega na tym, że szczęśliwców, którzy to w ogóle posiadają jest bardzo mało, widziałam gdzieś, ile procent nawet, ale, że liczby stanowią nieszczególnie ważną część mojego życia, zdążyłam już zapomnieć, w każdym razie na pewno mało, bo bardzo się zdziwiłam.
No OK, ale gdzie konkretnie miałoby tu być miejsce na jakiś biznes?
Od kilku lat na ASMR panuje swego rodzaju moda, na Youtube'ie. Można tam znaleźć miliard kanałów poświęconych ASMR, niektóre są bardzo dobre, niektóre normalne, inne nieszczególnie, większość bardzo amatorska i robiona przez jakieś szepczące dzieci robiące wokół siebie mnóstwo szumu i strasznie, obrzydliwie mlaszczące, albo po prostu marnej jakości. Ośmielam się stwierdzić, że tych ludzi jest tam tak dużo, że nie mogą wszyscy mieć ASMR, skoro niby tych, co mają ASMR jest tak mało, stąd może tak ogromne zróżnicowanie w jakości tego wszystkiego.
Filmiki z ASMR mogą być zwykłymi filmikami z triggerującymi dźwiękami lub dźwiękiem, mogą to być filmiki typowo poświęcone na przykład temu, żeby pomóc ludziom usnąć, wtedy się coś tam do nich szepcze, ewentualnie cicho mówi, tam nie wolno mówić normalnie, bo niby ludzi taka nienormalna nawijka często triggeruje, rusza się rękami, robi różne uspokajające dźwięki, można zapuścić ewentualnie jakąś cichutką muzykę. Ten któś, kto ma doświadczyć ASMR musi oczywiście mieć słuchawki, a dźwięki muszą być binauralne, czyli dwoma mikrofonami się nagrywa, wtedy ten któś, kto ma doświadczyć ASMR będzie miał wrażenie przestrzeni i na przykład jak ruszasz rękami niby koło jego polików, albo jakieś tam dźwięki kierujesz do któregoś konkretnie ucha, albo że stoisz za nim, czy coś, no jak to z binauralnymi, wiadomo. Poza tym jest masa filmików typoo kobiecych i trochę mniej, ale też dużo filmików typowo męskich. Te typowo kobiece skupiają się głównie wokół jakichś zabiegów kosmetycznych, głoównie na twarz, bo wtedy możesz to jakoś poczuć binauralnie i się ładnie striggerować, łatwo też wtedy okazać człowiekowi dużo personalnej uwagi i go wirtualnie wymiziać ze wszystkich stron. Filmików dla facetów wiele nie widziałam, te które widziałam dotyczyły picia różnych napojów wyskokowych oraz jakiegoś strasznie profesjonalnego golenia. Jest też dużo innych filmików z odgrywaniem roli, że ten któś, kto robi filmik, zwraca się niby bezpośrednio do ciebie, sobie tam monologuje i udaje, że jest na przykład lekarzem, masażystą, twoim przyjacielem, tego jest tyle, że i sytuacji w tych filmikach roleplay może być od choinki, jest dziewczyna, z raczej słabymi filmikami, ale ogromną kreatywnością, gdyż zdecydowała się odgrywać rolę psa, z którym ty się bawisz, jest też jakiś francuski dziadziuś, który w swoich filmikach ASMR przeprowadza lekcje historii, albo jedna z moich obecnie ulubionych ludzi w tej dziedzinie ze względu na mocno triggerujący akcencik - LAURALEMUREXASMR, zrobiła kilka filmików z lekcjami walijskiego. Kwestia kreatywności.
Ci, którzy w tym siedzą dłużej i są dobrzy, bardzo często zakładają sobie konta na Patreonie, albo jakoś inaczej tam się urządzają, na Paypalu czy coś i... no i robią biznes. Niektórzy nie taki znowu mały biznes.
Przechodząc do mojej własnej historii z ASMR, jak już pisałam dowiedziałam się o tym od Sekai, która podesłała mi filmik jakiejś... ally... no nie pamiętam, ale na pewno była Ally, a co dalej niech pozostanie zagadką, Sekai stwierdziła, że zobaczyła niedawno te filmiki, bo dowiedziała się, że ludzie jakieś ciekawe i dziwne rzeczy piszą o tym ASMR, dostała jakichś tingles (czyli teraz już wiem, że właśnie tego uczucia, które wywołuje ASM), zrobiła research i stwierdziła, że musi mi o tym napisać, bo jej się całe to zjawisko ze mną kojarzy i w ogóle ja to pewnie będę mieć, bo przecież jestem niewidoma, a niewidomi mają wyostrzone zmysły itd. itd. No a jak będę mieć to mogę zrobić biznes. :D W filmiku owym ta cała Ally robiła peeling twarzy. Ja w ogóle nie mogłam z początku zakumać o co chodzi, bo Sekai opisała mi to zjawisko dosyć lakonicznie. Czemu ona do siebie gada? Komu ona robi ten peeling? Co to w ogóle jest i do czego?
W związku z tym sama zrobiłam research i mi się spodobało. Spodobało mi się poza paroma kwestiami.
Miałam uraz do wyrażenia "dźwięki binauralne". Bawiłam się kiedyś dźwiękami binauralnymi, tak zwanymi dose'ami, pisałam o tym więcej w Drimolandii, we wpisie dotyczącym mojego ponownego nawrócenia, dopiero po fakcie jednak dowiedziałam się, że owe Dose'y wbrew pozorom są ogromnie destrukcyjne dla mózgu, no a przy okazji, co w sumie wiedziałam, zabawa czymś takim jest nieszczególnie zgodna z zasadami wiary chrześcijańskiej. A że gdzieś tam się natknęłam na babkę piszącą, że robi filmiki ASMR dotyczące hipnozy, to początkowo wrzuciłam ASMR do jednego worka z Dose'ami.
Zrobiłam też research dotyczący zgodności ASMR z chrześcijaństwem jak i moimi wartościami, no i się ucieszyłam, bo okazało się, że w samym ASMR nic złego nie ma, no chyba, że któś się już uzależni od tych całych tingles, tak jak i można od każdej przyjemności, po prostu ludzie mogą to wykorzystywać do różnych celów, jak na przykład właśnie do łatwiejszego osiągnięcia innego stanu świadomości i poddania się hipnozie, bo wiadomo, człowiek zrelaxowany jest, łatwo pójdzie, czy do osiągania satysfakcji sexualnej, na tej samej zasadzie. Bo tak jak mówiłam te filmiki mogą być naprawdę różne. No to skoro się uspokoiłam i ucieszyłam, to poszłam testować, czy działa.
Według mojej byłej psychoterapeutki, do której kiedyś jeździłam, chyba przez większość podstawówki, mam szczęście czy też nieszczęście być posiadaczką nadwrażliwego układu nerwowego, jakoś tak to ona określiła, w każdym razie posiadam cóś, co według niej sprawia, iż najprawdopodobniej jestem tak zwanym wysokowrażliwcem, czy też HSP (Highly Sensitive Person). Nad wysokowrażliwością rozwodzić się nie będę, przynajmniej nie teraz, jak któś chce więcej wiedzieć to niech sobie wejdzie na przykład na stronkę hsperson.com. Również sądzę, że tak może być, bo kiedyś robiłam w związku z tym jakiś test Elaine Aron, tej babki, która to wymyśliła i wyszło mi, że owszem. Razem z wysokowrażliwością większość ludzi ma też cóś, co po ingliszu zwie się Sensory Processing Sensitivity, także teoretycznie ASMR powinno mi działać pięknie. Rzecz w tym, że akurat tak, jak większość wysokowrażliwców to ma, tak ja nie jestem pewna, czy tę drógą wrażliwość również posiadam, jeśli rzeczywiście jestem HSP, ponieważ ci ludzie z Sensory Processing sensitivity w większości są też bardziej podatni na kofeinę na przykład, podczas gdy na moim mózgu kofeina nie robi wrażenia, zawsze mam niedociśnienie i po kawie, niestety, się to nie zmienia, są bardziej podatni na różne zjawiska duchowe, typu, no nie wiem, zasypianie w Duchu Świętym, pogrążanie się w medytacji, poddawanie się hipnozie itd. rzeczy, przy których trzeba się na ogół intensywnie skupić na jednej rzeczy. Ja się nie umiem skupić na jednej rzeczy. Nie, że mam cóś z koncentracją, tylko się skupiam zawsze na zbyt wielu rzeczach naraz, widzę na ogół stosunkowo dużo szczegółów wszędzie, myśli mi w mózgu latają, no nie idzie się ograniczyć do jednej rzeczy, a w każdym razie muszę się bardzo postarać, tak, że bardzo bardzo bardzo. Także nie sądziłam, że coś z tego może wyjść po racjonalniejszym spojrzeniu na rzecz.
Jednakże spróbować by należało. Postanowiłam zacząć od naszej polskiej babki od ASMR, SoftAnnaPL, jedynej dobrej, jaką znalazłam robiącą ASMR po polsku i myślę, że też bardzo dobrej międzynarodowo. No OK, fajne są te dźwięki, miło jest, zamulasto, ale żeby jakieś tingles? Nieee... Absolutnie. Potem zaczęłam jeszcze czytać w sieci, że właśnie tak mało jest tych ludzi, co to mają, że każdy ma inne triggery i postanowiłam sobie sprawdzić różne triggery. Od razu zauważyłam, że nie robią na mnie wrażenia filmiki z mizianiem, jakieś kosmetyczki, masaże itd. których jest chyba najwięcej. Może dlatego, że i w realu jakoś nieszczególnie lubię, jak mnie ktoś obmiziowuje, nawet moja własna Mamulka jak mi kiedyś robiła masaż kamieniami, musiała mnie najpierw strasznie długo rozluźniać i niby było fajnie, ale jakoś tak... no sama nie wiem, zresztą chyba po niej mam tę awersję do miziania, w genach czy coś, bo moja Mamulka to nawet ma dziwniej, bardzo, bardzo niekomfortowo się czuję, jak na przykład jedzie komunikacją miejską i jest ścisk, łazić do kosmetyczki czy do fryzjera nie lubię, bo mi się nudzi. :D Nie mam pojęcia, jak ludzi to może relaxować.
Wtedy właśnie przyszła mi myśl, że przecież mnie triggerują te wszystkie moje języki. Na przykład jak mam z nimi kontakt przed snem, albo jak się uczę któregoś z tych, które już jakoś znam, albo jak jestem w jakimś takim dobrym nastroju, czy coś. Przecież tam pisali w którymś czymś, że niektórzy mają ASMR przed snem. Jak to nie jest ASMR, to, jak to mówi Zofijka, ja jestem latający pingwin. Podobnie i akcenty mnie triggerują różne, harfa mnie triggeruje, czasami Mishy gadanie, te jego hhrrru? i inne różne, no i moje fazunie mnie triggerują. Muzyka obiektów moich faz wielkich i małych, nawijki obiektów moich faz wielkich, dużo rzeczy związanych z nimi, śmiech Gwila mnie triggeruje bardzo... I różne konkretne słowa mnie triggerują, nawet w polskim. Wiecie, że ja sobie robię takie rankingi, moich ulubionych słów w każdym moim ulubionym języku? :D Haha, serio. Tak jak chyba wszyscy na Behind The Name robią sobie prywatne rankingi ulubionych imion co roku, tak ja robię też rankingi moich ulubionych słów, względnie wyrażeń.
No to mnie olśniło, czyż nie? :D Wtedy jeszcze nie wierzyłam, że ludzie mogą też się triggerować słowami, ale okazało się, że trigger words też mogą być. Co prawda większość ludzi robiących ASMR rozumie trigger words inaczej niż ja, jako słowa zawierające dużo triggerującyc głosek, którymi jak zauważyłam wedlug nich są c/k, t, p, głównie chyba to, albo słowa typowo związane z relaxem, odprężeniem itd. Czyli to też nie działa? No szkoda, ale przynajmniej wiem już, że mam ASMR.
Potem tak się jakoś do tego zniechęciłam.
No dobrze, ale czy w tym jest miejsce dla mnie? Powiedziałam Sekai, że tak, chyba mam ASMR, że chyba miałam, właściwie od zawsze, tyle, że jakieś takie dziwne, no i nie wiedziałam nigdy co to jest, kiedyś nawet myślałam, że tak w jakimś stopniu wszyscy mają, no bo co takiego dziwnego, teraz wiem, że to jest na pewno to, ale te filmiki na mnie wrażenia nie robią. No i czemu niby to miałby być biznes dla mnie? No więc Sekai się bardzo ucieszyła, że nie tylko ona ma tingles od tego i zaczęła najpierw swoją nawijkę o tym, że wiedziała, że ja to będę mieć, bo niewidomi mają wyostrzone zmysły, :D a potem stwierdziła, że ja jej zawsze piszę takie długie maile i ona zawsze miała wrażenie, że w takim razie muszę jej poświęcać dużo czasu, się dziwiła, że mi się chce, chociaż dla mnie to jest naturalne, że jak się z kimś pisze już jakoś dłużej, kogoś się lubi, jest temat do nawijki, to się pisze nieraz długo, zwłaszcza, że Sekai bardzo ciekawie pisze, więc raczej nie ma to nic do rzeczy, czyż nie? No ale OK, w każdym razie stwierdziła, że z tego wnioskuje, że w takim razie potrafiłabym chociaż zrobić wrażenie, że się interesuję tymi ludźmi, którym mam z założenia zrobić ASMR. Nooo ciekawa teoria, :D ale może coś w tym jest. Nie mam pojęcia właściwie. No i jeszcze stwierdziła, bo myślała, że ASMR są tylko po ingliszu, że nie mam blokady przed nawijaniem po ingliszu, co jest prawdą, bo się dosyć dawno już pozbyłam ku mojej ogromnej radości, teraz współczuję tylko tym, którzy się blokują, no i że pewnie z ingliszem też bym sobie poradziła.
Zrobiła mi Sekai miszmasz w mózgu, myślałam o tym i myślałam, w sumie bardzo poważnie, ale doszłam do wniosku, że nie jestem wcale taka pewna, czy dałabym radę ogarnąć wrzucanie filmików na Youtube'a, nagrywanie, w sensie jakiejś wizji, no bo wiem, że niewidomi ogólnie robią jakieś filmiki na Youtube'ie, ale przy czymś takim to pewnie trzeba by się było trochę pobawić, nie wierzę, że taki normalny człowiek striggeruje się samymi dźwiękami, bez jakichś chociaż minimalnych wspomagających bodźców wizualnych. Pewnie ktoś by mi musiał pomagać, ja w ogóle nie wiem, jak to się robi technicznie, a poza tym, myślę, że robienie tego dość szybko mogłoby mi się znudzić. Fajna zabawa, ale czy na dłużej? Tak mi się wydaje, że chyba nie. No i ostatecznie wtedy bym to nagrywała i puszczała w sieć, choroba wie, czy by mi się ze stresu inglisz nie bloknął, albo bym się przycinała, co ludziom by w relaxie raczej nie pomogło. Bo chciałabym jednak jeśli już robić, to nie tylko po poliszu. Po szwedzku byłoby śmisznie, szwedzki jest taki uspokajający i harmonijny. :D Dużo triggerujących słów. :D No nie wiem, mimo wszystko babynaming dużo bardziej mi się podoba.
Ale idźmy dalej, bo to bynajmniej nie jest koniec mojej zarąbistej przygody. Wczoraj, teraz to właściwie już przedwczoraj... przedWczoraj postanowiłam spróbować jeszcze raz, co wyjdzie. Postanowiłam znaleźć jakiś kanał z ASMR po walijsku. -Dość trudne zadanie, które też mi się nie udało, ale znalazłam wyżej wspomnianą Laurę, która pochodzi z północnej Walii i jest nativespeakerką, w związku z czym ma zzzaaarrrąbiiissstyyy akcencik w ingliszu, chociaż nie jakiś bardzo mocno walijski i stwierdzić muszę, że mimo wszystko wiele ciekawszych w Walii już słyszałam, no i kilka tych filmików z walijskim w roli głównej lub drugoplanowej zrobiła, włącznie z wyżej wspomnianymi lekcjami, szkoda, że takimi podstawowymi, bo jestem pewna, że jakby zrobiła cóś więcej, mogłabym się z tego uczyć z ciekawymi efektami. I wiecie co nastąpiło? Miałam te całe tingles. Miałam tingles na całych ramionach i trochę też na skroniach, jakby mi się bezpośrednio mózg ztriggerował hahahaha. Oczywiście wszystko bardzo stopnowo i powolutku, z czasem zaczęłam też coraz bardziej zamulać, no tak normalnie jak podczas relaxu, nie jakoś tam dziwnie. Jak to mówi moja koleżanka z Irlandii, ta, o której Wam pisałam, że mam od niej pełno książek, zresztą mam tylko jedną koleżankę z Irlandii, czułam się chillaxed, w sensie chilled out i relaxed oczywiście, bardzo mi się podoba to określenie, nie wiem, czy to jej, czy jest w szerszym użytku, w każdym razie kupiłam je i myślę, że to jest właśnie tak, gdy człowiek czuje się naprawdę chillaxed.
Ale żeby było jeszcze ciekawiej, z czasem zauważyłam, że chyba nie tylko ten jej walijski mnie triggeruje, nawet nie tylko jej walijski akcent w angielskim, ale też wiele innych dźwięków w tym filmiku. Tak jakby ten walijski mi pobudził całe ASMR. Słuchajcie, miałam to dziwne coś, te całe tingles nawet od dźwięku pisania długopisem. A jeszcze dzień wcześniej się trochę podśmiewałam, jak człowiek może się relaxować i odczuwać jakiś tam wielki błogostan, bo któś tam sobie skrobie długopisem czy nalewa Pepsi do szklanki. No bo to jest śmieszne, ale teraz przynajmniej wiem, jak to jest. :D Jeszcze nie byłam taka bardzo zamulona, mimo, że sama nie bardzo wiedząc, w którym momencie dokładnie, znalazłam się z laptopem na łóżku i leżałam plackiem, tak jakoś odruchowo chyba postanowiłam, że lepiej mieć tingles w pozycji leżącej. Postanowiłam więc się dowiedzieć, czy może być tak, w sensie czy to jest normalne, jak któś najpierw nie ma tingles, a potem od jednego triggera nagle odkrywa, że może mieć ASMR, jak się odpowiednio wczuje. Przeczytałam mnóstwo ludzkich historii dotyczących ASMR i w końcu dowiedziałam się, że tak, bo jeden facet tak miał.
Z tymi całymi tingles to ja mam w ogóle fajnie. One trwają od kilku sekund do kilku minut normalnie, może czasem trochę dłużej i moje też, ale są tak jakby z przerwami. Także jeszcze piętnaście minut po tym, jak mi się zaczęło je miałam. No to jak wiedziałam, że nie jestem jakiś alien z moimi reakcjami ASMR, postanowiłam się jeszcze pobawić.
Był już raczej późny wieczór, więc stwierdziłam, że zobaczę sobie, czy teraz jakiś filmik z ASMR do snu będzie w stanie zmusić mój mózg, żeby usnął o jakiejś normalnej porze, bo ostatnio trochę dziwnie zasypiałam. Wypróbowałam więc filmik SoftAnny. Nie zasnęłam co prawda, ale miałam wręcz takie fale tingles i byłam bardzo, bardzo zamulona, tak jakbym miała w niedługiej przyszłości zasnąć. Wtedy zobaczyłam filmik jakiejś babki z brytyjskim akcentem, robiącej roleplay z masażem twarzy. Babka się nazywa Innocent Whispers. Jej akcent jest trochę przesadzony, jakoś mi się wydaje, ale i tak bardzo fajny, poza tym ładnie brzmi. Chciałam zobaczyć, czy teraz, w moim obecnym tinglowym stanie, to całe mizianie zrobi na mnie jakieś wrażenie.
Mizianie tak sobie... ale, te wszystkie buteleczki... z tymi płynami, olejkami, mmmmm. Że też ja tego wcześniej nie zauważyłam, jakże to pięknie brzmi. :D Nie no, serio, chillax.
Oczy mi się już zamykały, ale jeszcze jakimś trzeźwo funkcjonującym obszarem świadomości zarejestrowałam, że Tatul wyłonił się z łazienki poczyniywszy już właśnie wszelkie swe kąpiele i inne zabiegi pielęgnacyjne, a że ja się zaszyłam na większość wieczoru z moimi triggerami i robiłam z siebie królika doświadczalnego, to sama się jeszcze wypluskać nie zdążyłam. Gdybym wiedziała, jak będzie wyglądać sytuacja, z pewnością inaczej bym to zorganizowała. Sądziłam, że zanim się w pełni ogarnę do snu, tingles i cały ten chillax zdążą mi już dawno przejść.
Fakty wyglądały jednak tak, że owszem, odmuliłam się trochę, znowu myśli w mózgu zaczęły mi latać i myślałam o wszystkim naraz, zaśnięcie też mi trochę zajęło, ale tingles... taak... to jest naprawdę zjawiskowe.... tingles miałam jeszcze bezpośrednio przed uśnięciem i, choć za to mózgiem nie ręczę, mam wrażenie, że jak już byłam w głębokim śnie, też miałam taką jedną, dużą falę tingles, która przeleciała przeze mnie po całości, tak jak wtedy przy tym filmiku do snu.
Mądrzy ludzie od ASMR piszą, że: "(...) each episode contributes to improved mood and a feeling of happiness and wellbeing, which lasts for several hours." (www.steadyhealth.com/medical-answers/autonomous-sensory-meridian-response-asmr)
Mmm, ja zdecydowanie miałam feeling of happiness and wellbeing lasting for several hours. Chodzi mi o to, że jak się obudziłam, chociaż nie miałam już oczywiście żadnych tinglów, byłam w bardzo bardzo fajnym nastroju.
Ciąg dalszy też jest. ALe niezwiązany ściśle z ASMR, to znaczy tak, ale to jest już jakby osobna historyjka, więc pozwolę sobie opowiedzieć ją Wam w osobnym wpisie.
Tymczasem ciekawa jestem Waszych opinii na temat tego wpisu, także na temat ASMR, może któś testował? A jak któś pod wpływem mojego wpisu testować zamierza, to ogromnie jestem ciekawa, czy w Waszym przypadku działa, no i Waszych triggerów. :D Ciekawe, czy teoria Sekai, że jak niewidomi mają wyostrzone zmysły, to mają ASMR, się sprawdza, czy jedno z drugim ma w ogóle coś wspólnego.

2017-08-24 12:12:30
hazel96
Bardzo ciekawe, naprawdę. W życiu o czymśt akim nie słyszałam. Posłuchałabym sobie Laury i tej drugiej
babki, przy której prawie zasnęłaś, nawet, jak to na mnie nie zadziała, to mogę sobie po prostu posłuchać
mojego brytyjskiego. :D
2017-08-24 13:26:09
moozgish
O taak, to też jest bardzo dobre zastosowanie filmików ASMR. Innocent Whispers ma naprawdę fajny, brytyjski akcencik, taki właśnie "czysty", choć, jak pisałam, chyba troszkę przesadzony, ale jest fajna.
2017-08-24 14:01:26
hazel96
To podrzucisz mi ją i Laurę gdzieś na Twittera? ;D
2017-08-24 14:13:10
jamajka
I ty mi mówisz o językach? O trigger words? Jasne, że są! Ja o asmr słyszałam, ale nie wiedziałam, że
to taka gałąź gospodarki mózgowej, myślałam, że zwykłe binauralne. Wiadomo, binauralne były do relaksu,
ale nie wiedziałam, że aż tak. Ja się chyba zakochałam w przeciwieństwach, ogień i woda mnie uspokaja.
xd. I lubię słowa z r i l. W sensie, że i r, i l w jednym słowie. Pokażesz mi ranking? :d
Też to mam z akcentem i językiem. Głos też może być? Bo ja chyba mam.
2017-08-24 22:00:28
moozgish
Ja coś tam wiedziałam, że ludzie mają fazy na słowa, że się jarają i tak dalej, ale nie miałam bladego pojęcia, że to na taką skalę i że tak to ludzie odczuwają. Przynajmniej się nie czuję teraz jakimś linguofilem czy innym świrem od języków. :D
Ooo, to w szwedzkim dużo słów by Ci się spodobało, jest na przykład föräldrar, lärare, rörlig, allra, dużo takich mają.
Ranking Cię interesuje dla polisza i inglisza? :)

2017-08-24 22:36:19
jamajka
Tak tak, bardziej english nawet, bo ja tam lubię dużo słów, w niektórych przypadkach nawet wszystkie,
ale to tylko czasami. :p Ale tam mam trochę takich słów, więc fajnie by było. Ale na ojczysty też mogę
zerknąć, bo w sumie nie mam pomysłu. CHociaż, kiedyś z babcią spisałyśmy słowa, które nas bardzo bawiły.
Jednym z nich był, pamiętam, gzyms.
2017-08-24 23:06:15
hazel96
Ja też poproszę angielski ranking :D
2017-09-05 10:30:09

Gwilym Bowen Rhys - Ben Rhys.

Jak obiecałam pojawił się już mój nowy awatar, którym jest utwór Gwilyma Bowena Rhys, o tytule Ben Rhys. Ben Rhys to praprapradziadek Gwila, który był górnikiem w kopalni węgla, gdzie też zginął tragicznie i tego też dotyczy ów utwór, który oczywiście został napisany przez Gwila. Po walijsku go nie rozumiem za bardzo, tylko pojedyncze frazy, no może kilka zdań, ale czytałam jego angielskie tłumaczenie i muszę powiedzieć, że jest bardzo poruszający. Piosenka ta pochodzi z solowego albumu Gwila "O Groth Y Ddaear", co na polski tłumaczy się "Z Łona Ziemi", albo "Z Macicy Ziemi", w sumie nie mam pojęcia, co z tego posiada Ziemia. W każdym razie croth to po walijsku i łono i macica, a jest groth, bo taka jest gramatyka walijska. Ciekawa jestem, jak zwykle, Waszych opinii. :)




2017-08-21 19:49:00
2017-08-21 19:49:49
hazel96
Muzycznie nie do końca mój styl, ale mimo to przyjemnie się go słucha.
2017-08-22 11:23:10

Gwilym Bowen Rhys.

Ostrzeżenie: długi wpis.
Witajcie!
Nadejszła więc w końcu ta chwila, że się zdecydowałam i postanowiłam napisać wpis na temat obiektu mojej czwartej, obecnie będącej w pełnym rozkwicie fazy, człowieka, na którego tę fazę mam i kwestii ściśle z tym wszystkim związanych.
Tak jak już ostrzegałam, wpis będzie długi, bo i dużo mam do napisania, a większość z tego jest, dyplomatycznie rzecz ujmując, o sporym dla mnie znaczeniu emocjonalnym.
Pisałam też, że dłuuugo się zastanawiałam, czy w ogóle ten wpis pisać, a jak tak, to co i ile w nim pisać, bo moja sytuacja związana z tą fazą jest dość ciekawa i, hm, chyba troszkę nietypowa. Zastanawiałam się nad tym tak długo także z innego powodu, ale o nim napiszę później, jak już będziecie cokolwiek wiedzieć.
Gwilym Bowen Rhys pochodzi z Walii, walijskojęzycznej Walii, z wioski o nazwie Bethel, w hrabstwie Gwynedd. Ponieważ już Wam pisałam, że wszystkie moje wielkie fazy jak dotąd są fazami muzycznymi, można łatwo wydedukować, że i Gwilym ma z muzyką dużo wspólnego. Jest wokalistą i gitarzystą, generalnie człowiekiem od instrumentów strunowych, także od różnych innych instrumentów czasami. Na chwilę obecną gra i śpiewa, choć głównie jednak gra, w alt-folkowym, trochę takim psychodelicznym zespole Plu, razem ze swoimi siostrami Elan i Marged. W zeszłym roku zrobił pierwszy solowy album o tytule "O Groth Y Ddaear", album bardzo folkowy, taki bardzo idyllicznie według mnie brzmiący, Gwil też kiedyś gdzieś stwierdził, że ten album, w porównaniu z tym, co głównie gra i śpiewa na koncertach jest bardzo wyrafinowany i coś w tym jest. Jeszcze rok temu był też liderem, głównym wokalistą i gitarzystą rockowego zespołu Y Bandana, który współtworzył razem ze swoimi kuzynami - Tomosem i Siônem Owensami - i przyjacielem ze szkoły Ysgol Brynrefail - Robinem Llwyd Jonesem, w sumie nie wiem, czy Llwyd się odmienia, bo nie wiem nawet, czy to jest jego drugie imię, czy pierwsze nazwisko, w Walii z tym się czasami można serio pogubić, ale nieważne. Gwil napisał też muzykę do większości ich piosenek. Y Bandana nie mają raczej jakiejś ambitnej muzyki ani textów, ale wiele z nich jest śmisznych i raczej lekkich w tematyce. Brał też udział w różnych innych muzycznych projektach walijskich. Nie powiedziałabym raczej, że jest jakąś szychą czy celebrytą czy czymś takim w swoim środowisku, niemniej jednak znają i jego i jego oba zespoły w Walii bardzo dobrze, mi już się miliard razy chyba zdarzyło, że słuchałam sobie BBC Radio Cymru i zapuścili akurat coś od Gwila, stosunkowo często też się sam w BBC pojawia, ostatnio w moje urodziny. :D Jednakże oprócz działalności muzycznej Gwil angażuje się też trochę politycznie, jest nacjonalistą (Boże, powiedz mi, czemu ja muszę mieć koniecznie fazy albo na socjalistów, albo na nacjonalistów :D co ja się namęczyłam z tym socjalizmem Vreeswijka..., ale już chyba lepiej mieć fazę na nacjonalistę, jeśli już, bliżej mi chyba do tego, niż do socjalizmu, zwłaszcza tak skrajnego jak Vreeswijka, zwłaszcza, że ten nacjonalizm Gwila nie jest jakiś strasznie radykalny). Poza tym przyczynia się do popularyzacji clog dance'u (tradycyjnego tańca walijskiego), poprzez tworzenie clogów, czyli obuwia służącego właśnie jak sama nazwa wskazuje do clog dance'u, ale też do wielu innych rzeczy. Tymi clogami jakoś szczególnie interesuje się mój Tatul, nie mam pojęcia dlaczego, zresztą w ogóle jakoś od początku szczególnie się interesuje Gwilem, nigdy aż takiej wagi do tych moich faz nie przywiązywał. :D W każdym razie Gwil się cały czas uczy robić te clogi u takiego faceta, który się nazywa Trefor Owen, pochodzi z Criciedd i jest właśnie clogmakerem. Poza tym, żeby było jeszcze różnorodniej, Gwil studiuje archeologię. Także przyczynia się mocno do popularyzacji, rewitalizacji czy jak to tam określić, języka walijskiego. No z tą rewitalizacją chyba przesadziłam, bo jeszcze nie wymarł, więc chyba ożywiać go nie trzeba. Jego tata, Rhys Harris, w swojej młodości był wokalistą punkrockowego zespołu Y Trwynau Coch (Czerwone Nosy po naszemu, istniał on sobie od lat siedemdziesiątych do dziewięćdziesiątych, zespół, nie tata Gwila. Jego mama, Siân, jest nauczycielką wuefu w Ysgol Brynrefail, czyli tej samej szkole, do której chodził Gwil, ale też ma jakiegoś folkowego fisia, bo pomaga czasami Gwilowi pisać texty do jego piosenek, w ogóle jest fajna, no ale jak inaczej. :D
Tyle o Gwilu na początek, teraz Was wprowadzę do tej mojej fazy. Niektórzy z Was pewnie wiedzą cóś na ten temat, że ja się już dawno chciałam uczyć walijskiego. Wielu języków chcę się uczyć bardzo, a właściwie nie tyle chcę ich się uczyć, co po prostu umieć się nimi komunikować i je rozumieć, nie mogę powiedzieć, na których zależy mi bardziej, a na których mniej, bo wszystkie uwielbiam z jednakową siłą, ale moja potrzeba rozumienia jeęzyka walijskiego była dość szczególna, jak słyszałam gdzieś walijski, czułam się, poza tym, że byłam w swoisty sposób szczęśliwa, jak zawsze, gdy słyszę jakiś mój ulubiony język, to również dziwnie sfrustrowana, czasami wręcz dziwnie mocno wkurzona, że no OK, fiński pewnie kiedyś tam poznam, holenderski też, fryzyjski może też, przez holenderski, farerski dzięki szwedzkiemu, saami dzięki fińskiemu ale walijskiego pewnie mi się nie uda. Ciekawe, że sądziłam też, że innych celtyckich pewnie też mi się nie uda i chociaż mnie to frustrowało, to jednak nie aż tak, jak walijski. W związku z tym co jakiś czas czyniłam desperackie próby zmienienia tej rzeczywistości, a potem się nie udawało i byłam jeszcze bardziej wściekła, jak to określają na południu Walii, byłam tampin' fumin' ragin' czyli najlepiej to bym kogoś zabiła, jeśli mogłoby mi to pomóc, a rzadko jestem tampin' fumin' ragin', bardzo rzadko. :D No dobra, nie wiem, czy aż tampin' fumin' ragin', ale tampin' fumin' na pewno byłam. :D Starałam się jednak na miarę moich możliwości pogodzić z rzeczywistością, znacznie gorsze problemy przecież ludzie mają, czyż nie? Średnio mi się to jednak udawało.
Któregoś dnia, jakoś pod koniec października zeszłego roku, obudziłam się jakoś straszliwie wcześnie, znaczy Misha mnie chyba obudził, leciało u mnie BBC Radio Cymru, a ja sobie stwierdziłam, po raz kolejny zresztą, że to tak nie może być i ja muszę, muszę, muszę ogarnąć jakoś ten walijski, tym razem jednak zdobyłam się na minimalizm, bo chciałam ogarnąć walijski jakoś, a nie jak najlepiej i jak najszybciej zacząć gadać normalnie. I może dlatego wypaliło, któż to wie? Stwierdziłam sobie, że nawet jak cóś będzie bardzo mało dostępne, albo będzie całe po walijsku, co na moim bardzo początkującym etapie raczej by mi nie pomogło, będę z tego wyłuskiwać co się da.
W moich poprzednich desperackich próbach zawsze próbowałam najpierw rzucać się na jakieś strony do nauki języków, gdzie materiałów do nauki walijskiego, lub nativespeakerów czy w ogóle ludzi znających w jakimkolwiek sposób walijski było jak na lekarstwo. Szukałam po sieci książek do walijskiego, które oczywiście jeśli w ogóle dawały mi się odczytać, były w pdfie i zdarzały się w nich nawet jakieś dziwne błędy, więc ciężko mi się było z tego nauczyć czegoś więcej. Tym razem postanowiłam jednak jakoś intuicyjnie zwrócić się o pomoc do Youtube'a, choć nie sądziłam, żebym znalazła tam coś na dłuższą metę. Na dłuższą metę, fakt, nie znalazłam, ale okazało się, że z Youtube'em można sobie wyrobić całkiem fajną znajomość podstaw języka walijskiego, a w pewnych aspektach nawet więcej niż podstaw.
Pierwszym, co znalazłam, był kanał dziadziusia z północnej Walii, o nazwie "Learn Welsh With Will", jeszcze nie Gwil, tylko Will. Po czasie jakimś muszę stwierdzić, że chyba miałam fuxa, bo większość materiałów dla takich naprawdę beginnerów jak ja jest robione przez ludzi z południa, względnie przez ludzi z północy gadających jak na południu, bo południowy walijski jest łatwiejszy, ale ja chciałam się nauczyć północnego, bo jest trudniejszy i bo mi się bardziej podoba. :D
Szkoda tylko, że Will nie pociągnął tego dalej, baardzo tego żałowałam i sądząc z komentarzy nie tylko ja, no ale cóż. W każdym razie full respect mu się należy z mojej strony, bo zrobił zaledwie 12 lekcji chyba, ale już po kilku zauważyłam, że istotnie jarzę cokolwiek, co ludzie gadają, w związku z czym moja motywacja jeszcze się podniosła i utwierdziłam się w przekonaniu, że ten walijski rzeczywiście mi ruszył do przodu, a nie ciągle tylko stoi.
Ażeby mieć ciągle kontakt z walijskim, a serio przez te pierwsze miesiące nauki miałam go chyba niemal ciągle, :D postanowiłam słuchać BBC ile wlezie, podcastów z BBC, walijskiego Youtube'a, radia Cymru FM, Capital Cymru czy jak to się tam nazywa, no i przede wszystkim, muzyki walijskiej. Nie miałam zielonego pojęcia, że jest jej aż tyle.
Co do tej muzyki w różnych dziwnych językach, walijski, mimo, że nie brzmi jakoś bardzo ostro czy agresywnie, jak na przykład dla większości ludzi niemiecki, zawsze bardzo mi pasował do jakiegoś wrzaskliwego metalu, do jakiejś ogólnie dość głośnej, wrzaskliwej muzy, zawsze miałam wrażenie, że fajnie musi się wrzeszczeć po walijsku. Chciałam więc zawsze taką jakąś muzykę rozkminić, nawet najprymitywniejszy, świński metal o byleczym by mnie usatysfakcjonował, byle był jak najbardziej wrzaskliwy. Ale, że wtedy jak to sobie wymyśliłam, nie znałam niemal żadnych walijskich wykonawców, nie miałam pojęcia, jak się do tego właściwie zabrać. Ale jak już trochę znałam walijski, jakoś tak zrobiło mi się trochę łatwiej ze znajdowaniem różnej walijskiej muzyki, dużo zmienił fakt, że miałam już wtedy Spotify, dużo muzy poznałam właśnie przez BBC, czy przez Radio Cymru FM, które co prawda jest mniej różnorodne, ale za to pokazuje, co u nich leci. No i tak z czasem poznawałam najpierw dużo folku, potem z playlist różnych ludzi z Walii na Spotify dużo rocka i popu, walijsko- i anglojęzycznego. Nawet mnie samą zdziwiło, ile oni tej muzyki walijskiej mają, to znaczy wiedziałam, że dużo i broniłam jej przed Mamulką, która stwierdziła, że w takim wymierającym języku to się na pewno dużo nie tworzy, ale mnie też ta ilość wszystkiego zaskoczyła, bo po prostu nie miałam wcześniej zbyt wiele z tym do czynienia. A walijska scena muzyczna, OK, może nie jest tak ogromna nawet jak chociażby irlandzka, ale bardzo, bardzo dużo się tam dzieje, rozwija się bardzo dynamicznie. W ogóle śmieszne jest to, że w walijskojęzycznym środowisku świat jest bardzo mały i wygląda to tak, jakby wszyscy się znali, jak nie osobiście, to przynajmniej przez kolegę kolegi, w sieci to już w ogóle widać.
Tak więc ja sobie słuchałam tej walijskiej muzyki, coraz bardziej zaczęłam ją uwielbiać, w ogóle do tej pory bardzo, bardzo dużo słucham walijskiego rocka, popu, folku, nawet teraz leci u mnie Yws Gwynedd, walijska muzyka ma taki jakiś swój feel, nawet głupi pop, nie wiem, nie umiem tego określić, na pewno jeszcze nie raz będę jakąś muzykę walijską Wam pokazywać, to sami zobaczycie, albo i nie, bo może to moja autosugestia.
No i nastąpił dzień 3 grudnia, kiedy to wieczorem siedziałam ja sobie nad pracą kontrolną z polskiego z "Dziadów" i czegoś tam jeszcze słuchając, jak zwykle wtedy czegoś z walijskiego rocka i... Ło mamo, a to co to jest? Napatoczyłam się na jakiś zespół, może nie z jakąś muzyką wielce ambitną, ale... cóś w tym jest. Tak sobie pomyślałam. Do tego stopnia mnie ten zespół zaintrygował, że zdecydowałam się przesłuchać całą ich dyskografię. Poskutkowało to tym, że musiałam się co chwilę odrywać od tych nieszczęsnych, biednych "Dziadów", no bo nie mogłam nie zwrócić większej uwagi na większość ich utworów. No i... ja pipczę, jak ten gościu się pięknie wydziera! Chociaż wcale nie jakoś bardzo, bo prawie w każdym rockowym zespole się ludzie wydzierają jakoś tam.
Tym wydzierającym się kimś, jak już się na pewno domyślacie, był Gwil, a ów zespół to Y Bandana. Napisałam już pracę z "Dziadów", z której mimo, iż tak niewiele uwagi jej poświęciłam, dostałam pińć, zrobiłam dużo innych rzeczy, po czym wróciłam do komputera, żeby coś tam jeszcze zrobić, również słuchając Y Bandana. Zakończyło się to tym, że postanowiłam zrobić niewielki research, cóż to w ogóle jest za zespół i tak poznałam Gwilyma i jego solowy album. Strasznie się zdziwiłam, że któś, kto robi takiego w sumie zwykłego poprocka, może robić taki nieziemski folk, szok przeżyłam wielki. No i potem poznałam jeszcze Plu, czyli trzecią - bardziej alternatywną, równie folkową, dość skomplikowaną, ale harmonijną, jeszcze bardziej ambitną część Gwilyma. Wtedy trochę ze smutkiem i pewnego rodzaju zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że skończyła się era Vreeswijka i teraz będę mieć fazę na człowieka, o którym pewnie niezbyt prędko dowiem się czegoś konkretnego, bo prawie nie znam walijskiego, w związku z czym trzeba się zabierać do roboty.
Zaczęłam używać bardzo intensywnie lekcji walijskiego na Youtube'ie, stworzonych przez niejaką Elin Rhys z południowej Walii, bardzo, bardzo wiele się z tego nauczyłam, straszliwie żałowałam, że na Youtube'ie jest tylko pierwsza seria tego czegoś. To coś nazywało się "Now You're Talking", leciało kiedyś w telewizji Telesgôp, Elin jeździła tam po całej Walii, gadała po ingliszu, z zaaaarrrąbiiiiiiiiistyyyym akcentem o walijskiej kulturze, były jakieś śmiszne dialogi, no i słownictwo zarówno południowo- jak i północnowalijskie. Było trochę rzeczy wizualnych, ale nie tyle, żeby nie dało się tego jakoś obejść, albo po prostu nie robiłam wszystkich ćwiczeń, które tam były.
Po tych lekcjach Elin umiałam się już wypowiedzieć jakimiś bardzo nieskomplikowanymi zdaniami po walijsku, teraz właściwie też jest podobnie, tyle, że znam więcej bardzo różnych słów no i trochę bardziej ogarniam te wszystkie mutacje miękkie, nazalizacyjne i inne, czego z "Now You're Talking" nie udało mi się do końca zajarzyć.
No i Now You're Talking się skończyło, czas był pomyśleć o czymś innym. ale co by to miało być? Niedobrze mi się już robiło od ludzi doradzających mi "To weź sobie znajdź jakiegoś nativespeakera". O taak, bardzo chętnie, tylko właściwie gdzie? Więc znowu próbowałam walić na strony typu my Language Exchange, pisałam tam do wszystkich ludzi z Walii, którzy twierdzili, że znają walijski, szukałam sobie penpali na Global Penfriends, bo tak nawiązałam bardzo wiele ciekawych anglijskich znajomości i bardzo unaturalnił się mój inglisz w bardzo szybkim czasie. Cóż, skoro większość walijskich ludzi zarejestrowała się na my language exchange chyba jeszcze w epoce, gdy po ziemi chodziły australopiteki i od wieków nikt z nich tam nie właził, odpisała mi najpierw jedna dziewczyna, mówiąc, że bardzo jej przykro, ale wpisała sobie ten walijski tak tylko dla ścisłości, bo nauczyła się w dzieciństwie trochę od babci i teraz nawet to, co wie, jest już bardzo zardzewiałe, odpisał mi też chłopak, który stwierdził, że owszem, chętnie by mi pomógł, ale raczej w ingliszu, bo walijskiego się uczył, jak wszyscy, w szkole, umiałby się jakoś tam dogadać, ale nie używa go na co dzień i nie czułby się komfortowo ucząc kogoś języka, który tak słabo zna, bo zawsze mu z niego słabo szło i... dodał, żebym znalazła sobie jakiegoś native'a. Na Global Penfriends nawiązałam znajomość z jedną babunią, która mi powiedziała, że jestem bardzo miła, że chcę się uczyć walijskiego, chociaż tak właściwie to po co, przecież tylko na północy niektórzy tam sobie gadają po walijsku w gronie rodzinnym, ona się uczyła od dzieciństwa walijskiego, ale już prawie nie używa. Była jednak również bardzo miła, ale co z tego, skoro jak jej odpisałam, po co chcę się uczyć walijskiego i tak dalej, nie otrzymałam od niej żadnej wieści. "No tak, i ja mam znaleźć sobie native'a" - śmiać mi się chciało. Znudziło mi się wysyłanie podobnych wiadomości do kilkudziesięciu osób, potem jeszcze próbowałam z taką listą dyskusyjną, ale wszystko tam było po walijsku, więc bym się za Chiny nie dogadała, poza tym okazało się, że tam nativespeakerów nie ma zbyt wiele.
Dochodziłam już powoli do wniosku, że walijskie native'y muszą chyba siedzieć w jakichś dziurach zabitych dechami, bez dostępu do sieci i komunikują się wyłącznie ze sobą, wyłącznie po walijsku, albo mają jakieś exkluzywne miejsce w sieci tylko dla native'ów i robią tam wszystko, żeby tylko żadne nie native'y czasem nie posiadły umiejętności nawijania w języku walijskim, który jest przecież wyłącznie ich. :D
Zwierzałam się z mojego problemu jednemu z moich penpali, z Polski tym razem, który mnie zawsze cierpliwie wysłuchuje i stwierdził, że niech się w takim razie skichają. No OK, ale mojego problemu to nie załatwi. Chciałam już nawet pisać do tego Willa, tego "Learn Welsh With Will" na Youtube'ie jakiś komentarz czy cóś, że help me, bo to szybciej ja się chyba skicham, ale stwierdziłam, że jakby chciał ludziom z tym pomagać, to by się przede wszystkim odezwał do tych jęczących, co chcieli, żeby więcej lekcji zrobił, a poza tym on też nie jest native'em, więc mógłby się wykręcić, on się uczył walijskiego i jednocześnie robił filmiki.
Zwierzyłam się też z mojego problemu Tatulowi. Wcześniej natomiast opowiadałam mu już o Gwilu. Tatul sobie dwa fakty skojarzył i palnął: "No to napisz do tego swojego Gila". Wow, cóż za pomysł - pomyślałam. No bo serio, normalnie jakby Tatul się urwał z choinki. Ja mam napisać do człowieka, którego wszyscy kojarzą w całej północnej Walii, z którym robią wywiady w BBC, żeby mi pomógł z walijskim? Ha, ha, ha. Przezabawne.
Ale jak człowiek ma fazę, to ma różne rozkminy, więc i ja takowe miałam. Coraz częściej myślałam, co by było, jak bym napisała do Gwila, czy by mi odpisał i co i co by z tego wyszło. A potem sobie uświadomiłam, że na jego stronie jest jego email, więc, hmm, właściwie, można by może spróbować? Ostatecznie nie byłby to mój pierwszy raz, gdy pisałabym do kogoś dość znanego, więc może by nie było tak źle, a zresztą pewnie i tak by mi nie odpisał, bo by nie miał czasu, może by się moją propozycją ubawił. Ale ilekroć zaczęłam to rozważać na poważnie, przechodziły mnie ciarki "No weź, to przecież chore." więc bardzo chciałam i bardzo nie chciałam naraz.
Ale gdy już moje wątpliwości osiągnęły apogeum, napisał do mnie Aleks, ten kolega z Polski, my piszemy dość rzadko, ale takie dość opasłe mailiska, i się mnie zapytał "Jak tam Gwil?" to znaczy moja faza w ogóle. No i się mu wywnętrzyłam, a Aleks stwierdził, że powinnam do niego napisać, to znaczy do Gwila i to jak najszybciej, bo będę potem bardzo żałować. Za to, że mnie wtedy tak cisnął, dziękowałam mu chyba już z czterdzieści pięć tysięcy razy. :D No cóż, w sumie prawda.
Tylko jak? Miałam zrobić jak najszybciej, Aleks zdążył mi odpisać na kolejnego maila, a ja jeszcze tego nie zrobiłam, bo myślałam jak i czy na pewno. W końcu, jakoś pod koniec stycznia, leżałam sobie w nocy z Mishą, nie mogłam zasnąć, czytałam jakąś książkę z akcją w Walii i nagle z całą mocą stwierdziłam. "Napiszę do Gwila". Żałuję tylko, że nie zdecydowałam się na to od razu, jak to pomyślałam, bo stwierdziłam, że jest noc, no jakoś tak dziwnie pisać do człowieka w nocy z czymś takim, będzie wyglądać jakbym była w strasznej desperacji. Bo też byłam w dość mocnej, ale nie muszą o tym wszyscy wiedzieć, a Gwil zwłaszcza. Więc ułożyłam sobie w mózgu pięknego, przekonującego maila, bardzo mi się podobał, dużo tam nawet było po walijsku.
Tyle, że do następnego dnia po nocy ten piękny email zdążył mi z mózgu niestety wyparować i musiałam wynyślić na szybko nowego, ktory nie był już taki ładny, to znaczy nie aż tak, ale też był ładny, trochę był po walijsku i trochę nawet dla popisu po Wenglishu, w sensie w walijskim angielskim dialekcie, którego swego czasu troszkę przyswoiłam, dialekt jest co prawda głównie używany w Valleys na południu, a Gwil jest z północy, ale co tam, liczy się popis, :D a teraz wiem, że na północy też tak gadają. Napisałam mu też, że bardzo lubię jego wszelką muzykę, jednak było to tak off topic, że prawie tego nie było, żeby sobie za dużo czasami nie myślał.
Ufff, napisałam wreszcie tego maila. Ciekawe, co teraz nastąpi? Ee tam, pewnie nic. No na pewno nic nie nastąpi, no bo co by właściwie nastąpić miało? Naprawdę niczego się nie spodziewałam. Ale przynajmniej nie będę żałowała, że nie spróbowałam chociaż, no i, jak stwierdził alex, będę miała tę satysfakcję, że napisałam do Gwila, a może mi odpisze, że nie może, że nie ma czasu, albo coś w tym stylu, to będę miała satysfakcję, że pisałam z Gwilem. Nie było mi więc trudno trzymać się mojej reguły życiowej, żeby się nie nastawiać w ogóle.
Jednak mimo to pocztę sprawdzałam kompulsywnie, obsesyjnie, no po prostu co chwilę i dziwne doprawdy, że nie dostałam nerwicy natręctw. :D Mija pierwszy dzień, nic nie ma. Chciałam nawet w nocy sprawdzić, jak się obudziłam, czy cóś jest, ale stwierdziłam, że chore i jeszcze stwierdziłam, że pewnie wtedy chciałabym mu od razu odpisać, więc niech sobie jeszcze poczeka, no i że pewnie i tak nic nie ma. Nic też nie było. Najbardziej dobijało mnie to, że jak on mi nie odpisze w najbliższym czasie, to ja serio będę tak wisieć na tej poczcie, no bo nie wiadomo, może na przykład nie miał sieci i przez pół roku nie będzie mógł odpisać, a potem się zdecyduje, a ja cały czas będę tkwić w takim napięciu i że w sumie to chyba teraz jeszcze bardziej pogorszyłam sytuację. Chociaż obecnie uważam, że pewnie taka sytuacja przyczyniłaby się do tego, że mój mózg po prostu by wytłumił fazę, albo ja celowo bym się o to postarała.
Zaczyna się kolejny dzień, mnie strasznie boli mózg, zwlokłam się z łóżka tylko dlatego, że miałam szwedzki, tak to bym leżała plackiem i nawet poczty bym nie sprawdziła, ale szwedzki mam rano, mój nauczyciel dość wcześnie wyjeżdża, więc stwierdziłam, że pewnie już i tak jest w drodze i nie będę odwoływać, a mózg mi pewnie przejdzie, o ile to nie jest tradycyjnie jakaś migrena.
No więc skoro się zwlokłam, sprawdziłam pocztę i... no serio, dosłownie zapomniałam na chwilę, jak właściwie się oddycha. :D ODPISAŁ MI GWIL! Mózg też mi przeszedł. Przeszedł mi w ogóle chyba do jakiegoś innego stanu skupienia.
Potem chyba z dwa tygodnie miałam zwyczaj czytać sobie tego maila przed snem, więc pamiętam go stosunkowo dobrze, zresztą całą naszą korespondencję przechowuję.
Absolutnie nie spodziewałam się takiego entuzjazmu, może nawet większego, niż mój, no ale Gwil jest już taki "enthusiastic". Na wstępie dowiedziałam się, że jestem "Incredibly Amazing". :D Wow. Generalnie nie jestem jakoś bardzo wrażliwa na to, jak któś mi słodzi, chyba po Tatulu mam taką reakcję, że zawsze mi się wtedy włącza ironia, ale wtedy chwilowo nie zadziałała, wiadomo, faza. Dowiedziałam się także, że jestem "like a bit of a linguistic genius" :D oraz że Gwil będzie "more than happy" będąc moim penpalem. TO co dopiero ja mam powiedzieć? :D Napisałam, że ja jestem "extremely happy". Cieszy się, że lubię jego muzykę i że będzie nagrywać też coś w tym roku, więc "I'll have to ask you what you think about it before I release it haha". Nie miałam pojęcia, czemu haha, czy to jest takie śmieszne, że ja lubię jego muzę, czy, że odtąd będzie mieć krytyków muzycznych nawet w Polsce, czy, czego się obawiałam, że nie mówi tego poważnie, ale okazało się, że tak, bo już mi część pokazał hihi. :D Bardzo też go zastanawiało, czemu zdecydowałam się uczyć walijskiego, a nie baskijskiego czy irlandzkiego, bo przecież są bardziej wymarłe i trudniejsze. :D Stwierdził też, że to jest cudowne, że ludzie się tak namiętnie interesują kulturą walijską, ale że jeszcze mu się nie zdarzyło, żeby któś się aż tak fascynował. Ale najbardziej powaliła mnie ostatnia rzecz. Końcówkę maila pisał mi po walijsku, byłam z siebie strasznie dumna, bo wszystko zajarzyłam i mu potem dorzecznie odpisałam. To, co mnie powaliło, to fakt, że podpisał się "Dy Gyfaill Newydd, Gwilym". "Dy gyfaill newydd". Nawet ja wiem, znaczy nawet już wtedy wiedziałam, że tak, jak inglisze mają jedno słowo friend do wszystkiego, tak po walijsku można mieć i kolegę (ffrind) i przyjaciela (gyfaill). Odpisałam mu dopiero po szwedzkim, na szwedzkim natomiast nie mogłam się skupić, w ogóle mózg mi odlatywał, plątał mi się szwedzki z angielskim a nawet z walijskim, miałam wrażenie, że mój nauczyciel zaczyna wątpić w to, czy aby na pewno nadal jestem jego najlepszą uczennicą, bo istotnie wyglądało to tak, jakby mi się mózg poważnie zlasował, albo po prostu jakbym coś wzięła psychoaktywnego. :D Na szczęście po tym tygodniu na szwedzkim było już OK.
No i tak odtąd piszemy z Gwilem. Ufam, że się nie domyśla, że mam fazę, a przynajmniej jej rozmiarów, chociaż wie, że się fascynuję jego muzyką, bo już pisaliśmy o naszych muzycznych fascynacjach, miałam niemały dylemat, czy mu pisać, ale zgodnie z radą mojej Mamuli, umieściłam Gwila idealnie pośrodku moich wszystkich fascynacji.
Co jakiś czas bardzo mnie zaskakuje, jak na przykład jeszcze przed wakacjami, nagle stwierdził, że to nie może tak być, że on mi będzie pomagał z walijskim, a ja nic i... że chce, żebym ja go w wakacje, jak będzie miał więcej czasu, uczyła polskiego. Bardzo mnie ciekawiło po co, ale Gwil stwierdził, że po prostu "for fun", a potem ja mu doradziłam, że będzie mógł pomagać tym wszystkim Polakom, co do Walii przyjeżdżają i nic po angielsku nie jarzą, a walijski jeszcze ich dodatkowo przytłacza. :D Aczkolwiek wtedy to by już miał bardzo dużo działalności. No w każdym razie mi się pomysł z polskim spodobał, już kilkoro moich penpali w ramach wymiany uczyłam lub uczę trochę polskiego, dla nich wszystkich pierwszym językiem jest angielski lub szwedzki, a że walijski ma bardziej podobne dźwięki do polskiego niż taki angielski, to Gwilowi idzie pięknie, zresztą bilingualnym od dzieciństwa wszystkie języki zawsze idą pięknie, to jest to, czego ja im będę zazdrościć przez wszystkie wieki wieków.
Odkąd znam Gwila, moim ulubionym wyrażeniem anglijskim jest "Show me". Na ogół rzadko się składa tak, żeby Gwil miał tak serio więcej czasu i żeby mi napisał w ciągu dnia więcej, niż jedną wiadomość, pewnie, gdyby czasu miał więcej, moglibyśmy trochę też nawijać, żeby jeszcze bardziej te nasze języki rozwijać. Ale, że nie możemy, to ja Gwilowi nagrywam różne rzeczy po polsku i wysyłam. W ten sposób dowiedział się także, że jestem dobra z walijskiej fonetyki, co zresztą sama wiedziałam. :P No ale w pewnym momencie wymyśliłam sobie: "Co z tego, że jestem dobra? Przecież mogę niektórych rzeczy nie ogarniać, no nie? A Gwil mi może pokazać". No więc teraz regularnie jak czegokolwiek nie jarzę, to piszę do Gwila, żeby mi to pokazał, bo ja nie wiem, jak to się mówi albo coś tam, albo żeby mi pokazał cóś tam po polsku, bo chcę zobaczyć, czy na pewno jarzy, więc wtedy mi nagrywa, kiedy ma czas, no i ja to kolekcjonuję podobnie jak naszą korespondencję i tak właśnie się dowiedziałam po raz pierwszy, że ma strasznie zarąbisty akcent po ingliszu, zarąbiściejszy od tej Elin z "Now You're Talking", bo w ogóle inny. Jak śpiewa po ingliszu, to nie zawsze to aż tak widać, mimo, że widać bardzo.
Teraz jak byłam w Sztokholmie też Gwil do mnie napisał i tą wiadomością totalnie zrobił mi chaos w mózgu. Napisał, że jest w Cardiff i że jak wróci i jak ja wrócę ze Sztokholmu, to mi coś pokaże. Tak mnie cisnęło, żeby się dowiedzieć, co, no bo kompletnie nie miałam żadnego pomysłu, o co może chodzić i co on mi może chcieć pokazać, tak o tym ciągle myślałam, że... no normalnie nie mogę. Na szczęście on wrócił z Cardiff szybciej, niż ja ze Sztokholmu, więc nie musiałam dłużej się torturować lub udawać, że mi to niemalże wisi, co on mi chce pokazać. No i mi właśnie pokazał sesję, którą miał w Cardiff, z takimi bardzo wstępnymi nagraniami do tego nowego albumu. Nie wiadomo, czy to wszystko na nim będzie, ale to jest akurat najmniej ważne. Tak więc ja się postanowiłam przyłożyć i skrupulatnie zrecenzować i tak też zrobiłam.
Czasami zresztą w ogóle pokazujemy sobie różną muzę, bo tak się składa, że całkiem sporo wspólnych rzeczy lubimy, głównie dlatego, że ja się zdążyłam wcześniej obkuć z muzyki walijskiej, ale nie tylko z walijskiej te same rzeczy lubimy. No i przez Gwila poznałam też wiele fajnej muzy, na przykład taką babkę, która się nazywa Alys Williams i taki stary walijski zespół, który się nazywa Gorky's Zygotic Mynci. A ode mnie Gwil podłapał muzykę lapońską.
I nie zapomnę, jaką mi zrobił niespodziankę wtedy jak miałam urodziny, to znaczy on o tym nie wiedział, że ja wtedy miałam urodziny, ale sam fakt, że zanim dojechał do BBC zdecydował się do mnie napisać, że niedługo będzie w BBC i że będą pewnie grać z takim jego kolegą, Gethinem Griffithsem, po prostu mnie rozwalił.
Inna sprawa: jak już Wam pisałam, mój Tatul jakoś bardzo się interesuje Gwilem, najbardziej tym, że, jak to ujmuje "struga korki", czyli robi clogi. :D A, no i jego Mitsubishi. I któregoś dnia do mnie przychodzi i się mnie pyta "Jak tam ten twój Gril, cały czas struga korki?" Najpierw był Gil, teraz Grill, starałam się coś z tym zrobić, ale poległam, więc niech mu już będzie, zresztą ten Grill jest śmieszny. "No struga, z dnia na dzień chyba by mu nie przeszło, a czemu?" - spytałam. "To mu powiedz, żeby mi też wystrugał.". "Yyyyy że co? Ja mam mu powiedzieć?" "No powiedz mu, ja bym chciał zobaczyć, jak wyglądają takie walijskie korki. Do pracy w nich pojadę, wszyscy mi będą zazdrościć". Haha, bardzo śmieszne. :D "No dobra, zobaczymy, co się da zrobić". - stwierdziłam, chociaż w ogóle tego nie traktowałam serio. Potem jednak postanowiłam napisać o tym Gwilowi, również nie serio, bardzo hahahihi, dokładnie tak, jak to powiedział Tatul, doszłam do wniosku, że już jesteśmy na takim etapie, że spoko, czyli, że mój Tatul życzyłby sobie, żeby on mu zrobił clogi w rozmiarze czterdzieści sześć, takie jakieś bardzo walijskie i żeby coś na nich napisał po walijsku, żeby je Tatulowi przywiózł i przyjechał na piwo z Polski. :D Gwil odpisał, że dobra i że przywiezie Tatulowi walijską whiskey. Ja napisałam, że Tatul whiskey nie lubi, ale ja owszem, więc z pewnością się ją skonsumuje. :D Wszystko oczywiście hahahihi.
"I co? Napisałaś Grillowi, że ja chcę clogi?". "No tak. Przywiezie i clogi i whiskey". "Ale jakie clogi, co to jest?" - zainteresowała się Mamula, której tydzień temu objaśniałam, czym są clogi. Gdy jej objaśniłam, Mamulka stwierdziła. "Oo, to jak taka okazja jest, to ja też chcę". "Boże, to co, mam mu napisać?". "Ano pewnie". "Eee no, ale serio?" - mojej Mamuli raczej dzikie pomysły do mózgu nie przychodzą. "No a czemu nie? Jak zrobi to super". No to napisałam, że jeszcze Mamulka chce jakieś clogi bardzo walijskie w rozmiarze 42, ale bardzo lekkie, bo chce w nich na co dzień chodzić i żeby jej przywiózł i że zrobi z tej okazji prawdziwy, polski chleb. Gwil stwierdził, że dobra, zrobi, ale za czas jakiś, bo mają z tym całym Treforem strasznie dużo tych clogów do zrobienia no i inne rzeczy są też w życiu i że wtedy przywiezie walijskie ciasto od swojej babci. :D Niemniej jednak chociaż ja do sprawy podeszłam bardzo niefrasobliwie i cały czas wydaje mi się to śmieszne, rozmawiałam z Tatulkiem, który mi powiedział, że naprawdę by chciał mieć clogi i że by chciał poznać Gwila, przejechać się jego Mitsubishi i zobaczyć, czy ja naprawdę umiem mówić po walijsku, bo ciągle twierdzi, że świruję, nieważne, co bym robiła, żeby mu udowodnić, że to nieprawda, a Gwil chyba też poważnie do sprawy podchodzi, bo ostatnio mi mówił, że może niedługo mu się uda zrobić te bardzo walijskie clogi dla Tatula. Zofijka też się interesuje Gwilem, a Gwil Zofijką, zawsze się pyta, jak tam Sophia, mówi na nią Zofika, oboje lubią piłkę nożną i oboje lubią się wydzierać, kiedyś im mówiłam, że zorganizuję im jakiś konkurs, kto głośniej potrafi, bo serio nie wiem.
Także jest wesoło.
Poznałam też drugą taką świrówkę jak ja, a nawet większą, taką Lucy z Walii, która się publicznie w sieci przyznała nie tylko, że ma fazę, czy crusha, czy cokolwiek, ale, że kocha Gwila, no, a że szczęśliwie ja to widziałam, to do niej napisałam i teraz do siebie piszemy maile, ostatnio nawet Lucy napisała jakiś wiersz o Gwilu :D ja też próbowałam, ale w stosunku do patetycznego wiersza Lucy wyszedł bardzo prozaicznie i jest raczej śmiszny, a nie jakiś tam romantyczny, głównym jego tematem jest Mitsubishi Colt, którego posiadaczem jest Gwil, ja w ogóle nie umiem pisać poezji. A że to było po ingliszu, to w ogóle tak jakoś dziwnie. Prozą OK, ale jak ktoś potrafi coś napisać wierszem i jeszcze żeby to serio było wartościowe to full respect.
A co do tego powodu, dla którego się tak wahałam, może już nawet się domyślacie, jak już wiecie cokolwiek. Pisałam, że chciałam i chcę nadal, żeby może kiedyś robić na tym blogu wpisy też po ingliszu, dla moich różnych anglijskojęzycznych znajomych i może dla ludzi na Eltenie, którzy nie mówią po polsku, jak będą chcieli i się ich tu więcej pojawi, bo kilkoro z moich znajomych mnie zachęcało do pisania bloga po ingliszu, w tym także Gwil. Zastanawiałam się więc nad tym, czy lepiej napisać tu ten wpis i potem jeszcze pisać o Gwilu, czy też może nie robić tego i z czasem zaprosić Gwila na mojego dwujęzycznego bloga. Doszłam jednak właśnie do tego wniosku, że bez wpisów na temat mojej obecnej fazy blog ów byłby troszkę nieautentyczny, a Gwil pewnie i tak nie miałby czasu tu wchodzić i czytać moich rozkminów dziesięciostronicowych. :D A nawet jak, to tego wpisa się zedytuje/usunie. :D
OK, zbliżamy się do końca wpisu. Z pewnością, tak jak i o innych moich fazach, jeszcze nieraz napiszę coś o Gwilu, ponieważ jak już pisałam moje fazy są ogromną częścią mojego życia, a co dopiero te wielkie, przy okazji Gwil się łączy ściśle z walijskim, a walijski też jest ogromną, jeszcze większą, częścią mojego życia.
No sorry, że ten wpis jest taki długi, ale inaczej by się raczej nie dało. Mam nadzieję, że przynajmniej jakościowo jest dość zjadliwy. :D
Za chwilę będzie tradycyjnie jakiś awatar, na początek z solowego albumu Gwilyma, już się prawie zdecydowałam, więc powinien się pojawić stosunkowo szybko.


2017-08-21 19:16:57
hazel96
Kocham Twoje angielskie wtrącenia typu full respect. Najbardziej uśmiałam się z "More than happy". Super,
że masz stały kontakt z obiektem swojej fazy. Ja pewnie nie odważyłabym się mu nic dłuższego napisać
albo każdą wersję maila wyrzucałabym do kosza. Ano i na koniec wybacz mi moje filologiczne rozkminy,
ale on ma akcent brytyjski czy amerykański?
2017-08-21 20:16:28
moozgish
Bardzo fajnie, że Ci się podobają moje "angielskie wtrącenia", lubię mieszać języki, tak jak i style, a w tym wpisie to było konieczne, ze względu na tematykę raczej. Filologiczne rozkminy są fajne. Gwil, ponieważ pochodzi z Walii, która jest oczywiście częścią Wielkiej Brytanii, ma akcent brytyjski, północnowalijski mówiąc ściślej, czyli jest takie r jak u nas, albo nawet jeszcze bardziej, jest taki strasznie śpiewny, jest w nim takie bardziej polskie u i inne takie szczególiki, jeszcze nie raz będę pokazywać walijski angielski akcent w awatarach, Gwila też.
2017-08-21 21:35:42
hazel96
no to tym bardziej będę Twoją wierną czytelniczką. Zrobię Ci stalking haha. Osobiście uwielbiam czysto
brytyjski, o ile jest takie pojęcie, bo wszędzie się mówi, że jest pełno dialektów i dialekcików. Ponoć
ciekawy jest akcent australijski, ale nigdy nie miałam okazji go usłyszeć. Jednak w przyszłym roku będę
uczęszczać na przedmiot w pełni poświęcony dialektom, więc może poszerzę swoją wiedzę.
2017-08-22 11:21:20
moozgish
Ja wielbię wszelkie akcenty brytyjskie, nawet najbardziej zaściankowe dialekciki, uwielbiam też Received Pronunciation, bo to chyba jest ten czysty brytyjski, o ile czegoś nie pochrzaniłam, mimo, że Britisze twierdzą, że taki akcent jest strasznie nudny. Australijski jest spoko, ale brytyjski jak dla mnie nieporównanie lepszy. W ogóle rozkminianie akcentów we wszelkich możliwych językach to jest fajna zabawa, także myślę, że fajnie będziesz mieć z tymi dialektami. :)
2017-08-22 12:39:23
hazel96
Też mam taką nadzieję.
2017-08-22 16:56:56

Randomowy wpisik o mnie.

Witajcie!
Dawno nic nie pisałam w tej kategorii, tak sobie to przed chwilą uświadomiłam, próbowałam znaleźć jakiś dorzeczny writing prompt, albo jakiś challenge, ale nic mnie jakoś nie zainspirowało, toteż, że akurat na obecną chwilę nie mam nic ciekawszego do roboty, postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma totalnie randomowymi informacjami o mnie.
Zdecydowanie jestem bardziej sową, niż skowronkiem. Czasem zdarza mi się nie spać całą noc, bądź dlatego, że po prostu usnąć nie mogę, albo dlatego, że przecież w nocy jest tyle ciekawych rzeczy do robienia. Po prostu lubię ten nocny klimat, zawsze mam wrażenie, że w nocy mózg jakoś inaczej funkcjonuje, jest jakiś bardziej otwarty. Książki, które czytasz w nocy, bardziej zapadają w pamięć, bardziej poruszają. Masz więcej weny, albo jakieś kompletnie szalone pomysły. Można naprawdę dużo rzeczy robić, albo po prostu sobie zamulać przy jakiejś dobrej muzyce, albo pisać z kimś w innej strefie czasowej, albo z kimś jeszcze bardziej świrniętym, kto nie śpi już na przykład czwartą noc z rzędu. :D Taaak, znam takich ludzi, co tak mają. Jednak jak już kiedyś pisałam mój rytm snu i czuwania jest dość niestabilny, w związku z czym czasem kładę się do snu bardzo wcześnie, bo jestem po prostu wykończona, wstaję po dwunastu godzinach, a czasami kładę się o północy i o czwartej już bawię się z Mishą, bo mam za dużo energii. :D
Uwielbiam konie. Sama jeżdżę w stadninie na koniu o imieniu Czardasz, na którego jednak wszyscy mówią Łoś, z nim dogaduję się najlepiej. TO jest taki śmieszny zamuł, po końskiemu ma już ponad sześćdziesiąt lat, sporo przeszedł w życiu, ma bardzo mądry mózg. Ostatnio zresztą jak na nim jechałam to się wyglebiliśmy, bo było tak gorąco, że jak szedł, to przymulił i przysnął. Był to mój pierwszy tego typu wypadek, więc porządnie się wystraszyłam, ale na pewno jeszcze wiele takich będzie, Łoś tak często z ludźmi robi, mi się to przytrafiło stosunkowo późno, bo znamy się już naprawdę długo, ale nic się poważniejszego nie stało. Mam też zastępczego konia, na którym zawsze jeżdżę jeśli z jakichś przyczyn nie mogę na Łośku. Nazywa się Rudy, znaczy tfu, mówimy na niego Rudy, ale nazywa się Tarzan, to bardzo wrażliwy koń, strasznie szybko reaguje na to, co robisz, w sensie dosiadem, więc dużo się od niego można nauczyć w dość szybkim czasie. Jest też od Łosia dużo mniejszy.
Byłam za granicą trzy razy: na Litwie, na Słowacji i w Szwecji. W dwóch pierwszych krajach właściwie tylko na chwilę. Na Litwie tylko w Wilnie, bo akurat spędzaliśmy wakacje na Mazurach i Tatul tak sobie wymyślił, tak po prostu sobie po tym Wilnie łaziliśmy, poza tym moja Mamulka i ja jesteśmy przywiązane emocjonalnie do Matki Bożej Ostrobramskiej, więc byliśmy też w kościele pod jej wezwaniem. Na Słowacji natomiast byliśmy w Oravicy, również na jeden dzień, byliśmy tam w termach i bardzo miło spędziliśmy czas. Oba te wyjazdy były stosunkowo nieodległe od siebie, Zofijka była wtedy jeszcze dosyć mała i jeszcze długo po tej Słowacji jak gdzieś dalej wyjeżdżaliśmy, to znaczy jak jej się wydawało, że daleko, to Zofijka pytała się podczas drogi: "A to jest jeszcze Polska?". :D Więc się śmialiśmy, że Zofija jest jak taki obywatel świata. No a o moim wyjeździe do Szwecji to już Wam pisałam.
Przed Mishą miałam jeszcze kiedyś, w zamierzchłych czasach, innego kota. To był taki zwykły dachowiec, trafił do nas przypadkowo. Moja babcia i dziadek mają taką pracę, że są zawodowymi jajcarzami. To znaczy oczywiście sprzedają jajka. W różnych piekarniach i tak dalej, ale też prywatnym ludziom. No i kiedyś właśnie babcia wróciła z tych jaj i przyszła do nas z kotkiem, którego dostała od jakiejś pani, u której była i która nie wiedziała, co z nim zrobić, bo była w ciąży, a ten kot mieszkał w domu, więc byłby problem z kuwetą. Więc babcia dała nam tego kota, Mamulka bardzo się do niego przywiązała, ja nieszczególnie, zawsze mi się wydawał jakiś taki... no taki trochę jak stereotypowy kot, choć nie mogę powiedzieć, że go nie lubiłam, bo lubiłam go, ale nawet w połowie nie tak jak Mishę. Zofijka bardzo lubiła ściskać tego kota za szyję, tańczyła z nim po całym domu i w ogóle się nad biedakiem znęcała, wymyśliła też mu imię, też raczej przypadkowo, bo wtedy dopiero zaczynała mówić i zawsze wołała na niego Kiki, no i tak zostało, bo jak dotąd był u nas przez długi czas bezimienny. Potem jednak mi się mocno nasiliła alergia na niego, bo ja tak formalnie patrząc posiadam alergię na ślinę kota, czy co to tam jest takie alergizujące u kotów, była na tyle mocna, że już mi się ciężko funkcjonowało, Tatul zresztą tego kota nie lubił, mimo, że Kiki okazywał największe przywiązanie właśnie Tatulowi, więc oddaliśmy go mojej cioci, która choruje na SM, także pełnił wtedy trochę taką funkcję, jak teraz u mnie Misha, taki towarzysz doli, niedoli i wszystkich okresów pomiędzy. Z czasem i tam nie miał się nim kto zajmować w ciągu dnia i tak z tego co mi wiadomo Kiki trafił do Warszawy. Teraz jak wiecie jest z nami Misha, na którego nie mam alergii prawie wcale. Mój lekarz alergolog twierdzi, że to jest autosugestia, co wydaje mi się być bardzo prawdopodobne, inna sprawa, że koty rosyjskie są podobno hipoalergiczne, no ale hipoalergiczny nie znaczy, że nie uczula w ogóle, zwłaszcza, jak śpi z kimś na jednym łóżku, a ja tej alergii na co dzień na serio właściwie nie odczuwam.
Ostatnio zaczęłam bardzo lubić wszystko, co malinowe. Maliny lubiłam zawsze, ale takiej fazy jeszcze nie miałam, jeśli już, to na jagodowe rzeczy w dzieciństwie. Tatul kupił ostatnio jakąś herbatę malinową, w ogóle taką bardzo naturalną chyba, bo jak Zofijka zostawiła niedopitą na stole, to muszki owocówki się nią zainteresowały :D tak czy inaczej jest bardzo dobra, ja jej piję strasznie dużo. Ostatnio jadłyśmy też z Zofiją kisiel malinowy, muffinki malinowe, a w niedzielę byliśmy na lodach i ja, chociaż były tam moje ulubione lody czekoladowomiętowe, wzięłam dwie kulki lodów malinowych. Mam kurczę chyba jakieś niedobory czegoś, co jest w malinach, a nie ma nigdzie indziej, czy coś, dziwne to jest. :D Kosmetyków malinowych nie lubię, w ogóle mnie odrzucają kosmetyki o zapachu jedzenia, taki spadek mam po Mamuli, no chyba, że olejki. Olejek malinowy moja Mamulka posiada. Genialnie pachnie.
Uwielbiam Jacka Danielskiego, w sensie Jacka Danielsa oczywiście. W ogóle lubię whisky, już o tym zresztą pisałam, ale Jacka najbardziej. Mój Tatul mi to wypomina, ilekroć tylko może, że ja niby jestem zdrajczyni, bo sympatyzuję ze Szkotami i w ogóle wszystko Scottish, a whisky to piję amerykańską, ale według mnie to nie ma nic do rzeczy, szkocka whisky też jest dobra, chciałabym kiedyś spróbować walijskiego Penderynu, może w niedalekiej przyszłości mi się uda. W każdym razie, powracając do Jacka, czysty jest dobry, ale jak dla mnie w niewielkich ilościach, na ogół piję go z pepsi. Ale lubię też pić Jacka jak jest mi zimno, z jakąś dobrą herbatą, miodem i czystą witaminą C, zamiast cytryny, bo jak dodasz cytrynę do herbaty, to się wytwarza glin, a glin jest bardzo szkodliwy dla mózgu, no a co jest dla rozwoju ludzkości ważniejsze, niż prawidłowo działające mózgi. I uwielbiam kawę z Jackiem. Najlepiej kawę Irish Cream, ale jakakolwiek normalna, mielona kawa jest git z Jacusiem.
OK, to by było chyba tyle.

2017-08-15 15:22:26
pajper
Maliny są pyszne. :D
A w jakiej stadninie uczysz się jeździć?
Naszej Bolszewskiej? Bo szczerze mówiąc nie wiem nawet czy tam przyjmują do nauki. :)
2017-08-15 17:34:53
moozgish
Jeżdżę w pobliżu Pegaza w Redzie, tam jest taki jakby główny Pegaz i obok jeszcze takie cóś mniejsze tylko z kilkoma końmi, tu mi jest najbliżej i fajnie jest. Formalnie rzecz ujmując jest tam hipoterapia, jeżdżą wyłącznie niepełnosprawni, ale ponieważ moja hipoterapeutka zajmuje się też ujeżdżaniem, a ja należę do niezbyt
licznych tam osób, które sobie same radzą na koniu, więc obecnie po prostu uczę się tam ujeżdżania i nie bardzo to typową hipoterapię przypomina. :D
2017-08-15 19:09:13
pajper
Rozumiem. :D
Przyznam uczciwie, że stadniny w Redzie nie kojarzę. :)
2017-08-15 19:34:08
moozgish
No ja też nie kojarzyłam, że w Bolszewie jakaś istnieje.
2017-08-15 19:54:39
pajper
Jest, jest.
Ale wydaje mi się, że tam nie ma szkolenia z jazdy konnej.
2017-08-15 22:17:41
jamajka
O! Ale patent! Też tak muszę zrobić. Może sobie nawzajem podbijemy popularność i zrobimy q & a, co? A, no i chciałam tu oficjalnie, głośno wykrzyczeć całemu światu, że ja uwielbiam, kocham wręcz, twoje zwariowane pomysły! Te z weną twórczą na przykład! :d Pozdrawiam cię, jako człowieka, który rozłożył mój mózg na części pierwsze, zrozumiał wszystko, uśmiechnął się i złożył w prostrzy sposób. :d
O, ja nie wiedziałam, że ty taka miłośniczka Jacka jesteś. :p
2017-08-17 20:37:49
moozgish
No też tak sobie właśnie pomyślałam, że pomysł na taki wpis jest całkiem fajny. W ogóle takie właśnie randomowe wpiski załatwiają sytuację, jak nie wiesz, o czym pisać na przykład, ja w sumie zawsze raczej wiem, ale fajnie sobie cóś takie porobić. Pomysł z Q&A, jak już Ci zresztą pisałam na Twoim blogu, też mi się bardzo podoba, trzeba się podbijać. Ja uwielbiam babrać się w ludzkich mózgach, także cała przyjemność po mojej stronie. :D A Jacek Danielski nie jest wyjątkiem od regóły, tak, jak mam fisia na większość znanych mi Jacków, tak i również na niego.
2017-08-18 13:13:51
hazel96
@moosbish, babranie się w ludzkich mózgach brzmi sadystycznie :P
2017-08-22 19:36:13
moozgish
Eee tam sadystycznie. Chirurdzy też się babrzą w ludzkich mózgach i wątpię, żeby to wynikało z sadyzmu. :D Czasami interwencja bardziej inwazyjnymi metodami jest konieczna. ;)
2017-08-22 20:11:00

Inspiracja.

Piękny dzień zaczyna się wtedy, gdy twój umysł jest piękny. Kiedy budzisz się, poświęć sekundę i pomyśl o tym, jaki to przywilej po prostu być żywym i zdrowym. Gdy zaczniesz zachowywać się tak, jakby życie było błogosławieństwem, zapewniam cię, że zaczniesz tak je odczuwać. Czas doceniony jest czasem wartym przeżycia.
Autor nieznany.
2017-08-15 14:22:17

To ja Misha dawno mnie nie było.

Hhrrru?
Co tam u Was słychać? To ja Misha. Dawno mnie tu nie było, bo nie chciało mi się gadać. Chciałem Wam powiedzieć o kilku ciekawych rzeczach, które się mi ostatnio przydarzyły.
Zrobiłem wczoraj Emi niespodziankę. Haha, pięknie się udała. Bardzo lubię robić niespodzianki, bardzo lubię rozśmieszać ludzi, zadziwiać, lubię, jak się śmieją i cieszą, bo wtedy są dla mnie mili i lubię ludziom pomagać, podobno po to jestem na ziemi. No więc sobie pomyślałem, że zrobię niespodziankę Emi, na pewno się z takiej niespodzianki ucieszy. Przespałem prawie cały dzień i wciąż chciało mi się spać. Wszedłem do Emi do pokoju, tak bardzo cichutko, sprawdziłem, czy jest, no i była, ale nawet nie zauważ yła, że wszedłem. Ja rzadko tak cicho idę, że nikt mnie nie słyszy, ale potrafię tak iść i się udało. Tym bardziej było łatwo, że Emi miała słuchawki i słuchała jakiejśwrzeszczącej muzy. Więc ja bardzo cichutko wszedłem do mojego łóżeczka, do kosza, który stoi na łóżku Emi, bo ja mam kilka różnych łóżek. Wszedłem i się tak cicho śmiałem, bo byłem ciekawy, kiedy Emi mnie znajdzie co wtedy zrobi. Ale to strrrasznie długo trwało i nic, więc trochę się niecierpliwiłem, a w końcu zasnąłem. Obudziłem się dopiero jak przyszła ta wrzeszcząca Zofija, siedziała na łóżku i o czymś bardzo głośno gadała i nawet mnie nie zauważyła. I one tak bardzo długo gadały i gadały i nic, nikt na mnie nie zwracał uwagi, aż mi się trochę smutno zrobiło. Ale potem było śmiesznie. Emi się zapytała gdzie jest właściwie Misha, a Zofija powiedziała nie wiem, pewnie ciągle śpi na walizkach jak jakiś bezdomny, stary dziad. I wyszły z pokoju i wołały Miiiiiishaaaaa, Miiiishaaaa, Miiiiishaaaa. Śmieszne, nie? Aż się trząsłem ze śmiechu. No i wtedy właśnie one na chwilę przestały się drzeć, a ja tak się trząsłem, że aż kosz trzeszczał i jeszcze mlaskałem, bo takie to było wszystko śmieszne, one to usłyszały i na mnie lecą "Misha, Misha, Misheczka, co ty tu robisz, tu jest Misha, tu jest Misha, tu jest Miiiishaaaa", normalnie jakiś cyrk. Zofija powiedziała, że trzeba mi zmienić koc w łóżku, bo jest białoszary i mnie na nim nie widać. Przestraszyłem się, bo nie chciałem wstawać, nie lubię takiego zamieszania, ale to chyba był żart. Nie rozumiem czasem, po co ludzie żartują. Ja nie chciałem powiedzieć, jak długo tam już byłem, więc Zofijka mnie lekko podniosła i sprawdziła, jak jest ciepło w koszu. Było gorąco, więc się domyśliła, że już jestem bardzo długo. I byłem jeszcze dłużej, prawie do nocy. Potem tylko wstałem na kolację i Emi z Mamulą oglądały jakieś głupie filmy, a potem Emi mnie znowu wzięła do snu.
Ahaa. Ale jeszcze Wam nie opowiedziałem o jednej, bardzo ciekawej rzeczy. W niedzielę miałem bardzo daleką podróż. Naprawdę. Aż do kościoła. Spałem sobie milutko w garderobie, aż tu nagle mama mnie obudziła tak głośno Misha wstawaj i mnie podniosła. Pobiegłem na dół, żeby sobie znaleźć inne miejsce do snu, ale Mamula zaraz przyszła i przyniosła moje łóżeczko, właśnie ten kosz, który stoi u Emi. I Emi też była na dole. Mamula mnie położyła do tego kosza i powiedziała, że jestem bardzo grzeczny, bo się nie wyrywałem. Wtedy tylko usłyszałem taki dziwny dźwięk i już nawet nie mogłem się wyrwać, bo dookoła tylko była jakaś kratka i mogłem tylko patrzeć i słyszeć co jest nazewnątrz i Emi mnie głaskała. Potem ktoś mnie wziął w tym koszu na ręce i gdzieś długo niósł, strasznie trzęsło, potem mnie gdzieś położyli i trzęsło jeszcze bardziej i warczało. Ja już kiedyś byłem w tym trzęsącym i warczącym czymś, jak jechałem do lekarza, jak miałem chore oko. Emi mnie głaskała i mówiła cały czas, że jestem dobry, spokojny Misha. Starałem się być spokojny, ale się w środku denerwowałem, bo nie wiedziałem, co się dzieje. Potem to coś przestało warczeć, znowu byłem na podwórku, Emi mnie niosła i potem słyszałem bardzo dużo różnych dźwięków. Najwięcej to było psów. Strasznie głośno szczekały, potem mama postawiła mnie na ziemi w koszu i widziałem te wszystkie psy i mnóstwo ludzi i inne zwierzęta i wszystko dobrze słyszałem. Emi przy mnie była i mnie głaskała i podchodzili różni ludzie i się jej pytali, jak się nazywam, najczęściej jakieś dzieci i mnie głaskały, jedno się mnie wystraszyło, chociaż ja wcale nie jestem straszny, ktoś powiedział, że jestem bardzo ładnym królikiem, a jakieś dziecko, jak Emi mu powiedziała, że jestem Misha, to zawołało, mamo, patrz jaka ładna, ona nazywa się Misha. Mama rozmawiała z jakąś panią, że przyjechała, żeby mnie poświęcić, a Emi się śmiała, że będę miał chrzest. Mamula mówiła, że nie rozumie, czemu ludzie się tak dziwią, przecież samochody się święci i rośliny, to zwierzęta też trzeba i różne inne mądre rzeczy mówiła, to znaczy tak mi się wydaje, że to było mądre, bo ja z tego wszystkiego nic nie rozumiałem i w sumie nadal niewiele rozumiem, ale najważniejsze, że miałem przygodę. Ktoś bardzo głośno mówił coś o zwierzętach, a potem poleciała na mnie woda. Potem znowu Emi mnie niosła z powrotem i znowu siedziałem w tym warczącym czymś, a potem było najlepiej, bo mama pozwoliła mi chwilę pobyć na podwórku. Emi powiedziała, że byłem bardzo dzielny i spokojny, a do mamy powiedziała, że chyba bardziej się denerwowała niż ja, bo się bała, że ja się będę bał. Jak dobrze, że nikt nie widział, że się bałem. Potem byłem bardzo zmęczony i chciałem pospać, właśnie dlatego, żeby się tak nie denerwować i Emi zabrała mnie do domu i znowu położyłem się w garderobie.
Fajnie miałem, nie?
Pozdrawiam wszystkich bardzo Mishnie.
Misha.
2017-08-15 10:24:36
pajper
Hej, Misha, co tam u ciebie?
Już prawie miesiąc się nie odzywałeś, no, bez jednego dnia.
Tęsknimy. :)
2017-09-14 21:08:21
moozgish
Bardzo przepraszam, że tak długo nie pisałem, ale to dlatego, że zapomniałem, że mam swojego bloga, chyba za dużo śpię i dlatego mi pamięć nie działa. A poza tym nic ciekawego tak właściwie się u mnie nie dzieje, to co zawsze, śpię i jem i jem i śpię, i czasem się bawię. No ale od czasu do czasu coś się jednak zdarza i jeśli jutro znowu nie prześpię całego dnia, to coś o tym opowiem. Dzisiaj spałem prawie cały dzień, wstałem jakieś pół godziny temu, ale zaraz pewnie znowu idę spać, bo ludzie już powoli odlatują i na pewno ktoś mnie wpakuje do łóżka.
Misha

2017-09-14 21:36:38

Sobotnie miłe rzeczy.

Sobotę spędziłam bardzo miło.
W piątek wieczorem się zadeklarowałam, że potowarzyszę mojemu biednemu, wiecznie samotnie podrużującemu ojcu w podróży, służbowej rzecz jasna, do Koszalina. Wprawdzie istnieje reguła, że kierowcy cystern przewożących paliwo nie powinni przewozić pasażerów, co ciekawe jeszcze nie tak dawno w ogóle jej nie było, a my sobie normalnie z Tatulem jeździliśmy i nikt od żadnego nagłego wybuchu życia nie stracił, tylko na dłuższych trasach się czepiała kierowców na przykład policja, chyba raczej dlatego, że nie wszystkie tego typu pojazdy były przystosowane do przewożenia pasażerów, na przykład całą drogę jechało się na łóżku, czasem właśnie podczas takich dłuższych tras Tatul zabierał mnie ze szkoły, bo nie było innych możliwości, a ja miałam wtedy przygodę życia, natomiast potem jak była gdzieś w pobliżu policja musiałam się chować pod kocami. :D Teraz jednak jeśli już jeździmy gdzieś z Tatulem, to tylko na krótsze trasy, Koszalin to i tak było stosunkowo daleko. Wstaliśmy więc w sobotę koło czwartej, bardzo miło spędziliśmy podróż, pomijając fakt, że w Koszalinie, tam gdzie Tatul się rozładowywał, były jakieś chamskie ludzie, wskutek ich opieszałości zmarnowaliśmy całą godzinę, ale i tak w domu byliśmy koło dwunastej.
Potem z Zofijką jadłyśmy muffinki malinowe i grałyśmy w różne gry, aha, mówiłam Wam w ogóle, że Zofijka ma już stabilizator? Powiedzieli jej, że noga już nie jest złamana, chyba za tydzień jedzie do kontroli, jednak jeszcze ją boli to kolano i musi chodzić o kulach.
Popołudnie spędziłam bardzo miło, ucząc się walijskiego, słuchając walijskiej muzy, pisząc z walijskimi ludźmi. I z innymi ludźmi także.
Poza tym strasznie dużo czasu spędziłam w blogosferze, aaa... no i bym prawie zapomniała, dostałam ogromnie dużo książek z Audible od mojej koleżanki z Irlandii, też niewidomej, wreszcie się na pewno zmotywuję, żeby jeszcze więcej czytać po ingliszu, zwłaszcza, że większość tych książek dotyczy tematu, na jaki, jak już Wam kiedyś pisałam, obecnie mam sporego fisia i lubię go zgłębiać, mianowicie wszelkich zaburzeń dysocjacyjnych i spraw pokrewnych, a cała reszta również dotyczy psychologii, są tam też książki Casey Watson i Cathy Glass, z których tak niewiele jest przetłumaczonych na polski, a jeszcze mniej udało mi się znaleźć gdziekolwiek w sieci. Także po prostu świetnie.
Czytałam też w sobotę bardzo fajną książkę, "Ja Wiktoria" Cynthii Harrod-Eagles. Jako, że interesuję się Wielką Brytanią, jej historią, fascynują mnie też biografie słynnych kobiet i po prostu lubię królową Wiktorię, wiele przyjemności mi ta lektura sprawiła, mam jeszcze na podorędziu jedną książkę na jej temat, Rolanda jakiegoś tam, nie pamiętam w tej chwili, ale na razie nie będę jej zaczynać.
No i to chyba tyle.

2017-08-14 14:33:47
pajper
Cieszę się, że miły dzień spędziłaś. :)
O stabilizatorze pisałaś.
Z cysterną z paliwem nie jechałem, natomiast kiedy byłem mały, tata dowoził do hurtowni towar ciężarówką.
To też było przeżycie z nim jeździć. :)
A z bliższej przeszłości, niezapomniana przygoda z dnia 2 października 2016.
Wieźliśmy wtedy przez pół Polski rakietę na poligon.
Nie byłoby w tym nic niezwykłego, zdarza nam się jechać z rakietą, gdyby nie to, że w samochodzie było pięć osób, a silniki, ustatecznienie, paliwo i inne systemy powciskaliśmy gdzie się dało.
Przez całą drogę modliłem się, by nikt niczego nie kopnął. :D
I by policja nas nie zatrzymała, bo oczywiście wszelkie zgody mieliśmy, ale nie miałem pojęcia, jak im wyjaśnię to, jak wyglądało u nas w samochodzie. :)
2017-08-14 14:38:43
hazel96
Oo, a dałabyś tę książkę o królowej Wiktorii? O ile masz ją w jakiejś elektronicznej formie.
No i jak poznałaś tę niewidomą koleżankę?
2017-08-14 14:45:11
moozgish
O Boooże, ależ musiałeś mieć adrenalinę. :D Całe szczęście, że nic się nikomu ani niczemu nie stało.
2017-08-14 14:51:23
moozgish
OK, mam ją w PDF-ie, to Ci rzucę. A tę koleżankę poznałam przez jej bloga.
2017-08-14 14:53:31
pajper
Ale, nie ukrywam, ciekaw jestem nagłówków w gazetach, gdyby coś się stało.
Fakt, nie przeczytałbym ich, bo nikt nie przeżyłby startu rakiety z tak bliska.
I oczywiście nie zrobiłbym czegoś takiego, spokojnie.
Ale i tak jestem strasznie ciekaw...
Rakieta wystrzeliła z samochodu osobowego na autostradzie A1. :D
2017-08-14 15:24:22
moozgish
Hahahaha, rzeczywiście. :D Sensacja roku by była. Ludzie by sobie chyba pomyśleli, że dziennikarze sobie jakieś jajca robią.
2017-08-14 15:30:18
pajper
- Admirale Bolden, na orbitę wszedł nowy obiekt. - głos oficera przestrzeni wybudził Paula Boldena z zamyślenia.
- Nie mamy go w wykazie lotów? - Zapytał. Co prawda jego ludzie znali protokoły, raz na jakiś czas zdarzało się jednak, że ktoś pod wpływem adrenaliny zapominał o sprawdzeniu podstawowych danych.
- Nie, sir. Żadnej rezerwacji. To z pewnością jednak rakieta.
- Rakieta? - Zdziwienie Boldena stawało się coraz większe. - Wiecie, skąd ją wystrzelono?
- Tak, sir... Ze środka polskiej autostrady, sir. Mamy to nagrane przez satelitę Columbus.
- Jak to ze środka autostrady? Wybudowali tam kosmodrom?
- Nie, sir. Z samochodu wystrzeliła, przez maskę.
:D
2017-08-14 15:34:59
moozgish
Hahahahahaa, zjawiskowe by to było. :D
2017-08-14 15:43:00
Celtic1002
Bardzo, bardzo się cieszę, że tak miło dzień spędziłaś.
2017-08-15 16:48:08

Danielle Lewis - Breuddwyd Yn Tyfu.

Witajcie!
Chciałam już zrobić wpis dotyczący mojej czwartej fazuni, ale jak zwykle wyszło inaczej. Ostatnio słuchałam sobie radia Cymru FM i usłyszałam tam piosenkę, która obecnie znajduje się w moim awatarze. Piosenka owa, jak zresztą wszystko w radiu Cymru FM, jest po walijsku, nazywa się "Breuddwyd Yn Tyfu", polubiłam ją od razu, gdy ją usłyszałam, taki lekki folkpopik raczej stosunkowo łatwo jest polubić. W ogóle teraz lepiej poznałam wykonawczynię tej piosenki, niejaką Danielle Lewis i polubiłam jej muzykę ogólnie, nie tylko ten utwór. Ma on też swoją wersję angielską, o tytule "Dreams Grow", oba tytuły po naszemu znaczą dokładnie to samo, obie wersje znajdują się w moich plikach udostępnionych, bo angielska też chciałam Wam pokazać. Według mnie jednak ta angielska, mimo, że bardzo ładna, jest mniej naturalna, bo walijska została napisana jako pierwsza, i to angielskie o ile się orientuję jest trochę taką kalką tłumaczeniową raczej, no ale tak się tylko czepiam, bo mi się nudzi, i tak jest fajna. Miłego słuchania, jak zwykle ciekawa jestem wszelkich opinii.
2017-08-14 13:57:19

Lucy Maud Montgomery - Czary Marigold.

Przyszedł czas na recenzję jednej z książek mojej ulubionej autorki, jaką jest Lucy Maud Montgomery.
Czary Marigold czytałam naprawdę bardzo wiele razy, co nie przeszkodziło mi sięgnąć po tą książkę ponownie po raz niewiadomo który z kolei i po raz drugi w oryginale. Oryginalny tytuł tej książki to "Magic For Marigold". Z tytułami polskimi też jest trochę zamieszania, ponieważ istnieją dwa tłumaczenia tej książki na nasz język, a przynajmniej tylko o tylu mi wiadomo, jedno Karoliny Bałłaban pod tytułem "Czarodziejski Świat Marigold", a drugie, bardziej współczesne, Magdaleny Koziej-Ostaszkiewicz "Czary Marigold". Ja więcej razy czytałam tę pierwszą wersję, każda ma swoje plusy i minusy, ale jednak chyba bardziej podoba mi się przekład Koziej-Ostaszkiewicz.
Książki Lucy Maud Montgomery są zaliczane do książek dla dzieci i większość z nich istotnie dla dzieci świetnie się może nadawać, jednakże warto czytać je także później, bo dopiero wtedy można dostrzec bardzo wiele rzeczy, których jako dziecko się nie dostrzegło, zresztą w ogóle za każdym razem, gdy czyta się jakąś książkę, dostrzega się coś innego. Do takich książek, w których wiele rzeczy odkryć można dopiero z czasem, należą właśnie "Czary Marigold".
Marigold Lesley urodziła się po śmierci swojego ojca, mieszka razem ze swoją mamą - Lorraine, - oraz innymi członkami rodziny i dwoma kotami w domu o nazwie Świerkowy Obłok, Świerkowa Kępa, czyli po prostu Cloud Of Spruce. W skład jej najbliższej rodziny wchodzi prócz matki: starsza babka - osoba o bardzo wnikliwym umyśle, lubiąca krytykować innych, bardzo inteligentna, dość władcza i apodyktyczna, ale generalnie jest pozytywną postacią, niestety umiera, gdy Marigold ma kilka lat - młodsza babka - kobieta o stalowej woli, bardzo urodziwa, młodo wyglądająca, szczerze mówiąc ja jej za bardzo nie polubiłam - wujek Klondike - były żeglarz, człowiek o nieco zawadiackim poczuciu humoru i podejściu do życia- ciocia Marigold - lekarka, żona wuja Klondike'a, uratowała życie Marigold, gdy była bardzo malutka, wskutek czego dziewczynka została nazwana jej imieniem,. Poza tym ma jednak niezmierzone ilości ciotek, wujków, stryjków, babek ciotecznych, dziadków wujecznych i innych pociotków. Niektórych to wkurza, ale według mnie jeszcze bardziej ubarwia fabułę. Lesleyowie stanowią swojego rodzaju klan, także Marigold wychowywana jest w poczuciu dumy z przynależności do swojej rodziny.
Marigold jest dziewczynką obdarzoną bujną wyobraźnią, bardzo wrażliwą i oryginalną. W książce przeżywamy wraz z nią bardzo różne przygody, przyjemne i beztroskie chiwile dzieciństwa, problemy, poznajemy świat jej fantazji, który jest naprawdę ogromnie bogaty.
Marigold odbywa wizyty do różnych swoich krewnych, gdzie niemal zawsze poznaje jakieś dziecko, z którym się zaprzyjaźnia lub po prostu spędza czas, przeżywając różnego rodzaju przygody, czasami też przyjeżdżają do niej inne dzieci, jak na przykład kuzynka Gwennie, której Marigold z początku nienawidziła, bo ciotka Josephine zawsze ją do niej porównywała i stawiała jej Gwennie za wzór, okazało się natomiast, że Gwennie ma w sobie bardzo dużo ikry, wymyśla zwariowane zabawy i że można z nią fantastycznie spędzać czas, odwiedziła ją też niemniej psotna z natury rosyjska księżniczka Warwara. W książce widać wyraźnie, że Marigold ma jakąś podświadomą ambicję, żeby stać się bardzo dobrą, wątek ten pojawia się w kilku rozdziałach, najpierw Marigold odczuwa gwałtowne powołanie, żeby stać się misjonarką i jest dobra aż do bólu, a potem podczas jednej z wizyt u rodziny poznaje niejaką Paulę Pengelly, która "bawi się w religię", wciąga do tej zabawy Marigold, dziewczynki odmawiają sobie różnych przyjemności i cała ta zabawa ma dość skrajną formę, co wygląda dość śmiesznie. W ogóle Marigold jest raczej perfekcjonistką, co przejawia się nie tylko w próbach bycia "dobrą", ale także w jej wysiłkach kulinarnych, o których jest mowa w jednym z rozdziałów i które, w przeciwieństwie do bycia nieludzko dobrą, zdecydowanie nie idą na marne. Ponieważ Marigold jest jedynym dzieckiem w Świerkowym Obłoku, na co dzień nie miała za bardzo z kim się bawić, dlatego też wymyśliła sobie przyjaciółkę z wyobraźni, mimo, że młodsza babka konsekwentnie próbowała wybić jej to z głowy. Przez długi czas była to jej najlepsza przyjaciółka, lepsza od wszystkich prawdziwych dzieci, jakie znała.
Uważam, że książka ta jest bardzo dobrą lekturą i dla dzieci, i dla młodzieży, i dla dorosłych, ja zawsze mam ogromną przyjemność z jej czytania, jak i przy każdej książce Maud.
Komu mogłabym ją polecić? Przede wszystkim tym, którzy nigdy wcześniej nie czytali książek Montgomery lub czytali jedynie "Anię Z Zielonego Wzgórza", to znaczy pierwszą część tego cyklu. Także tym, którzy lubią książki Maud, a jeszcze Marigold nie czytali. Tym, którzy czytali, też polecam przeczytać po raz kolejny. Polecam tę książkę wszystkim dzieciom, ja sama przeczytałam ją w wieku mniej więcej lat 12, nie wiem, czy we wcześniejszym wieku normalne dziecko nie pogubi się w ilości krewnych Marigold i innych podobnych szczegółach, które w obfitości tam występują, ale zawsze można spróbować. Moja Zofijka jednak, która ma lat 10, myślę, że by tego nie strawiła. Poza tym mogę tę książkę polecić wszystkim dziewczynom i kobietom, wszystkie książki Lucy Maud Montgomery zdecydowanie mają właściwości kształtujące żeńskie mózgi, kształtują wszystkie mózgi, męskie także, ale żeńskie szczególnie. Poleciłabym Marigold także wszystkim tym, którzy chcieliby powrócić do chwil dzieciństwa, bądź to żeby przypomnieć sobie swoje własne szczęśliwe chwile z tego okresu, bądź, żeby czytając o stosunkowo beztroskim dzieciństwie Marigold nadrobić braki z własnego, jeśli nie było aż tak szczęśliwe. NO i wszystkim tym, którzy lubią sobie wyobrażać różne rzeczy, którzy lubią przebywać na łonie natury, ludziom wrażliwym i może nieco idealistycznym, tak jak Marigold. Aha, no i tym, którzy lubią, tak jak ja, dobrze zarysowane osobowości bohaterów książkowych.
Na koniec chciałabym się z Wami podzielić kilkoma cytatami z tej książki, na ogół nigdy nie czytam książek w ten sposób, że po ich przeczytaniu zostają mi w mózgu jakieś konkretne myśli z niej w całości, niczego też raczej z książek nie wypisuję, ale czytając Marigold po raz niewiadomo który z rzędu, zwracałam uwagę na poszczególne zdania i na zawartą w nich mądrość, albo na to, czy się z nimi zgadzam, czy nie.
"Nie przejmuj się zbytnio tym, co ludzie powiedzą. Rób, co ci się w życiu podoba, jeśli tylko będziesz mogła potem w lustrze spojrzeć sobie w twarz."
"Trwaj przy swoich marzeniach tak długo, jak będziesz mogła, Marigold. Marzenia są nieśmiertelne. Czas nie może ich zabić ani zniszczyć. Można się zmęczyć rzeczywistością, ale nie marzeniami."
"Im więcej jest w twoim życiu rzeczy, w które wierzysz, tym bardziej jest ono, jak ty to mówisz, "interesujące"."
"Jeśli będziesz gonić za mężczyzną, to ci ucieknie. Każdy ucieka, gdy jest ścigany. To tkwi w naszej naturze."
"Ciocia Clo rzeczywiście jest ciocią któregoś z Lesleyów, choć Marigold nigdy nie pamięta czyją. Nie lubi jej, tak samo jak wujek Klon, który utrzymuje, że Clo jest zbyt szpetna, by żyć. - Pod skórą jest na pewno godna miłości - powiedziała kiedyś ciocia Marigold, będąca świeżo po lekturze Kiplinga. - Niech więc ją zdejmie, u licha! - odpalił wujek."
"Najtrudniej w życiu jest być sprawiedliwą. O ileż łatwiej jest być wielkoduszną".
"Nie mogę nic na to poradzić, że podoba mi sie tyle rzeczy i jestem z tego zadowolona. Dzięki temu życie jest o wiele bardziej interesujące."

2017-08-09 19:51:44
Celtic1002
Może w końcu i tę książkę przeczytam, bo nigdy jej nie czytałam, serio. :)
2017-08-09 20:00:04
hazel96
Brzmi ciekawie. Naprawdę ładna recenzja. :D
2017-08-10 14:48:50
moozgish
Dziękuję. :)
2017-08-10 15:43:33

Wczorajsze miłe rzeczy.

Witajcie!
Wczoraj spotkało mnie dość dużo miłych rzeczy.
Pierwszą miłą rzeczą było to, że wreszcie się wyspałam. Niestety znowu miałam jakieś przedziwne koszmary, ja nie wiem, skąd mój mózg to bierze, ale ale mimo to się wyspałam, bo ostatnio jakoś mi to nie wychodziło i już tak trochę łaziłam jak Zombie.
Zofijce zdjęli gips. Na pogotowiu mówili, że będzie sześć tygodni, ale pojechały wczoraj z Mamulką na chirurgię i tam jej zdjęli, żeby zrobić prześwietlenie i okazało się, że nie będzie już potrzebny, założyli jej stabilizator, czy też raczej, jak twierdzi Zofijka, stalibizator, którego ma nie zdejmować w ogóle i musi cały czas chodzić o kulach, żeby tej nogi nie przeciążać, zwłaszcza, że jeszcze ją to kolano boli.
Wczoraj były urodziny Cornelisa Vreeswijka, obiektu mojej trzeciej fazy, któremu wczoraj poświęciłam wpis. Sam fakt, że były wczoraj jego urodziny, jest dla mnie miłą rzeczą, przy okazji też w szwedzkim radiu zrobili reportaż o Vreeswijku, którego pierwszej części wczoraj słuchałam i jak już pisałam aż się rozkleiłam, natomiast na stronie Dagens Nyheter pojawił się quiz o Vreeswijku, który ja postanowiłam zrobić i, o czym również pisałam, nie znałam odpowiedzi tylko na jedno pytanie, choć sama nie wiem, czy to dobrze, czy świadczy to o jakimś moim fiśnięciu, no ale tak już jest ze wszystkimi moimi fazami.
Był to dzień ważny także dla obiektu mojej czwartej fazy, o którym jeszcze Wam kiedyś napiszę osobny wpis, na razie powiem tyle, że obecnie odbywa się taki bardzo ważny walijski festiwal Eisteddfod, w którym między innymi on bierze udział, no i wczoraj miał taki wielki koncert, który, ku mojej niebotycznej wdzięczności, transmitowało BBC Radio Cymru.
Zrobiłyśmy sobie też wczoraj bardzo fajny wieczór z Mamulką, jak to moja Mamulka określiła, wieczór filmowy, nic fajnego w TV nie leciało, ale my i tak miło spędziłyśmy czas, bardzo fajnie się nam nawijało, jadłyśmy różne rzeczy, które zostały z kolacji, którą Mamulka robiła w weekend dla naszych sąsiadów, bo ich zaprosiliśmy, Mamulka zawsze przy jakichś takich okazjach wystawi na przykład oliwki, albo kapary, żeby było tak elegancko i w ogóle, ale okazało się, że oni chyba tego nie lubią, tym lepiej dla nas, bo został cały słoik oliwek i pełno papryczek chilli i w ogóle różnych takich rzeczy, piłyśmy też martini, Mamulka też, co prawda kiedyś mówiła, że zawsze ją po nawet malutkich ilościach alkoholu boli mózg, więc się zdziwiłam, ale Mamulka stwierdziła, że mózg jej nie będzie bolał, no i nie boli chyba, bo wszyscy by raczej wiedzieli. :P
Jeździliśmy sobie wczoraj z Tatulem po Laponii. Na mapach Google oczywiście, już Wam pisałam, że bardzo często zwiedzamy świat w ten sposób.
No i kończyłam wczoraj czytać "Magic For Marigold", o której również już Wam pisałam, wiele radości mi sprawiło czytanie tej książki, jak zawsze z Montgomery, zaraz będzie jakaś tam recenzja.



2017-08-09 18:30:55

2017-08-09 18:31:49
Celtic1002
Miałaś bardzo dużo miłych rzeczy. :)
2017-08-09 19:09:52

Cornelis Vreeswijk - Grimasch Om Morgonen.

Wreszcie się na coś zdecydowałam. Myślałam o czymś bardziej niekonwencjonalnym, ale w końcu wybrałam moją najbardziej ulubioną piosenkę Cornelisa o tytule "Grimasch Om Morgonen". Najbardziej podoba mi się w niej text, który jest dość smutny i cyniczny, ale piękny, ale wszystko w niej jest piękne. Ciekawa jestem jak zwykle Waszych opinii. :)
2017-08-08 18:20:48
Celtic1002
Ja to znam. :D To jest naprawdę ładne. :)
2017-08-08 19:02:32

Wpis o Cornelisie z Drimolandii.

Opowiem Wam trochę o Vreeswijku, opowieść będzie długa, o Jego życiu jak i twórczości. W jakieś bardzo szczegułowe rzeczy wchodzić nie będę, ale nie będę ograniczać się też wyłącznie do przedstawienia suchych faktów o Cornelisie. Pokażę Wam też moje tłumaczenia Vreeswijka, chociaż to bardzo górnolotne określenie. One wciąż są przeze mnie doskonalone i myślę, że sporo czasu upłynie, zanim naprawdę będę mogła być z nich dumna. "Kołysanka Dla Bim…" najprawdopodobniej ma kilka błędów, "Niebieski Sen" nie jest cały, tylko półtorej zwrotki, a wiersz "Apollinaire" przetłumaczyłam bardzo dosłownie i wydaje mi się, że dość sucho, po prostu tak jak było, tak przetłumaczyłam, ale innego pomysłu nie miałam. Wiersz ten jest biały, a do tego króciutki więc większych problemów mi co prawda nie sprawił, ale mojej polskiej wersji daleko do oryginału. No ale tak to już jest z genialnymi ludźmi jak Cornelis, że nikt ich nie pobije.
Cornelis urodził się 8 sierpnia 1937 roku, swoją drogą kiedyś słyszałam, jak jeszcze zgłębiałam tajniki astrologii, że jak ktoś się urodzi w urodziny miesiąca, czyli np. 1 stycznia, 2 lutego, 3 marca itd. to ma duże szanse na to, że będzie genialny. Ile w tym jest prawdy tak ogólnie to nie wiem, ale u Vreeswijka się sprawdziło. I pomyśleć, że ja miałam się urodzić 2 lutego. Stety lub niestety tak się nie stało i urodziłam się dzień wcześniej. Urodził się oczywiście w Holandii, jak już pisałam w pierwszym wpisie, dokładnie w Ij Muijden, w gminie Velsen, w prowincji Holandia Północna. Ij Muijden to miasto portowe, więc praktycznie nad samym morzem. Jego tatuś - Jacob Vreeswijk - był kierowcą i właścicielem firmy transportowej, a mamusia - Jeanne -z którą Cornelis miał podobno bardzo dobrą relację, zajmowała się domem. Cornelis był ich pierwszym dzieckiem, miał jeszcze trzy siostry: Marianne, Idę i Toni. Jak chyba wszystkim wiadomo, dwa lata później - 1939 - nastąpiło cóś tak strasznego jak II Wojna Światowa i Jacob Vreeswijk miał jakiś problem ze swoją firmą, nie wiem, czy mu ją Niemcy zabrali, czy co z nią zrobili, w każdym razie był z tym jakiś problem. Rodzice Cornelisa chcieli go ochraniać przed nazistami, i tu jest dla mnie kwestia bardzo niejasna gdyż: w tym właśnie czasie panowała u nich epidemia gruźlicy, i wiele dzieci w wieku Cornelisa stało się jej ofiarami, nie wiem jednak jak rzecz się miała z Nim samym, ponieważ rodzice ukryli go w klasztorze w Ij Muijden i wszystkim mówili, że to dlatego, że miał gruźlicę. Jednak spotkałam się z wersją, że tak naprawdę nie miał gruźlicy, tylko jego rodzice wymyślili taki powód, żeby był bezpieczny podczas wojny, z kolei jednak gdzie indziej pisze, że przez jakiś czas musiał walczyć o życie. I komu tu wierzyć? Jedno jest pewne, że w czasie wojny był w klasztorze, chociaż on i jedno z jego rodziców (chyba tatuś) byli protestantami. Ij Muijden jest - a przynajmniej wtedy było miejscowością - w której żyli zarówno katolicy i protestanci i obie te religie swobodnie mogły tam szerzyć swoją kulturę, a ludzie mogli bez problemu wyznawać albo to, albo to i nikt nikomu pod tym względem nie przeszkadzał. Cornelis kiedyś nawet wspominał, że tam nastąpił pierwszy jego świadomy kontakt z wiarą katolicką, ale i z muzyką, bo codziennie słyszał, jak siostry śpiewały i twierdził, że to było magiczne. On tam był na jakiejś specjalnej diecie, nie mam pojęcia dlaczego, może przez tą gruźlicę czy coś, no w każdym razie one go strasznie tłusto karmiły, co się oczywiście skończyło w dość jasny sposób. Słyszałam też dość nieprawdopodobną historyjkę o tym, że kiedy wojna się skończyła i mamusia po niego przyjechała, musieli go do domu ciągnąć na taczce, bo nie mógł się udźwignąć na nogach, co oczywiście wzbudziło rozbawienie innych dzieci.Hm, mało wiarygodnie to wygląda, no ale dobra, tak słyszałam. No cóż. Takie jest życie. W ogóle on tam w tym całym skichanym klasztorze mógł się widzieć z mamusią i z babcią tylko przez kratki i bardzo rzadko. Straszne. A On twierdzi, że miał szczęśliwe dzieciństwo. Tymczasem podczas gdy Vreeswijk jeszcze znajdował się w klasztorze, nasz szanowny Jacob Vreeswijk wyjechał sobie szukać szczęścia w świecie, a konkretnie w Szwecji. I chyba je znalazł, bo jak wrócił do Holandii, to stwierdził, że chciałby się tam przeprowadzić. Mamusia chyba na początku nie bardzo była zadowolona, zwłaszcza, że od urodzenia Cornelisa przyszły na świat jeszcze dwie dziewczynki - Ida i Marianna - które były malutkie, ale w końcu najwidoczniej dała się namówić, bo wyemigrowali do Szwecji. Było to dokładnie w 1949 roku, Cornelis miał wtedy dwanaście lat. W trzy lata później urodziła się jeszcze Toni. Oczywiście nikt z nich - a przynajmniej na pewno nie Cornelis - nie umiał mówić po szwedzku. To oczywiście bardzo utrudniało komunikację z ludzkością, mimo że holenderski i szwedzki mają troszkę wspólnego, z racji na spokrewnienie z językami starogermańskimi czy jak im tam i mimo, że Cornelis całkiem dobrze znał angielski, no ale w desperacji zaczął się uczyć szwedzkiego. Najpierw w bardzo ciekawy sposób, czytając komixy, aż w końcu poszedł do szkoły. Wcale nie do jakiejś przygotowawczej czy cóś. Do normalnej szwedzkiej szkoły z normalnymi szwedzkimi dziećmi, chociaż mówił po szwedzku chyba dość słabo. Przełom nastąpił gdy kiedyś mieli cóś tam czytać o witaminach. Hmm, tu nie wiem jak to Wam dobrze wyjaśnić. Zarówno po szwedzku i holendersku witamina pisze się tak samo: vitamin. Ale po holendersku v czyta się jako f, czyli będzie fitamin. Za to w Szwecji fitta, czyli słowo brzmiące dość podobnie to jest tyle co (z góry sorry za wulgarność) cipa. No i Vreeswijk zamiast vitamin powiedział fitamin, a wiadomo jak to dzieci w tym wieku, takimi rzeczami się jarają, zresztą myślę, że nie tylko dzieci w tym wieku, ale one najbardziej, no i zaczęły się oczywiście śmiać. To go tak strasznie przybiło, że w końcu Jacob Vreeswijk znalazł mu nauczycielkę, którą była niejaka Nina Sp?nberg czy jakoś tak się ona zwała i która za wiele problemów z nim chyba nie miała, bo z tego co wiem, już po pół roku nauki umiał się biegle porozumiewać szwedzką nawijką. Też tak chcę. Może gdybym się urodziła dzień później, ze mną byłoby podobnie? Cóż. Niektórzy opowiadają historyjki, że już wtedy Cornelis fascynował się szwedzką literaturą, co najprawdopodobniej jest prawdą, niemniej jednak śmiem wątpić, że była to literatura klasyczna, jak któś stwierdził, bo myślę, że dwunastoletnie dziecko, zaczytujące się szwedzką klasyką, choć rzeczywiście musi być niesamowicie inteligentne, musi być też nudne i zamulaste. Wyobraźcie sobie na przykład polskie dziecko w tym wieku czytające Mickiewicza, i to tak z pasją. A cornelis zamulasty nie był w żadnym razie. Można o nim dużo mówić, ale na pewno nie da mu się w żaden sposób zarzucić nudności i zamulastości. A czas leciał, i Vreeswijk coraz bardziej uwielbiał muzykę i szwedzką literaturę. Najchętniej słuchał niejakiego Josha White'a, to jest jakiś gościu od jazzu, nic bliższego Wam nie powiem, bo jazz jest mi tak obcy jak istoty żyjące na Jowiszu, o ile w ogóle istnieją, no chyba, że mówimy o jazzie w twórczości Cornelisa. Z czasem słuchał też dużo bluesa, muzyki szwedzkiej i francuskiej, rocka i w ogóle. W kwestii literatury z kolei najbardziej fascynował się Carlem Michaelem Bellmanem, który był także pieśniarzem, i którego utwory później niejednokrotnie wykonywał, Nilsem Ferlinem itd. Kształcił się na pracownika socjalnego, chciał zostać dziennikarzem, ale na studiach coraz bardziej pochłaniała go muzyka. Sam nauczył się grać na gitarze i często grał na rużnych spotkaniach studenckich. Pierwszy odkrył go Fred ?kerström, którego ja nie lubię, a którego bardzo często porównuje się z Vreeswijkiem, bo podobno robią podobną muzykę. Fred zaproponował mu, żeby pojechał z nim w tourne po Szwecji. W raz z nimi pojechała też Ann-Louise Hansson. Fred chciał, żeby Cornelis pisał mu piosenki. Na koncertach publiczność od razu pokochała Cornelisa, który śpiewał zarówno solo Swoje własne piosenki jak i z Fredem i Ann-Louise. Część piosenek, które śpiewali razem, była również autorstwa Vreeswijka o ile się nie mylę. Z tego okresu pochodzą Jego piosenki "Brev Fr?n Kolonien" (List Z Kolonii) bardzo śmiszna piosenka, "Mordar-Anders" (Zabujca Anders), "Teddybjörnen" (Miś) czy "Milan" (Młynarz), które rozśmieszały ludzi. I tak się rozpoczęła popularność Vreeswijka. Potem Fred skontaktował Go z producentem Andersem Burmanem, któremu Vreeswijk zaśpiewał swoją piosenkę "Häst-P?-Tacket-William" i podpisał kontrakt z wytwórnią Metronome czy jak się tam ona zwie, i z nią współpracował najdłużej. Pierwszy album Cornelisa nazywa się (Ballader Och Oförskämdheter" (Ballady I Obelgi) to się chyba tłumaczy czy jakoś tak, i pojawił się w roku 1964. Oczywiście wielka furora, no i słusznie, bo cały album jest genialny począwszy od "Ballad P? En Soptipp" (Ballada Na Śmietnisku" aż na kołysance dla Jego synka - Jacka - kończąc, swoją drogą genialnie się przy niej zasypia. Potem pojawił się album "Ballader Och Grimascher". Co to jest grimasch to jak któś chce się dowiedzieć, to niech się pyta Vreeswijka, a jak się dowie to niech mi powie, bo ja nie wiem. Wydaje mi się, że nawet wcześniej coś takiego jak grimasch nie istniało, dopóki Cornelis tego nie wymyślił, wiem tylko jedno, że piosenka o tytule "Grimasch Om Morgonen" jest przecudowna, więc grimasch musi być czymś genialnym. Następnie pojawił się również świetny album "Grimascher Och Telegram". W roku 1968 zaś "Tio Vackra Visor Och Personliga Persson" (Tio Vackra Visor to dziesięć pięknych pieśni, a "Personliga Persson" to ostatnia piosenka na tym albumie, dosłownie tytuł tłumaczy się jako prywatny Persson, jest to o koledze Vreeswijka, który miał na nazwisko Persson, ale ponieważ jest to bardzo popularne nazwisko w Szwecji, stwierdził, że jest zbyt prozaiczne i zmienił je na Person, co, jak się zapewne domyślacie, oznacza osobę. Według mnie jest to jeden z lepszych albumów Vreeswijka. Kolejny zasługujący na uwagę albumik to "Cornelis Sjunger Taube", na którym znajdują się piosenki niejakiego Everta Taube w wykonaniu Vreeswijka. Potem pojawił się następny świetny albumik, nagrany podczas koncertu w Geteborgu "Cornelis Live". Potem pojawiło się jeszcze między innymi "Fr?n Narrgnistor Och Transkriptioner Och Linneas Fina Visor", "Vildhallon" (czyli Dzika Malina), "Movitz, Movitz" (Movitz to bohater carla Michaela Bellmana z tomu Fredmans Epistlar, polski przekład nazywa się "Fredmanowe Posłania", i na tym albumie znajdują się utwory Bellmana w wersji Cornelisa". Kolejny genialny album to "Felicias Svenska Suit" (Felicia to bohaterka piosenek Vreeswijka,która jest jednocześnie przede wszystkim bohaterką książki "Varulven" (Wilkołak) norweskiego pisarza duńskiego pochodzenia, Axela Sandemose, no i właśnie Felicia tak zainspirowała Vreeswijka i piosenka Felicia Adjö powstała w Brazylii, podczas gdy Cornelis grał w filmie "Svarta palmkronor" (Czarne korony palm) Po Felicii pojawił się kolejny album "Turistens Klagan" (taki tytuł ma też piosenka Cornelisa znajdująca się na tym albumie. Turistens Klagan to Lament Turysty). Potem powstał album "Cornelis Sjunger Victor Jara", na którym Vreeswijk śpiewa piosenki chilijskiego artysty Victora Jara, po szwedzku oczywiście, ale nie wszystkie i nie w całości są po szwedzku, zresztą sam je na szwedzki przetłumaczył. Potem był bardzo dobry albumik o tytule "En Spjutkastares Visor", potem jeszcze "Hommage Till Povel" (album ów jest hołdem dla niejakiego Povela Ramela, również szwedzkiego artysty, bardzo cenionego w swej ojczyźnie). KOlejny album nazywa się "Mannen Som Älskade Träd" (Człowiek, który kochał drzewa) i powstał w Norwegii, niemniej jednak jest tak samo szwedzki jak wcześniejsza i późniejsza szwedzkojęzyczna twórczość Cornelisa. Ostatni album (1987) powstała miesiąc przed śmiercią Vreeswijka. Nazywa się "Till Fatumeh" (Fatumeh to forma imienia Fatima, a ona sama wywodzi się z kolei z książki niejakiego Gunnara Ekelöfa "Sagan om Fatumeh" (Bajka o Fatumeh). ). Oczywiście wszystkich albumów było jeszcze więcej, poza tym Cornelis jeździł także do Holandii i tam też tworzył muzykę również bardzo dobrą. Poza tym przez jakiś czas jeździł sobie głównie po Europie (acz nie tylko), a nawet przez jakiś czas mieszkał w Belgii, we Francji, w Danii.
Jeszcze trochę o Jego życiu Wam opowiem. Jakoś w latach sześćdziesiątych, Vreeswijk poznał Ingalill Rehnberg, która była pielęgniarką w szpitalu psychiatrycznym, i została Jego żoną i urodziła mu synka w roku 1964, który nazywa się Lars Jacob, czyli w skrócie Jack. W tym czasie zaczynają się przygody Cornelisa z używkami: alkohol, szlugi, dextryna i różne leki w stylu Neospazmina. Też mniej więcej w tym czasie Vreeswijk zagrał w filmie "Svarta Palmkronor" o którym już wspominałam, z akcją w Brazylii. Wiem też, że gdy był w związku z Ingalill, to kupił sobie i jej jakąś łódź, czy jacht, czy coś takiego, i sobie tam mieszkali, ale wszystko im się zatopiło. Bliższych szczegółów nie znam. O tym opowiada zresztą piosenka "Jag hade en g?ng En Bat" (Miałem kiedyś łódź), która jest co prawda tłumaczeniem jakiejś angielskiej piosenki, a w każdym razie ma jej melodię i podobny styl, ale w Szwecji uchodzi za piosenkę Vreeswijka i jest i powinna być traktowana raczej odrębnie. Zrobił ją z Ann-Louise Hansson. Cornelis kilka razy wylądował w więzieniu. Potem Jemu i Ingalill zaczęła się sypać relacja, w związku z czym się rozwiedli. Jack został z Tatusiem. Cornelis ponoć zarabiał dość dużo, ale jak któś gdzieś stwierdził, "pieniądze jakoś dziwnie szybko znikały", nie płacił w ogóle podatków, twierdząc, że nie będzie utrzymywać tych wszystkich oszustów, czyli szwedzkiego rządu. W związku z tym był zadłużony straszliwie, i nie miał zbyt lekko, no więc stres sobie w wiadomy sposób rozładowywał, za pomocą dextrynki, szlugów i innych takich "dobrodziejstw" natury. Z Jackiem wyjechał do Holandii, sam został tam przez jakiś czas, ale Jack został tam na dłużej, i mieszkał chyba u babci. To bardzo dobrze dla niego, tak uważam. Może się Wam wydawać tak jak mi z początku, że ten biedny Jack musiał mieć strasznie trudne życie z takim genialnym Tatusiem, ale Jack mówi, że otrzymał od niego wiele miłości, i co ciekawe, zawsze czuł się bezpiecznie przy Swoim crazy Tatusiu, z którym nigdy nic nie wiadomo. Mama Jacka ułożyła sobie życie z jakimś innym facecikiem i ma o ile pamiętam dwójkę dzieci: Katję i Teodora, a Vreeswijk znalazł sobie taką jedną Bim. Bim Warne. Ale Bim to jej pseudonim artystyczny, bo Bim jest aktorką. Naprawdę nazywa się Birgitta Gunvor Linnea Warne. Możliwe więc, że Linnea, do której Cornelis adresował niektóre Swoje piosenki to właśnie Bim. Bim opisuje swój związek z Cornelisem jako fascynujący, a zarazem jako drogę między niebem a piekłem. Zamieszkali gdzieś tam w jakiejś willi, po której raczej można by się domyślać, że Cornelis jest kapitalistą, a nie komunistą, chyba w Alings?s no ale ważne, że dobrze im się żyło.. Bim jest w ogóle ogromnym źródłem informacji o Vreeswijku, żyła z nim chyba najdłużej. Gdy Cornelis był z Bim, stał się już naprawdę uzależniony od dextryny, a ona robi naprawdę spustoszenie w psychice (dextryna, a nie Bim, tak w razie gdyby któś miał wątpliwości), w dodatku niewykluczone, że miał też jakieś predyspozycje do tego, żeby ześwirować, w sensie genetyczne czy cóś, w związku z tym zaczęła mu się robić paranoja i w ogóle. Przede wszystkim jednak był dosłownie chory z zazdrości. Mądrzy ludzie nazywają to zespołem Otella. Nie mógł pozbyć się myśli, że Bim ciągle go zdradza, i zawsze chciał ją kontrolować. Jednocześnie wiedział, jak bardzo jest to nieracjonalne, ale nie mógł się pozbyć takich dziwnych przeczuć. To musiało być straszne. A Bim nie mogła mu niczego wyperswadować, a nawet jak, to tylko na jakiś czas, bo przecież według Niego ona może równie dobrze cały czas Go oszukiwać. Więc dla Bim to też było bardzo bolesne, ale dlatego starała się mu jak najczęściej okazywać swoje uczucia, bo nawet nie pomyślała o tym, żeby zdradzić Cornelisa. W filmie o Cornelisie jest nawet taka scena, że on jeszcze przed ślubem z Bim siedzi sobie w domu, i wraca Bim z jakiegoś tam klubu książki czy czegoś takiego. Vreeswijk się jej pytał, co robiły i o czym rozmawiały i w ogóle, a ona mówi, że nic specjalnego, jak zwykle o książkach. No to Cornelis stwierdził, że skoro jest taka powściągliwa, to na pewno nie tylko, bo te wszystkie lesbijki (miał na myśli koleżanki Bim) na pewno się jej pytały, dlaczego ona wychodzi za takiego piiiip jak On. Oczywiście to nie była prawda, ale ona nie umiała Mu tego wytłumaczyć, też się zirytowała no i się pokłócili, chociaż Vreeswijk był taką osobistością, która raczej unika konfliktów. Niemniej jednak mam takie wrażenie (jak najbardziej osobiście, nie wiem czy tak było), że mimo tak ogromnych trudności z Bim było Mu najlepiej. Do tego jeszcze dochodził fakt, że według wielu osób z jego otoczenia miał trudności z nawiązywaniem trwałych relacji z ludźmi i rzadko się przed kimś umiał otworzyć, bo podobno wcześniej wiele razy był przez ludzi oszukiwany, dlatego obawiał się, że taka sytuacja może się powtórzyć. Najgorsze jest kurczę to, że mimo wszystko takie sytuacje dość często się zdarzały. Życie. Potem rozwiódł się także z Bim, ale to już odrębna, długa historia. Przez jakiś czas był sam, (przynajmniej formalnie…) aż potem ożenił się z niejaką Anitą Ströndell, piosenkarką, z którą też troszeczkę współpracował. O tym etapie jego życia nie wiem właściwie nic. Gdy rozwiódł się z Anitką, pojechał sobie do Kopenhagi, chociaż właściwie powinnam dodać, że oni razem też dużo podróżowali, w szczególności po Brazylii, i gdy pojechał do Kopenhagi, żeby rozwijać Swoją genialną karierę, tam zdiagnozowano u niego cukrzycę. W związku z tym koniec z chlaniem, bo inaczej nie przeżyje dłużej jak pół roku. Jednak nawet cukrzyca ma jakieś dobre strony, a raczej presja, jaką wywiera na ludzi swoim istnieniem. Po dwóch latach okazało się coś jeszcze straszniejszego, Cornelis miał raka wątroby, no i nic się z tym nie dało zrobić, bo to już się bardzo rozwinęło. W związku z tym ostatni Jego album, charyzmatyczna "Till Fatumeh" została w dużej części stworzona w bardzo inspirującym do działania miejscu, w szpitalu. Aha, jeszcze wcześniej odbyło się coś bardzo znaczącego dla Vreeswijka. W lipcu 1987 roku pojawił się na festiwalu w Roskilde w Danii, pomimo iż był już bardzo wyniszczony. Potem Jego sława i popularność gwałtownie wzrosła, szkoda tylko, że tak długo rosła, że od Roskilde zdążyło upłynąć prawie pół roku, w związku z tym Vreeswijka nie było już wśród żywych i dopiero wtedy cała Szwecja się obudziła do życia i zaczęła wielbić Vreeswijka. Jeszcze w ostatnich miesiącach Jego życia ludzie nie byli Mu aż tak przychylni, aczkolwiek miał też trochę bezkrytycznych, pełnych uwielbienia fanów, ale trochę miał ich zawsze. Umarł jednakże w samotności, w Sztokholmie 12 listopada 1987 roku i został pochowany na Cmentarzu Katarzyny również w Sztokholmie. Pod koniec życia jak mówi Jack, miał jeszcze większe objawy paranoiczne. Matko, straszne, prawie w ogóle nie ufać ludziom. No ja nie mówię, żebym była jakimś bardzo ufnym stworzeniem, niee, w ogóle, ale tak kompletnie nikomu? Myśleć że wszyscy są źli i okropni? Niee nie mogę o tym myśleć. A jak mówią o Vreeswijku Ingalill i Bim? Ich opinie o Vreeswijku się pokrywają. Ingalill twierdzi, że choć na scenie Vreeswijk wykazywał się niesamowitą charyzmą i samokontrolą, co zresztą wszyscy wiedzą, to znaczy wszyscy, którzy wiedzą coś o Vreeswijku i chociaż byli osobiście na Jego koncercie, albo słuchali, i chociaż zawsze dobrze wiedział czego chce jeśli chodzi o muzykę, nigdy też nie było tak, że dawał Sobą rządzić jakimś tam producentom czy menadżerom, to jednak w życiu prywatnym było zupełnie inaczej. Jak to w życiu. Wszystkie maski opadają i jesteśmy po prostu Sobą. A Vreeswijk był porządnie, OOSTRO zakomplexiony, chociaż ja naprawdę nie rozumiem dlaczego, wielu ludzi poza tym uważa, że był mizoginem, swego czasu ja również nie mogłam z całą pewnością stwierdzić, że nie, ale to jest niemożliwe. Jak by któś nie wiedział, to mizogynia to jest nienawiść do kobiet. Ale to może być co najwyżej ginofobia, czyli po prostu lęk, albo zwyczajny skutek zakompleksienia. W twórczości Cornelisa jakże często pojawiają się konkretne kobiety: Ann-Katrin, Felicia, Veronica.., jak i motyw kobiecości. Po cóż miałby się z kimkolwiek żenić, no a poza tym jeśli już nawet by to zrobił, to chyba taka Bim nie miałaby z tego okresu takich wspomnień, jakie ma… Poza tym, jak się pozna jakiegoś mizogina, to sprawa staje się naprawdę jasna. Cornelis miał bardzo dobre relacje z płcią przeciwną w życiu zawodowym, ale kiedyś powiedział, że te wszystkie kobitki, które go oblegają na koncertach, nawet się nie domyślają, z kim tak naprawdę mają do czynienia. Poza tym Ingalill twierdzi, że był bardzo niepewny siebie, i nawet sobie czasami nie ufał, Boooże ja bym w takiej sytuacji chyba doszczętnie zwariowała. Jak tak można żyć? Jak można chociaż przez chwilę czuć się szczęśliwym, skoro z każdej strony widzi się jakieś zagrożenie? Okropność. Według niej miał też problem z podejmowaniem decyzji, co wobec powyższego nie powinno nikogo dziwić. Bim mówi bardzo, bardzo podobnie. Że Vreeswijk był bardzo wrażliwy, śmiem twierdzić, że troszkę nadwrażliwy, i bardzo łatwo było Go urazić, a jednocześnie, co wszyscy wiedzą, miał ogromny dystans do siebie, co jest zjawiskiem ciekawym, miał w ogóle dystans do wszystkiego i wszystkich, oraz specyficzne, genialne poczucie humoru. I to właśnie ze względu na swój dystans właściwie do wszystkiego, oraz genialne poczucie humoru jest tak rozpoznawalny i popularny w Szwecji, Szwedzi to nawet czasami normalnie w codziennym życiu cytują Vreeswijka. Wiem, bo widziałam, a właściwie słyszałam. Jak zaobserwowałam, ostatnio całkiem sporo ludzi próbuje jakoś podobnie do niego pisać, z różnym skutkiem naprawdę, ale podrobić nie idzie. Chętnie też dzielił się zawsze z innymi. Bim mówi, że Cornelis unikał konfliktów, choć niektórym może być w to trudno uwierzyć, na pewno przeciętni ludzie ze Szwecji mogą mieć ten problem, bo cały czas w mediach krąży opowieść, jak to Vreeswijk rzucił się z nożem na transwestytów. Ja uważam, że dobrze zrobił. To znaczy gdyby ich zabił to nie, a poza tym gdyby on nie zrobił tego co zrobił, to by w ogóle nie musiał ich ścigać z nożem, ale uważam, że dobrze zrobił. Była to taka sytuacja, że Cornelis był sobie na jakiejś imprezie, oczywiście napity. No i widzi jakieś babki, gada sobie z nimi i zaprosił je do siebie do domu. Przyszli, no i jak to bywa po pijaku, przystąpili do kopulacji. Niezbyt mądrze, prawda? Zwłaszcza, że jak się chwilę później okazało, to nie były one, tylko oni, no to się nasz Vreeswijk wkurzył, oni zaczęli uciekać, a on ich gonić z nożem. Cornelisawsadzili do kicia, a Ci sobie dalej biegali na wolności. Że Vreeswijka wsadzili, no to OK, bo jakby nie było grożenie komuś nożem jest niezgodne z prawem, ale ich też powinni, za oszustwo. No ale Cornelis sobie z więzienia uciekł. Sprawa dawno ucichła, a ludzie w szwedzkich mediach nadal trąbią, że Vreeswijk propaguje homo i transfobię, gdyż po tym wydarzeniu, żeby odreagować, napisał piosenkę "Balladen Om Hursom Don Quixote Gick P? En Bl?sning". No niech sobie propaguje, w Szwecji to się przyda, bo ci ludzie niedługo zaczną twierdzić, że skoro źle się czują z własną płcią, to może powinni być zwierzętami, i będą się ubierać w sierści i robić sobie operacje plastyczne i inne takie rzeczy, żeby się bardziej "uzwierzęcić" hahaha. To się nazywa nowoczesność. Porażka. Nawet mój Tatul się ze mną zgodził pod tym względem, jak mu o tym opowiedziałam, no ale oczywiście ja innej reakcji nie oczekiwałam. Aale swoją drogą on musiał być nieeźle nawalony, skoro się nie skapnął, że te baby jakieś dziwne są. Przecież nawet jeśli oni zrobili sobie te całe dziadowskie operacje, nie wiem, czy wtedy było to możliwe, to jednak pewne cechy z facetów i tak im pozostaną. Ja Cornelisa uwielbiam za spostrzegawczość w obserwowaniu ludzi między innymi, ale w tym przypadku się nią za bardzo nie wykazał. W każdym razie Bim twierdzi, że właśnie ogólnie nienawidził wszelkich konfliktów, a jak na ironię chyba w życiu często zdarzało mu się uczestniczyć w sytuacjach konfliktowych. Jednak mówi też Bim, że czasami jak już się wkurzył, to od razu był w strasznej furii. Hm, nie zdziwiłabym się w takim razie, jakby kiedyś zaczęło walić gromami, bo Vreeswijk jest wkurzony. No cóż :D Co do Jacka Vreeswijka, to aktualnie jest on następcą Swojego Tatusia i jest prawie, praawie tak samo genialny. Ale na szczęście na swój sposób, nie małpuje tylko i wyłącznie swojego Tatusia i nie zbiera laurów tylko za to, że jest jego synem, jak to dużo dzieci sławnych ludzi ma w zwyczaju. Ale kiedyś Jack był rzeźnikiem.
No to wrzucę Wam te moje tłumaczenia wraz z oryginałami. Kołysanka Dla Bim jest w wersji poprawionej po raz chyba setny, więc nie razi aż tak strasznie błędami jak kiedyś.
"Vaggvisa För Bim, Cornelis Och Alla Andra Människor P? Jorden"
Nu sover Staffan, nu sover Stina
Bikupan sover, i den sover bina
Taxen sover i korgen
Glödjen sover och sorgen
Bara mörkret är vacket
M?lar svart över tacket.
Om allt här i världen ber man om lov
Men man sover i frihet s? sov… Sov… Nu sover Kenneth, nu sover Marit
Glömmer fabriken bort har de farit
Bort fr?n stressen och ekonomin
Bort fr?n hyran och hysterin
Bort fr?n oror för barnen
Bort fr?n grottekvarnen.
Om allt här i världen ber man om lov
Men man sover i frihet s? sov… Sov… Nu sover Lasse, nu sover Pia
Drömmen är fri, s? nu är de fria
Dansar i lingonriset
Slipper tänka p? priset
Nu drömmer Greta och Elis
Nu drömmer Bim och Cornelis.
Om allt här i världen ber man om lov
Men man sover i frihet s? sov… Sov… Kołysanka dla Bim, Cornelisa I Wszystkich Innych Ludzi Na Ziemi.
Teraz śpi Staffan, teraz śpi Stina
Śpi ul, w nim cała pszczela rodzina
W swoim koszu śpi jamnik
Śpią smutki z radościami
Ciemność wokół się snuje
Czerń na dachach maluje.
I choć na tym świecie wolnośći brak.
To człowiek wolność odzyskuje w snach. Więc śpij… Śpij… Teraz śpi Marit, teraz śpi Kenneth
Odeszły od nich troski codzienne
Wolni od stresu, frasunku
Czynszu, histerii, rachunków
Wolni od troski o dzieci
I czas im spokojniej leci.
I choć na tym świecie wolności brak
To człowiek wolność odzyskuje w snach. Więc śpij… Śpij… Teraz śpi Lasse, teraz śpi Pia
Sen im w beztroskiej wolności mija

Tańczą pośród żurawin

Nie martwią się cenami
Teraz śnią Greta i Elis
Teraz śnią Bim i Cornelis.
I choć na tym świecie wolności brak
To człowiek wolność odzyskuje w snach. Więc śpij, śpij.

Przed wrzuceniem "Niebieskiego Snu" jestem Wam winna wyjaśnienie. W tej piosence pojawia się niejaki John Blund. Czy wiecie, kto to jest Piaskowy Dziadek? W razie, gdyby nie, to Wam powiem, że Piaskowy Dziadek, to w wielu krajach europejskich taki stwór, który w nocy przychodzi do dzieci i sypie im piaskiem w oczy, żeby zasnęły, i wkłada im sny pod poduszkę. Swoją drogą bardzo inspirująca postać. Piosenkę o Piaskowym Dziadku zrobiła też Enya, i jest naprawdę nieziemsko piękna, nazywa się po prostu "Song Of The Sandman", Metallica też ma piosenkę pod tytułem "Enter Sandman". Jedna z Baśni Andersena ma tytuł "Olle Zmróż Oczko". Tak się nazywa duński odpowiednik Piaskowego Dziadka. Olle Zmróż Oczko. A szwedzki Piaskowy Dziadek nazywa się John Blund, od blunda, zamykać oczy. Niestety udało mi się przetłumaczyć zaledwie półtorej zwrotki, jak już napisałam wyżej, więc z oryginału też wklejam tylko pół zwrotki.
"Den Bl?a Drömmen"
Varje kväll när lampan slocknar
och natten ska falla p? s? knackar John Blund p? dörren
s? tyst och försiktigt s?.
Han tassar in genom dörren
i sina sömniga skor
och sätter sig fint vid sängen i rummet där du bor.
Han har en s? sömnig mössa,
den är full av sömnig sand.
Han ger dig en sömnig kaka
med sin sömniga lilla hand.
Niebieski sen.
Gdy wieczorem światło gaśnie
I noc zapada już
Ostrożnie i delikatnie
Puka do Ciebie John Blund
On w swoich sennych butkach
Podchodzi cicho do drzwi
I siada wygodnie na łóżku
W pokoju, w którym śpisz.
On ma pełen sennego piasku
Kapelusz cały ze snów
On daje Ci senne ciastko
Swoją rączką, też całą ze snu.
I jeszcze wiersz Apollinaire.
"Apollinaire"
Det är mörkt omkring mig
Du skickar mig livstecken
Men jag bor inte där, har aldrig gjortdet
Jag väntar, du är försumlig
Jag röker cigaretter och det är mörkt omkring mig
Jag har en cymbal i huvudet som sl?r
För n?gons tid som inte finns här
Men jag söker betvinga mig
Vad skulle jag annars göra? Det är mörkt omkring mig
Jag röker cigaretter
Det är mörkt omkring mig
"Apollinaire"
Ciemno jest wokół mnie.
Wysyłasz mi znaki życia.
Ale ja tam nie mieszkam.
Nigdy mnie tam nie było.
Czekam. Ciebie to nie obchodzi.
Palę papierosy i ciemno jest wokół mnie.
Czuję, jak coś pulsuje mi w głowie.
Odmierza czas komuś, kogo tu nie ma.
Ale staram się poskromić siebie.
Co jeszcze mogę zrobić? Ciemno jest wokół mnie ciemno jest wokół mnie.
Palę papierosy.
Ciemno jest wokół mnie.


2017-08-08 18:00:50

Cornelis Vreeswijk.

Tak więc przyszła pora na obiekt mojej trzeciej fazy, Cornelisa Vreeswijka. Ostatnio pisałam Wam, że muszę się uwijać z Declanem i z Cornelisem, bo niedługo są jego urodziny, Cornelisa w sensie, z tym, że pochrzaniło mi się, bo napisałam, że w poniedziałek. Byłam przekonana, że 8 sierpnia to jest poniedziałek, bo akurat pisałam z jedną taką dziewczyną, którą znam na tyle dobrze, że wiem, że zawsze robi pewną rzecz w poniedziałki, teraz przez parę tygodni tego nie miała i pisała mi, że następny raz będzie mieć ósmego, tak więc przekonana byłam, że to również będzie poniedziałek. No ale nieważne, w każdym razie urodziny Vreeswijka są dziś, także gratis p? födelsedagen, Cornelis, happy birthday, fijne verjaardag czy nie wiem, po jakiemu tam jeszcze. :)
W Szwecji dziś szumi o Vreeswijku, w Holandii nie tak bardzo, niewdzięczni są, ale nawet w Szwecji normalnie nie szumi tak jak dziś, bo dziś są osiemdziesiąte urodziny Cornelisa, w każdym razie byłyby, gdyby żył, nie wiem, czy gdzieś tam w zaświatach również je obchodzi. Mimo, że mi się już ta faza trochę przytłumiła moją czwartą jakże intensywną fazą, to jednak jak na przytłumioną fazę wciąż jeszcze Vreeswijk sporo miejsca w moim mózgu zajmuje. Strasznie się więc cieszę, że tak dzisiaj szumią w Szwecji ze wszystkich stron, dzisiaj już się zdążyłam rozkleić, bo dziennikarz szwedzkiego radia P4 zrobił reportaż o Vreeswijku i słuchałam jego pierwszej części, ja się jakoś bardzo łatwo nie wzruszam, to znaczy ogólnie chyba tak, ale nie tak do łez jak na przykład moja Mamulka, albo moja babcia, która obecnie płacze i z radości, i ze smutku, i czegokolwiek, co ją bardziej poruszy, ale jak słucham jakiegoś reportażu o Vreeswijku, a zwłaszcza jak oglądam iluśsetny raz z kolei film o nim, albo któryś z filmów z nim, no to się rozkleić muszę, nie ma innej opcji chyba, co mnie trochę wkurza czasami. Dzisiaj jeszcze mnie wybitnie wpieniało, jak czegoś nie rozumiałam, na ogół to były jakieś pojedyncze słowa czy frazy, albo jak ktoś wybitnie faflunił i niewiele się dało z tego zajarzyć, ale ja się obawiałam, że umknie mi coś bardzo istotnego, no i się wkurzałam. Aha, jeszcze dzisiaj w Dagens Nyheter, to jest taka szwedzka gazeta, jakby któś nie kojarzył, chociaż dość znana jest i poza Szwecją, pojawił się quiz o Vreeswijku. Ja go postanowiłam rozwiązać, i wiecie co? Ja bym się nie chciała chwalić, zresztą nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale z całego tego quizu nie znałam odpowiedzi tylko na jedno pytanie, mianowicie ile Cornelis dostał nagród Grammy, wiedziałam, że kilka, ale, że dla mnie się w większości przypadków bardziej liczy jakość, a nie ilość, rzadko kiedy mnie w ogóle liczby interesują, to nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Całą resztę wiedziałam. To już jest jakaś choroba, no nie? Swoją drogą, ciekawa jestem, ile wiedzą o nim Szwedzi, w sensie tacy przeciętni ludzie, nie takie fisie, jak ja. Większość Szwedów, których ja znam, poznałam jakoś przez Vreeswijka, na jakichś forach, blogach, czy cóś, także oni wiedzą z pewnością więcej niż ja, ale od takiego przeciętnego Erika Svenssona to ja jednak chyba wiem więcej, tak mi się wydaje. WOlałabym jednak, żeby mi się tylko wydawało, bo nieładnie by to o nich świadczyło. :D Ale dobra.
Powinnam Wam chyba trochę opowiedzieć o Vreeswijku, bo w Polsce tylko nieliczne jednostki go znają, chyba tylko ludzie, którzy znają szwedzki, jeżdżą do Szwecji, czy coś, no albo ci, którzy znają mnie i zdążyli się troszkę zarazić. :P Jak pisałam jeszcze na Drimolandii, moja fazunia była w apogeum i stworzyłam całego, wielkiego wpisa, z minibiografią Vreeswijka. Gdybym miała pisać o wszystkim, co o nim wiem, zajęłoby to chyba z dobre kilkadziesiąt stron, bo w przeciwieństwie do Enyi, która ogromnie chroni swoją prywatność i Declana, którego jak sądzę też rodzice bardzo chronili, o Vreeswijku media uwielbiały dostarczać informacji, wtedy niezawsze prawdziwych, teraz już raczej zweryfikowanych przez dość liczne biografie. Właściwie to chyba ja Wam tego wpisa z Drimolandii w następnym wpisie przekleję, tutaj napiszę tak tylko krótko o Cornelisie.
Tak więc Cornelis Vreeswijk urodził się 8 sierpnia 1937 roku w Ij Muijden w Holandii, to jest taka dość mała, portowa miejscowość. Jak jeszcze się bardzo interesowałam astrologią, to gdzieś słyszałam, że ludzie urodzeni w urodziny miesiąca, czyli właśnie 1 stycznia, 2 lutego, 3 marca itd. są genialni. Nie wiem ile w tym jest prawdy, niemniej jednak znam człowieka, który urodził się 1 stycznia i w sumie nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś mi powiedział, że jest genialny, o Cornelisie wiele osób tak mówi, nie wiem, czy w sensie potocznym, czy dlatego, że naprawdę tak sądzą, myślę jednak, że coś w tym jest. W wieku lat 12 razem ze swoją rodziną przeprowadził się do Szwecji, głównie dlatego, że wtedy była wojna, a Szwecja, była - cóż, jak zawsze - neutralna. Miał ogólnie bardzo burzliwe życie, jeszcze zanim został artystą, później tym bardziej, wiadomo, o tym by można pisać i pisać, to jest główną cechą charakterystyczną Vreeswijka, ale ja o tym napisałam dość sporo w tym Drimolandzkim wpisie, który Wam pokażę później. W 1964 roku urodził się jego syn Jack i w tym samym roku Vreeswijk zaczął odnosić sukcesy w muzyce i w literaturze, różne czasopisma przyjmowały jego wiersze, został też odkryty jako wokalista i gitarzysta. Aż do swojej śmierci był niesamowicie wręcz produktywny, mi ta jego twórczość i poetycka i muzyczna, przypomina jakąś studnię bez dna, co jakiś czas znajduję coś nowego, albo w Szwecji ujawniają w ogóle coś zupełnie nowego, co zrobił. Jego muzykę trudno jest chyba jakoś przystępnie dla Polaków określić, w Szwecji na to mówią visa. Visa to jest po szwedzku piosenka, albo pieśń, odnosi się to do jakiejkolwiek piosenki, ale jako gatunek dotyczy piosenek skandynawskich, takich trochę folklorystycznych, no w takim typowym stylu. Najlepsze jest to, że ja z tych wszystkich visiarzy tak naprawdę mało kogo lubię, przynajmniej tych takich, o których mówią, że są podobni do Vreeswijka, albo tworzyli w podobnych czasach, jak dla mnie w ogóle nie mają uroku. Międzynarodowo Vreeswijka wsadza się po prostu do wielkiego zbiorowiska wszystkiego i niczego pod tytułem folk. Ale to jeszcze nie jest wszystko, bo u niego słychać i bluesa, i jazz, i soul, i rocka, no ciężko jest go określić. Zwłaszcza, że ten jego styl tak sobie ewoluował trochę na przestrzeni lat, choć zawsze był bardzo rozpoznawalny, dla mnie przede wszystkim ze względu na tą jego gitarkę, ja jeszcze nie słyszałam, żeby któś tak grał, no chyba, że coveruje/parodiuje Vreeswijka. Nie chodzi nawet o to, że ładnie, czy coś, chociaż według mnie owszem, ale bardzo charakterystycznie. Ponieważ Cornelis miał ogromne zdolności aktorskie, grał też w kilku filmach, w tym w cudownym filmie Rännstensungar główną rolę, my z Zofijką bardzo lubimy ten film, o jego fabule też już gdzieś na Drimolandii pisałam. Oglądałyśmy go kilka razy, ja Zofijce mówię, co gadają, bo napisów brak, chociaż ja próbowałam coś tam sklecić po polsku i po angielsku, a Zofijka mi mówi, co robią. Zmarł 12 listopada 1987 roku na raka wątroby, w ogóle był strasznie wyniszczony, także mimo, iż go zoperowali i wszystko niby było OK, to chyba było już troszkę za późno.
Przechodząc do wpływu tej fazy na mnie i na moje życie, stwierdzić muszę przede wszystkim, że pojawiła się ona w jednym z najokropniejszych okresów w moim życiu, ale większość czasu jej trwania miała miejsce w czasie dla mnie ogromnie szczęśliwym. Pośrednio faza owa wpłynęła na mnie w ogromnej ilości rzeczy. Jak mi się zaczęła? Zacznę od tego, że w trzeciej klasie podstawówki, gdy uczyłam się szwedzkiego, poznałam taką piosenkę - "Balladen Om Herr Fredrik ?kare Och Den Söta Fröken Cecilia Lind". Nie wiem, w czyim ja to wtedy słyszałam wykonaniu, możliwe, że to było Vreeswijka, ale równie możliwe, że nie, w każdym razie bardzo ją wtedy polubiłam, nauczyłam się jej na pamięć, nie, żeby mi to do czegoś było potrzebne, ale wiecie, uczenie się na pamięć różnych textów w obcym języku potrafi być pomocne zwłaszcza na pierwszych etapach nauki, a w tym czymś było dużo ciekawych słów, choć jednocześnie dość łatwo było mi to zrozumieć, a jeszcze łatwiej zakodowało mi się w mózgu, jak się okazało, na wiele lat. Szwedzkiego uczyłam się do czwartej klasy, potem wróciłam do Lasek i tam spędzałam większość czasu, więc już lekcji nie miałam, uczyć się z czego też nie miałam, więc powoli i niepostrzeżenie zaczynałam wszystko zapominać, mimo, że kochałam ten język ogromnie, ale wolałam o nim w ogóle nie myśleć, bo pomimo, że bardzo się z Mamulką starałyśmy, nikogo w Warszawie nie znalazłyśmy, kto mógłby mnie tego szwedzkiego uczyć dalej i w ogóle, śmiesznie, bo przecież takie wielkie miasto, było mało prawdopodobne, żebym kiedyś umiała się nim posługiwać. Strasznie tęskniłam za jego brzmieniem, może to głupio zabrzmi, ale czułam to jak jakiś taki zew, że powinnam mieć z nim kontakt, zresztą teraz tak mam ze wszystkimi moimi językami, że strasznie, strasznie chciałabym móc nimi mówić, że mogłabym ich słuchać dosłownie cały czas, to jest chyba jakiś fetysz, no nie? :D Potem poszłam sobie do gimnazjum, byłam w drugiej klasie, przyjechałam do domu na przerwę majową i nagle w ogóle od czapy przyczepiła mi się do mózgu ta Cecilia Lind i nie chciała mi się odczepić, co uważałam za dziwne, bo jak dotąd w ogóle o niej nie myślałam jakoś szczególnie, w ogóle mnie rozśmieszyło, że jeszcze pamiętam niemalże cały text tego czegoś, melodię i w ogóle. Łaziło to to za mną tak, że 1 maja postanowiłam sobie znaleźć tą piosenkę w sieci i jeszcze raz jej posłuchać, umilając sobie w ten sposób czas, który miałam poświęcić na ogarnięcie projektu gimbazjalnego. No i jakoże wersja Vreeswijka jest wersją oryginalną tej piosenki, to ją znalazłam jako pierwszą i stopniowo zaczęłam się zarażać. Bardzo, bardzo, bardzo powoli, ale widocznie. W którymś momencie, gdy już byłam tego świadoma, że oto zostałam zarażona trzecią fazą i trochę rozczarowana, że faza na Declana nie jest już moją główną fazą, bo zawsze to jest trochę taki ciężki proces, pomyślałam, że teraz to ja już stanę na nosie, czy na czymkolwiek będzie trzeba, żeby na nowo zacząć się bawić szwedzkim. Tym bardziej, że im więcej słuchałam Vreeswijka, tym silniejsze miałam wrażenie, że te wszystkie słowa, które ja już zapomniałam, szwedzki akcent, wszystko w ogóle, zaczyna do mnie wracać. Skojarzyło mi się to trochę tak, jakby człowiek miał amnezję i nagle wszystko zaczyna mu się w mózgu układać, kim tak właściwie jest i wszystko wydaje się takie normalne i oczywiste, mimo, że jeszcze pół minuty wcześniej tego nie wiedział. Bardzo, bardzo, ogromnie mi to ułatwiło późniejszą naukę, tym bardziej, że ja jeśli chodzi o moje fazy jestem wścibska do bólu i jeśli czegoś nie rozumiałam, to w tym celu zainstalowałam sobie szwedzki słownik na mojej pięknej Nokii, a że zasad pisowni nie zapomniałam, to na pierwszej lekcji miałam już dosyć rozbudowane i różnorodne słownictwo. Tak funkcjonowałam przez cały maj i przez całe wakacje, moja fazunia pięknie się rozwijała, a potem przeniosłam się do mojej rejonowej szkoły, wskutek czego mogłam wznowić moje lekcje szwedzkiego, a że wtedy byłam już nieco bardziej ogarnięta z kwestiami technicznymi, mogłam też się dużo uczyć sama. Rzeczą, która zadziwia mnie do tej pory, jest fakt, że jeszcze przed wakacjami udało mi się przetłumaczyć pierwszą piosenkę, a zarazem wiersz Vreeswijka "Vaggvisa För Bim, Cornelis Och Alla Andra Människor P? Jorden" (Kołysanka Dla Bim, Cornelisa I Wszystkich Innych Ludzi Na Ziemi). Takie miałam marzenie, żeby przetłumaczyć polskim ludziom chociaż część twórczości Vreeswijka i mam do tej pory, a wtedy właśnie siedziałam nad textem tej kołysanki, po prostu chcąc ją choć w części zrozumieć i wtedy mnie nagle naszło, jakby to można ładnie zrobić po naszemu. Ładnie to nie wiem, czy było, ale było nieźle jak na moje ówczesne możliwości, chociaż pewnych rzeczy do dzisiaj nie wiem, jak poprawić. Przetłumaczyłam także kilka innych wierszy i piosenek Vreeswijka, ale większość jak już pisałam tkwi w jakimś martwym punkcie i nie wiem, co zrobić z tym dalej. Nie wiem w ogóle, czy jego twórczość przyjęłaby się u nas, czasami mam wrażenie, że to podobnie szalony pomysł, jak sadzenie bananów w naszych szerokościach geograficznych.
Ponadto, co może się wydawać absurdalne, pośrednio można rzec, że nawróciłam się dzięki Vreeswijkowi. Może być to śmieszne, bo sam Vreeswijk nie był człowiekiem wierzącym, mimo, iż jego żona, tfu, sorry, chciałam powiedzieć, że jedna z jego trzech żon, twierdzi, że był człowiekiem uduchowionym, jak dla mnie to jest jednak różnica. Pochodzę z bardzo wierzącej rodziny, także teoretycznie zawsze byłam chrześcijanką, ale moja wiara była raczej słaba, a w Laskach, gdzie frustrowało mnie podejście do spraw religii, mówiąc oględnie, osłabiła się jeszcze bardziej, z czasem weszłam w ezoterykę, okultyzm i inne takie badziewie, szerzej o tym pisałam na Drimolandii, zresztą nieszczególnie chce mi się do tego wracać na forum publicznym. Jeszcze na krótko zanim poznałam Vreeswijka, różne rzeczy i różni ludzie na różne, dość dobitne sposoby pokazywali mi, że powinnam stamtąd jak najszybciej wyleźć, w sensie z tego całego okultystycznego badziewia i w ogóle. Gdy poznałam Vreeswijka, byłam już na dobrej drodze do uczynienia tego, chciałam to zrobić i się od tego wszystkiego uwolnić, a potem wpadła mi w ręce praca magisterska człowieka, który nazywa się Peter jakiś tam, dotyczyła w każdym razie obrazu Boga w twórczości Cornelisa i jeszcze dwóch jakichś tam intelektualistów ze Szwecji. Ja tak to czytałam i czytałam, co drugie słowo musiałam sobie tłumaczyć, mimo, że zytałam tylko część dotyczącą Vreeswijka to i tak roboty z tym miałam dużo i dużo czasu mi to zajęło, ale coraz bardziej się przybijałam. Przede wszystkim utwierdziłam się w przekonaniu, że Vreeswijk jest socjalistą. Ja staram się nie robić tak jak moja Mamulka i lubić albo nie lubić ludzi za to, jakie mają poglądy, bo to trochę głupie, staram się szanować ludzi łącznie z ich poglądami, ale trochę mnie to zasmuciło, bo jednak ja mam poglądy prawicowe i myślę, że człowiek liberalny poczułby się podobnie, gdyby się dowiedział, że człowiek na którego ma fazę, jest faszystą, no rozumiecie, o co idzie. Potem dowiedziałam się ogólnie o jego podejściu do spraw wiary, a że znałam już dość dobrze jego życiorys i poglądy w różnych innych kwestiach, zaczęłam człowiekowi współczuć. Współczułam mu w bardzo wielu kwestiach, ale wtedy współczułam mu tego, że zapewne teraz, jak już jest gdzieś tam po drugiej stronie, srogo się na swoich poglądach najprawdopodobniej zawiódł. A potem Mamulka przeczytała mi książkę "Święta Pani", Fulli Horak, czytała mi ją już parokrotnie wcześniej, ale niezbyt mnie to interesowało, albo tylko bardzo powierzchownie. Książka dotyczy życia pozagrobowego, głównie dusz czyśćcowych. No i odtąd zaczęłam modlić się za dusze czyśćcowe, szczególnie często za Vreeswijka i zmarłych z mojej rodziny. Mam nadzieję, że jeśli tam jest, w jakimś stopniu mu to pomogło lub pomoże, bo myślę, że jego szwedzcy przyjaciele nieszczególnie się przejmują tym, co dzieje się z nim, jak i z kimkolwiek innym, po śmierci. O mojej drodze powrotnej do chrześcijaństwa też już pisałam we wpisie o duszach czyśćcowych na Drimolandii.
Jeszcze co do szwedzkiego, jedną z pierwszych rzeczy, jakich dowiedziałam się o Vreeswijku, było to, że jak przyjechał do Szwecji, to bardzo szybko zaczął mówić po szwedzku, ale tak naprawdę szybko to ogarnął. I ja stwierdziłam, że ło mamusiu ja też tak chcę. I potraktowałam to jako swego rodzaju wyzwanie. Niewieloma rzeczami w życiu się zajmowałam z takim perfekcjonizmem. No i stwierdzić muszę, że teraz, jak tak patrzę z perspektywy niecałych trzech lat, odkąd uczę się szwedzkiego, gdy mówię już dość płynnie, no kurczę, tak w miarę płynnie mówić potrafiłam już w pierwszej połowie pierwszej liceum. Nie mówię, że gramatycznie, bo nie zawsze, pisałam dość nieortograficznie, śmisznie trochę, ale bardzo dobrze rozumiałam ze słuchu, miałam dosyć dorzeczny akcent chyba, przynajmniej mój nauczyciel twierdzi, że szybko mi wszedł i się nie przycinałam przy mówieniu co chwilę, choć z ingliszem miałam tak przez bardzo, baardzo długi czas, zapominałam podczas nawijania wielu słów, czego ze szwedzkim praktycznie nie miałam w ogóle.
Wtedy zaczęłam też uwielbiać holenderski. Wcześniej, przed fazą na Cornelisa, holenderski w ogóle mi się nie podobał, no przecież jest taki strasznie ostry, normalnie nadaje się do użytku chyba tylko w celach militarnych, a po jakimś czasie słuchania holenderskich utworów Vreeswijka stwierdziłam, "Matko, jaki ten holenderski jest piękny, taki pięknie charczący, ja nie wyrobię.". :D Potem jeszcze odkryłam fryzyjski, z którym Cornelis nie ma nic wspólnego, ale, że się nim mówi w Holandii, to w którymś momencie na fryzyjski wpadłam i zaczęłam wielbić. Potem jeszcze kiedyś się dowiedziałam, że Cornelis umiał trochę mówić po fińsku, a mi się fiński zawsze podobał, więc zaczęłam też drążyć temat fińskiego i również ten język ogromnie polubiłam i podobnie jak z holenderskim nauczyłam się jego bardzo podstawowych podstaw i kiedyś zamierzam więcej zrobić z tymi trzema językami. W ogóle Cornelis dość dużo języków znał z tego, co mi wiadomo, ktoś mi mówił, że nawet rosyjski, ale nigdzie nie udało mi się tego zweryfikować, także akurat do tego rosyjskiego sceptycznie podchodzę, po ingliszu podobno zaczął dość szybko mówić, bo w jednym z wywiadów mówi, że zanim poznał szwedzki, to w Szwecji rozmawiał z ludźmi po angielsku. Według mnie ma trochę śmiszny akcent w tym ingliszu, mi się kojarzy z jakimiś hipisami, choć nie mam pojęcia dlaczego.
Inną rzeczą, która nastąpiła podczas tej fazy, było to, że bardzo polubiłam książkę Colina Wilsona "Outsider". Gdzieś przeczytałam, że bardzo wpłynęła ona na Vreeswijka, no a że faza tak działa, postanowiłam, że w związku z tym muszę, muszę ją przeczytać. Czytałam ją bardzo długo, umilałam sobie nią czas na przerwach w trzeciej gimnazjum, wtedy miałam w szkole wiele okazji do czytania i chociaż zwłaszcza na początku ciężko mi było przez nią przebrnąć i w ogóle na pewno nie mogę powiedzieć, że czytałam ją z zapartym tchem, to jednak muszę przyznać, że w którymś momencie stwierdziłam, że bardzo ją lubię i na pewno jeszcze będę do niej niejednokrotnie zaglądać, może nie, żeby czytać od deski do deski, ale serio dużo można z niej wyciągnąć. I rzeczywiście, co jakiś czas do niej zaglądam i znajduję w niej coś dla siebie. Śmiesznie, bo jest to książka filozoficzna, ja takich na ogół nie czytuję, traktuje ona o różnych sławnych outsiderach z minionych stuleci, opisuje ich życiorysy i to, w czym byli outsiderami, pozornie rzecz straszliwie nudna, jak wejdziesz głębiej, wcale nie. Chociaż ja sama nie mam pojęcia, czy mogłabym się określić jako "outsider", to jednak zdecydowanie rozumiem, co tak przyciągnęło do tej książki Vreeswijka, na pewno jest to książka kształtująca mózg w jakimś stopniu.
Zaraziłam fazą iście ciekawe grono osób. Przede wszystkim Celtic1002, to jest już chyba reguła, że się zarażamy fazami, czy coś, troszkę Zofijkę, chociaż Zofijka nie rozumie, o co w tym wszystkim w ogóle chodzi, no ale to jest raczej logiczne, a poza tym, uwaga, uwaga... moją babcię. Wyobrażacie sobie? Zarazić BABCIĘ fazą? Kiedyś sobie tak rozmawiałyśmy o muzyce, babcia mi mówiła, że lubi niejakiego Jacquesa Brela, ja go nie lubię, w ogóle nie lubię takiej muzy, ale Vreeswijk lubi Brela i innych takich zamułów, zresztą ma z nimi dużo wspólnego muzycznie, oboje są poza tym intelektualiści, w sensie moja babcia i Cornelis, i tak mnie naszło, żeby babci pokazać muzykę Cornelisa. I tak siedzimy, słuchamy i w którymś momencie babcia mówi "Niesamowity jest cały ten twój Vreeswijk". :D Śmiesznie to zabrzmiało, ale nie sposób się nie zgodzić. Teraz babci trochę przeszło, bo nie ukrywam, że najwięcej niesamowitości Vreeswijka znajduje się w jego textach, tak to ja zawsze babci tłumaczyłam, o co chodzi, a teraz, jak się przeprowadziliśmy, to nie bardzo jest kiedy. Kolejna osoba, jaką zaraziłam, jest również osobliwością, ponieważ jest to nauczycielka polskiego z mojego rejonowego gimnazjum. Zabawnie, czyż nie? Ja tam miałam nauczanie indywidualne, w trakcie roku okazało się śmisznie, że ja niby w Laskachw drugiej klasie przerobiłam większość lektur i w ogóle wiele rzeczy z klasy trzeciej, poza tym bardzo dobrze mi w tym roku szło, więc szybko przerobiłyśmy materiał i po egzaminach na lekcjach właściwie nie bardzo było co robić. W związku z tym któregoś dnia przeczytałam jej moje tłumaczenia Vreeswijka i tak się potoczyło dalej, że ona go polubiła i potem na każdej lekcji chociaż przez chwilę rozmawiałyśmy o Vreeswijku. Aczkolwiek teraz nie mam pojęcia, co z tą jej fazą.
Aha. Zapomniałam jeszcze wspomnieć o jednej iście ciekawej rzeczy. Dzięki Vreeswijkowi przekonałam się, odrobinę zaledwie, ale jednak, do jazzu. Kiedyś po prostu nie trawiłam, no w ogóle nic, a u niego jest tych jazzowych motywów trochę. Także w trakcie trwania tej fazy zdążyłam minimalnie jazz polubić i polubiłam prawie wszystkie jego utwory z tymi jazzowymi motywami, chociaż albumu "Cornelis & Jazz Incorporated" nie lubię do tej pory, bo dla mnie jest już za bardzo jazzujący. Zresztą w ogóle jeśli jakichś utworów Vreeswijka nie lubię to na ogół albo dla tego, że za dużo jest w tym jazzu, albo dlatego, że jaskrawo kłóci się treść tego czegoś z moimi poglądami, bo on się z tym swoim socjalizmem straszliwie afiszował.
Faza trwała mi do 3 grudnia ubiegłego roku.
OK, to będzie tyle, zaraz wstawię wpis z Drimolandii i... o kurczę, jakiś awatar, naprawdę nie wiem co.


2017-08-08 16:38:06
hazel96
@celtic1002 pokazała mi kiedyś jakąś jego piosenkę, ale mnie nie ujęła, chociaż, z drugiej strony, może
to za szybko, żeby się obiektywnie wypowiedzieć.
2017-08-08 16:50:23
moozgish
On ma przede wszystkim piosenki bardzo różne, także jedna nie zdefiniuje jego stylu, a poza tym nawet i dla mnie są takie piosenki Vreeswijka, które rzeczywiście średnio mnie ujmują.
2017-08-08 16:57:24

Wczorajsze miłe rzeczy.

Witajcie!
Ostatni weekend, plus prawie cały czwartek i cały piątek był dla mnie obrzydliwie wręcz obrzydliwy, ale wygląda na to, że od wczoraj sytuacja zaczyna się normować, mam taką nadzieję, że mam rację, także jest to dość miła rzecz, poza faktem, że miałam też wczoraj obrzydliwie obrzydliwe sny i się nie wyspałam.
Wczoraj duuużo bawiłyśmy się z Zofijką, było bardzo śmiesznie, musiałam jakoś odreagować ten obrzydliwy czas i ogólnie tyle się śmiałyśmy, że czasami to się zastanawiałam, czy czasem nie umrzemy dziś, to znaczy wczoraj oczywiście, ze śmiechu, ale konsekwencją tego było tylko to, że Zofijce w trakcie jednego z ataków śmiechu zachciało się strasznie siusiu, a że o kulach ciężko jest szybko dobiec do kibelka, to ledwo uniknęła katastrofy. :D
Czytałam i czytam do tej pory książkę "Magic For Marigold" Lucy Maud Montgomery w oryginalnej wersji. Książkę tę jak wszystkie książki Maud czytałam już bardzo dużo razy, Marigold w oryginale czytałam już raz, w ogóle zawsze ciężko jest mi się zmotywować i zabrać do czytania książek po angielsku, mimo, że ostatnio sobie uświadomiłam, że już chyba większość tego, co czytam na co dzień w sieci jest po ingliszu, ale książki Maud w oryginale czytać uwielbiam. Uwielbiam jej książki w ogóle i uwielbiam wiedzieć, jak coś wygląda u niej w wersji oryginalnej, zwłaszcza, że jej książki mają na ogół po kilka tłumaczeń, czy na przykład taka "Ania Z Zielonego Wzgórza" chyba z kilkanaście, wskótek czego jest trochę miszmasz. Różne polskie przekłady też uwielbiam czytać. Ale o tym będzie więcej kiedy indziej, jak będę robić recenzję Marigold.
Poza tym dużo czasu wczoraj spędziłam z Mishą oraz z Mamulką, z którą byłam w sklepie i podczas drogi do sklepu i z powrotem bardzo miło się nam nawijało. Niestety Mamulka ma zapalenie krtani, co nie jest już tak miłe, ale znając jej odporność oraz przeróżne sposoby, jakie zna na wszelkie choroby, bardzo szybko sobie z tym powinna poradzić.

2017-08-08 13:11:26
Celtic1002
O, nie byłam sama z zapaleniem, niekonieczie krtani, ale gardła. Pocieszające. No ale, mam nadzieję,
że Twojej mamie niedługo minie i wróci do zdrowia.
2017-08-08 15:36:27
gadaczka
A co to za obrzydliwe rzeczy?
2017-08-08 16:21:35
moozgish
@Celtic1002: Haha, Mamulka miała zapalenie i krtani i gardła, tak żeby było ciekawiej, także miałaś zawsze jakieś towarzystwo w cierpieniu. :)
@Gadaczka: Między innymi pochorował nam się Misha, nie mieliśmy pojęcia, co mu jest, na szczęście tylko wyglądało strasznie i to chyba nic poważnego, bo już z tego wychodzi, poza tym mieliśmy różne problemy rodzinne, które nie dotyczą bezpośrednio mnie, dlatego sądzę, że rozsądniej będzie, jeśli nie będę o tym pisać jakoś w szczegółach.
2017-08-08 17:04:21
pajper
Nie jedną książkę i nie jednego autora po angielsku czytałem, czego nie żałuję.
Wyszczególnić tutaj należy Tolkienia, Szekspira i Defoe zwłaszcza.
Ale twórczości Montgomery w tym języku jakoś nie czytałem.
Nie jedną powieść tej autorki pochłonąłem dawniej, w podstawówce i gimnazjum.
Ale nie czułem się na siłach wtedy na lekturę po angielsku.
Prawdę mówiąc, żałuję, bo z perspektywy czasu, w podstawówce może nie, ale w gimnazjum spokojnie dałbym radę, a i swoje anglojęzyczne horyzonty bym poszerzył.
No ale wyszło jak wyszlo.
Więc powiadasz, że warto?
PZDR
DP
2017-08-08 22:07:04
moozgish
Tak, sądzę, że zdecydowanie warto ją czytać w oryginale, chociaż mamy w Polsce całkiem dobre tlumaczenia większości jej książek, to jednak w wersji oryginalnej jest jakoś ciekawiej, według mnie postacie są jakby bardziej autentyczne, tym bardziej warto, jeśli już czytałeś dużo innych książek po ingliszu. Jeśli chodzi o samą Marigold, to również warta jest przeczytania, niezależnie po jakiemu. Szekspira też kiedyś czytałam po ingliszu, w całości przeczytałam tylko "Burzę", czytałam też Hamleta, ale utknęłam.
2017-08-08 23:10:36

Inspiracja.

Ludzie, którzy potrzebują pomocy, wyglądają czasem tak, jakby jej zupełnie nie potrzebowali.
Glennon Doyle Melton

2017-08-05 16:08:36
pajper
Święta prawda.
Czasem trudno poznać, że ktoś potrzebuje naszej pomocy.
Nie wiem tylko, dlaczego bardziej.
Czy dlatego, że nie wygląda, jakby była potrzebna, czy też dlatego, że nie chcemy tego dostrzec.
2017-08-05 16:09:42
Monia01
Myślę, że dlatego, że takie osoby często udzielają pomocy innym, a nam się wydaje, że skoro one pomagają,
to same nie potrzebują pomocy.
2017-08-05 17:40:09
ambulocet
Zgadzam się. Ogólnie ludzie często ulegają złudzeniu, że jeśli ktoś wygląda tak, jakby miał wszystko,
to naprawdę niczego mu nie brakuje. Zapominamy jednak, że z perspektywy obserwatora mamy dostęp tylko
do określonych aspektów życia danej osoby, podczas gdy większość jej pragnień, tęsknot i tak dalej, może
być przed światem starannie ukryta.

2017-08-06 12:43:53
Celtic1002
Nie mam nic więcej do dodania, jak tylko się z Wami zgodzić. :)
2017-08-07 07:14:49

Inspiracja.

Jesteś zwycięzcą! Próby życiowe nie mają na celu złamać cię, ale cię ukształtować.
Norman Vincent Peale.

2017-08-04 21:24:37
pajper
O. :)
Podoba mi się. :)
Muszę zapamiętać. :)
2017-08-04 21:25:08
ambulocet
Zgadzam się. To słowa, które zdecydowanie daj,ą do myślenia.
2017-08-06 12:36:28

Declan Galbraith - Strange World.

Tak więc w moim dzisiejszym awatarze jest piosenka Declana Galbraith, o tytule "Strange World". Istnieją dwie wersje tej piosenki, jedna jest akustyczna, druga jest częścią tego demo o którym pisałam. Ja wybrałam na awatar tę drugą, choć obie lubię tak samo, w przypadku tej fazy też nie mam tak, że coś tam lubię bardziej, a coś mniej, tak samo jak i z Enyą, no ale na coś zdecydować się musiałam. :D Strasznie podoba mi się ta piosenka jak i jej text, z którym, cóż, trudno się nie zgodzić. Text spodobał mi się do tego stopnia, że postanowiłam zrobić do niego tłumaczenie na textowie i zrobiłam już wieki temu, bo kilka osób tam już od dawna piszczało, żeby któś to przetłumaczył, a ja akurat wcześniej ten text przerabiałam na moim indywidualnym angielskim, także się czułam przygotowana. :D Jak zwykle ciekawa jestem, co o tym utworze myślicie i jak zwykle wszystko jest u mnie w plikach udostępnionych.

2017-08-03 11:53:06
Celtic1002
Uwielbiam tę piosenkę i, trudno mi się ni zgodzić z Declanem, że dziwny jest ten świat. :)
2017-08-03 15:02:45

Declan Galbraith.

Witajcie!
Miałam poczekać z kolejnymi wpisami o fazach i nie wrzucać wszystkiego tak od razu, ale jakiś czas po wrzuceniu wpisu o Enyi i mojej na nią fazie olśniło mnie, że przecież w poniedziałek są urodziny Vreeswijka, czyli obiektu mojej trzeciej fazy, więc postanowiłam do tego czasu uwinąć się z Declanem, czyli obiektem mojej drugiej fazy, żeby na poniedziałek upamiętnić Vreeswijka jakimś wpisem i awatarem. Z racji, że wpis jest fazowy, znów ostrzegam, że może być przydługi.
O ile Enya jest postacią szeroko znaną nie tylko tym, którzy ją bardzo lubią, ale też i większości ludzi w ogóle, o tyle Declan raczej nie, dlatego myślę, że na początku napiszę coś o nim w ogóle.
Declan Galbraith tworzy muzykę, która się mocno zmienia wraz z upływem czasu, niemniej jednak ja wciąż zaklasyfikowałabym ją do popu, ewentualnie do poprocka. Urodził się 19 grudnia 1991 roku w Anglii, w hrabstwie Kent, jego tata pochodzi ze Szkocji, a Mama z Irlandii, a nie odwrotnie, jak twierdzi nasza Wikipedia, już nawet sam fakt, że jego tata nazywa się Alec, może sugerować, że gościu jest raczej ze Szkocji. Trochę śmisznie jest jak się ma matkę z innego kraju, ojca z innego, a w jeszcze innym się mieszka, no ale Declan zawsze może powiedzieć, że jest "British". :D Inaczej chyba ludzie w podobnej sytuacji muszą mieć trochę problem z tożsamością kulturową, no ale to tak off topic. Jako mały chłopiec Declan brał udział w różnych konkursach piosenki, bardzo lubił śpiewać, co zaowocowało tym, że w 2002 roku nagrał album, na którym znajdują się covery znanych lub mniej znanych piosenek. Kolejny album, też głoównie z coverami, zrobił w roku 2006 w wieku lat piętnastu, a następny w 2007 roku, także głównie coverował. Potem miał dłuuugą przerwę, związaną ze studiami, ale pojawił się i tak wcześniej, niż zapowiadał, ponieważ jakoś mniej więcej w czasie igrzysk olimpijskich w Londynie zaczęło coraz więcej o nim słychać, a potem pojawiło się demo z jego nowymi utworami. Są one wszystkie napisane przez niego i, według mnie, mają taki trochę bardziej alternatywny styl.
OK, przechodząc do mojej fazy oraz tego, co zmieniła w moim życiu, zaczęła się ona w Dzień Babci, którego roku nie pamiętam, niemniej jednak zaczęła się dość gwałtownie, więc to, że dokładnie wtedy był Dzień Babci kojarzę. Była to pierwsza z moich intensywniejszych faz, choć trwała najkrócej z nich wszystkich, oczywiście jako faza główna, bo tak jak już pisałam, mi się fazy wielkie przytłumiają, wraz z nadejściem kolejnej, a nie całkowicie kończą, przynajmniej do tej pory jeszcze żadna mi się nie skończyła. Nie wiem jeszcze oczywiście, ile potrwa mi moja obecna faza jako główna, niemniej jednak z tych poprzednich faza na Declana była chyba najkrótsza. Znowu, tak jak poprzednim razem, zaraziłam się od Celtic1002 i Annabeth, za co również jestem im ogromnie wdzięczna, bo zawsze fajnie jest mieć jakąś fazę, :) kilka osób udało mi się zarazić i tym razem, niemniej jednak już nie tyle, ile ENyą, co ciekawe, wśród tych osób znalazła się także Zofijka, której faza, całkiem mocno rozwinięta, trwa do tej pory, najbardziej lubi piosenkę Declana pod tytułem "Ego You", może ze względu na własne, niesamowicie dobrze ukształtowane i rozrośnięte ego. Wraz z tą fazą zaczęła mi się także fascynacja nie tylko Irlandią, jak w czasie fazy na Enyę, ale też Szkocją i ogólnie kulturą celtycką, także celtyckimi językami. U Declana są obecne, zwłaszcza na pierwszych dwóch albumach, jakieś nawiązania do folku, czy nawet folkowe utwory jak "Carrickfergus", "Danny Boy" czy "The Last Unicorn" folkowej piosenkarki Loreeny MCKennitt, sam Declan słucha muzyki irlandzkiej, na przykład Christy'ego Moore'a, a jego dziadek grał w irlandzkim zespole folkowym, później niestety jednak dużo tego folkloru na jego albumach już nie ma, bo wydaje mi się, że tak serio to on jest jednak bardziej "British", niż Irish czy Scottish. :D Bardzo mocno poszedł mi do góry inglisz podczas tej fazy, tak jakoś dostałam wtedy wzmożonej fazy na inglisza, mimo, że wtedy byłam na takim etapie, że angielskiego jako przedmiotu szkolnego nie lubiłam, bo mnie po prostu nudził, mimo, że język w jakimś stopniu lubiłam już dawno. Wtedy nauczyłam się też rozróżniać akcenty, to znaczy oczywiście brytyjski od amerykańskiego, amerykański od australijskiego, australijski od irlandzkiego czy irlandzki od szkockiego, ale też nauczyłam się rozróżniać różne brytyjskie akcenty, co mi wtedy akurat dość ślamazarnie szło, ale wyszło, co, jak sądzę, jest najważniejsze. Ogólnie podczas tej fazy miałam pod wieloma względami bardzo fajny, śmieszny czas w życiu, także mam i z tą fazą w ogóle i z muzyką Declana wiele bardzo miłych skojarzeń.
W tym wpisie to tyle, za chwilę pojawi się jeszcze osobny wpis na temat mojego dzisiejszego awataru.
2017-08-03 11:42:00
Celtic1002
Kocham Declana. Zawsze chyba będę go kochać. :) Szkoda, że nigdzie nie ma płyty, tej, którą wydał pod
psełdonimem, ale dobrze, że chociaż ma mte dema. :) I oczywiście, cieszę się, że mogłam się przyczynić
do Twojej fazy.
2017-08-03 15:01:50
moozgish
Pod tym pseudonimem Child Of Mind to chyba nie była płyta, tylko singiel, chyba, że coś pochrzaniłam, w każdym razie rzeczywiście szkoda, że jej nigdzie nie ma, czymkolwiek by to nie było.
2017-08-03 15:23:39
hazel96
Ja teraz rzadko wracam do Declana, ale mam do niego ogromny sentyment, natomiast "Last unicorn" uwielbiam
i w ogóle kojarzy mi się jakoś kołysankowo.
2017-08-16 18:53:48

Wczorajsze miłe rzeczy.

Witajcie!
Wczoraj miałam miły, ale raczej spokojny dzień. Spędziłam dużo czasu z Mishą, prawie jak zawsze. Poza tym wczoraj mój Tatul pojechał do pracy, pewnie wróci jutro, albo może pojutrze, ale zanim jeszcze pojechał spędziliśmy bardzo miło czas na Google Maps. Mój Tatul bardzo lubi sobie tak podróżować palcem po mapach Google, po różnych ciekawych miejscach, a potem ma w zwyczaju mówić: "Jak ja byłem w Finlandii, to widziałem...", "Jak przejeżdżałem przez Norwegię..." i wszyscy się dziwią. :D Ja bardzo lubię mu w tych podróżach towarzyszyć, wczoraj akurat zwiedzaliśmy pewną walijską miejscowość, ponieważ ja chcę wiedzieć na jej temat dosłownie wszystko, co tylko można. W ogóle często po Walii sobie jeździmy i w ogóle dużo czasu spędzamy razem z Tatulem przy kompie, bo Tatul mi opisuje na przykład różne zdjęcia, które chcę, żeby mi opisał, albo ja pomagam Tatulowi, bo mój Tatul bardzo niewiele potrafi na kompie zrobić, a jeszcze mniej potrafi zrobić nie wkurzając się, poza tym różne rzeczy z tą naszą firmą ja robię na komputerze, wtedy czasami Tatul jest potrzebny i w rezultacie wspólne posiedzenie nad moim lub Tatula laptopem zawsze się przeciąga. Aha, bo ja Wam zapomniałam napisać, że w związku z tym, że uczę się zaocznie, to mogę sobie również pracować, co też robię i pracuję jako coś w rodzaju sekretarki w firmie mojego Tatulka, piszę do jego klientów, przechowuję mu dokumenty itd. robię różne rzeczy, na które Tatul nie ma czasu, albo zrobić nie potrafi, żeby sobie trochę na przyszłość zarobić.
Dużo czasu spędziłam też wczoraj z Zofijką i pisałam z wieloma fajnymi ludźmi.
Ahaa, napiszę Wam jeszcze, że Zofijka dostała telefon. Wcześniej nie miała własnej komórki, dopiero wczoraj Mamulka kupiła jej jakiegoś LG, chociaż zawsze się zarzekała, że Zofija nie dostanie telefonu przed piętnastymi urodzinami. Ale mojej Mamuli się zmienia zdanie bardzo często i Zofijka wczoraj była w takiej euforii, że aż miło było to obserwować, choć nie wiem, czy akurat dla nas wyniknie coś dobrego z tego, że posiada swój własny telefon, na pewno będzie wszystkich nękać SMS-ami i telefonami, ale może też będzie więcej spokoju i nie będzie tak ciągle jęczała, że jej się nudzi. :D Bo ona bardzo często tak właśnie jęczy w normalnych sytuacjach, gdy może robić wszystko, co chce, więc wyobraźcie sobie, ile jęczy teraz, jak ma tą nogę rozwaloną.
2017-08-01 15:11:06

Enya - Dreams Are More Precious.

Wreszcie się zdecydowałam na ten awatar. :D No serio nie wiedziałam co wybrać. Ja z Enyą nie mam tak, że mam jakieś utwory, które lubię bardziej, albo mniej, no OK, Orinoco Flow tak średnio lubię, bo mi się trochę dziwnie kojarzy i jak dotąd się tego jeszcze nie pozbyłam.
W każdym razie w moim awatarze jest Dreams Are More Precious, piosenka z pięknym textem, który bardzo mi się podoba i w ogóle cała jest piękna, no ale wiadomo, Enya. :)
2017-07-31 14:18:23
Celtic1002
Kocham tę piosenkę. Za jej tekst, no i za melodię i za wszystko <3
2017-07-31 14:37:54
pajper
Oświadczam oficjalnie, że to kradziesz. :D
Oczywiście żartuję.
Sam chciałem wstawić ten właśnie awatar i...
Okazuje się, że ktoś mnie ubiegł o kilka godzin. :D
Cudny utwór.
PZDR
DP
2017-07-31 20:09:09
moozgish
Oo, serio? :D A ja jeszcze rano chciałam z tym awatarem czekać do jutra. To dobrze, że się z tym pospieszyłam. :D
2017-07-31 22:12:13

Enya.

Witajcie!
Na początku uprzedzam, że wpis może być długi. Postanowiłam zacząć cykl związany z moimi fazami. Wydaje mi się, że słowo faza jest jakoś dziwnie powszechne w niewidomym środowisku w tym znaczeniu, o jakie mi obecnie chodzi, niemniej jednak jeśli są osoby, które nie mają pojęcia, co to właściwie jest ta faza, należy im się jakieś chociaż krótkie wyjaśnienie.
Otóż faza jest słowem o bardzo szerokim znaczeniu, ale najprościej rzecz ujmując jest to rodzaj fascynacji, najczęściej okresowej, acz nie zawsze, bo niektóre potrafią się z różnym nasileniem utrzymywać naprawdę długo, ja te takie długie mam w zwyczaju nazywać fazami wielkimi. Fascynacja owa może dotyczyć muzyki, to znaczy najczęściej jakichś konkretnych wykonawców i wtedy faza obejmuje i wykonawcę i to, co on robi, może dotyczyć też gatunków muzycznych, książek, ich autorów, poszczególnych bohaterów, filmów, reżyserów, aktorów, ludzi z twojego otoczenia. Niektórzy to mylą z miłością, to może się pojawiać jednocześnie, ale chyba rzadko się tak zdarza, w ogóle trudno na to jakoś obiektywnie spojrzeć. W jakimś sensie termin faza pokrywa się z obecnie modnym terminem crush. Jeśli któś chciałby się dowiedzieć czegoś więcej, odsyłam na Drimolandię do wpisu pod tytułem Czym Jest Faza, oczywiście nie traktujcie definicji z Drimolandii zbyt poważnie, tak to sobie zrobiłam dla jaj, bo mi się nudziło, jest mocno przejaskrawiona.
Przechodząc do moich faz, faz wielkich miałam cztery, a właściwie mam, bo u mnie jest tak, że jak się zaczyna jakaś nowa, to mi ta stara bynajmniej nie przechodzi, tylko tak jakby trochę się tłumi pod presją tej nowej, świeżej. Faz małych miałam niezliczone ilości, małych i pod względem czasu ich trwania i pod względem ich nasilenia, o, teraz mam na przykład małą fazę na książki Jacqueline Wilson i na taki walijski zespół o nazwie Swnami. Te wszystkie moje cztery wielkie fazy są muzyczne, mam też dość intensywne fazy książkowe, jedną dotyczącą Lucy Maud Montgomery, w szczególności serii "Emilka Ze Srebrnego Nowiu", miałam też ciężką fazę na jednego z bohaterów Emilki, do tego stopnia, że czwartą część chciałam pisać, z tym kimś w jednej z ról pierwszoplanowych, ale przeczytałam pamiętniki Maud i doszło do mnie, że jednak to nie bez przyczyny jest tak, jak jest, więc już nie chciałam tych moich pomysłów realizować.
Jednak to fazy muzyczne odgrywają największą rolę w moim życiu spośród wszystkich faz, jakie posiadam, w szczególności właśnie te wielkie, no a jak się już na pewno domyśliliście, pierwszą z tych moich wielkich faz była Enya.
Żeby było ciekawiej, to ja kiedyś Enyi nie lubiłam. Naprawdę. I to tak nawet dosyć mocno. Polubiłam ją dopiero bardzo stopniowo jakoś pod koniec podstawówki, za sprawą dwóch osób, na Eltenie funkcjonujących jako Celtic1002 i Annabeth, za co jestem im obu do tej pory ogromnie wdzięczna.
Akurat pojawienie się tej fazy zbiegło się z tym, że miałam w różnych obszarach życia dużo raczej nieszczególnie przyjemnych chwil i muzyka ENyi bardzo mi pomagała to jakoś odreagować, zresztą podobno z wieloma ludźmi tak właśnie jest czy było, że poznali muzykę ENyi w jakimś takim ciężkim momencie i ona im pomagała. Do samej Enyi miałam stosunek taki, jak do żadnego innego z późniejszych obiektów moich faz, strasznie ją podziwiałam, zresztą do tej pory tak jest, zawsze ją sobie wyobrażałam jako jakąś taką istotę trochę nie z tej ziemi, lubiłam o niej myśleć, że jest moją drugą Mamusią i różne rzeczy w związku z tym sobie wyobrażać. Faza ta nie była tak burzliwa jak moje wszelkie następne fazy, była takim jakby preludium do moich przygód z fazami, zaczęła się podczas niej także moja fascynacja muzyką celtycką ogólnie, w jakimś sensie już też folklorem, ogólnie kulturą celtycką, Celtami, choć wtedy jeszcze przede wszystkim Irlandią, Szkocji i Walii jeszcze aż na tyle nie odkryłam. Niestety może właśnie ze względu na tę małą intensywność owej fazy, stosunkowo niewiele teraz z niej pamiętam, oprócz tego, że mogłam słuchać Enyi godzinami i że w bardzo wielu rzeczach mi pomagała. Pamiętam też, że wtedy, gdy była to moja główna faza, zawsze słuchając jej muzyki, odczuwałam, że czegoś bym chciała, jakbym za czymś tęskniła, ale nie miałam bladego pojęcia za czym, co ogromnie mnie frustrowało, ale jednocześnie było w tym coś przyjemnego. Potem po długim czasie coś podobnego, ale nie aż tak nasilonego, odczuwałam, gdy słyszałam język walijski, więc teraz mam taką teorię, że to musiało być coś z językami, ze szwedzkim też miałam takie dziwne akcje, w czasie, gdy już zaczęłam się go uczyć, a potem długo nie mogłam, bo byłam w Laskach i nie miałam jak. Ale też słyszałam, że wielu ludzi ma jakieś bardzo ciekawe odczucia podczas słuchania Enyi, więc może po prostu tak to działa. Jak opowiadałam o tym mojej Mamulce, to ona miała jeszcze inną teorię. Enya jest chrześcijanką, w sensie praktykującą, sprawdzałyśmy to, bo ja się bardzo martwiłam na początku tej mojej fazy, czy to, co ona robi, to nie jest jakiś sekciarski new age, więc się dowiedziałyśmy, że nie. No i moja Mamulka mi mówiła, że często jak jest sobie w jakimś takim bardziej melancholijnym nastroju, w jakim ja wtedy słuchając Enyi byłam bardzo często, patrzy na jakąś naturę, albo na jakieś stare kościoły, albo coś takiego, to tak to na nią działa, że zaczyna za czym tęsknić i uważa, że jest to tęsknota za Bogiem. Nie wiem, czy mojemu mózgowi mogło rzeczywiście o to chodzić, niemniej jednak właśnie tak się niejednokrotnie ciekawie czułam, słuchając Enyi. Cały czas gdy trwała mi ta faza, miałam wielkie marzenie, żeby mi się Enya przyśniła. Niestety, przyśniła mi się tylko raz i to bardzo mgliście, ale i tak po tym bardzo się cieszyłam. No i podczas tej fazy udało mi się zarazić nią w jakimś stopniu najwięcej osób, bo, jeśli nie wiecie, to Wam mówię, że fazy potrafią być czasem ogromnie zaraźliwe.
OK, o Enyi byłoby chyba tyle, za czas jakiś będą się pojawiać wpisy o moich kolejnych fazach, a jak wrzucę tego wpisa, to jeszcze wrzucę coś od Enyi jako awatar, muszę się tylko zdecydować, co, jeśli w ogóle uda mi sę zdecydować.
2017-07-31 13:52:30
Celtic1002
Nasza ukochana, słodka Enya. <3 Chyba nic więcej nie mam do dodania, ale cieszę się, że się w jakimś
stopniu przyczyniłam do tego, że ją polubiłaś. :)
2017-07-31 14:37:15
pajper
Ojjj, przepraszam za komentarz z tak dużym opóxnieniem, ale jakoś nie miałem chwili na przeczytanie tego wpisu.
Uwielbiam twórczość Enyi.
Ja też odkryłem ją przez Angelikę, mam ogólnie wrażenie, że to ona była jedną z głównych promotorek jej muzyki w niewidomkowym środowisku.
Ale trochę o Enyi zapomniałem po czasach głównej Klangowej aktywności, tzn. po roku, powiedzmy, 2011-2012-2013.
Czasem coś przesłuchałem, ale to raczej przy okazji.
A moje umiłowanie Enyowej muzyki, jeśli mogę tak to określić, wróciło podczas pisania pierwszych wersji Eltena.
No i tak zostało do dziś, kocham jej twórczość. :)
2017-08-09 21:37:14
moozgish
Tak, też mi się wydaje, że to głównie za sprawą Angeliki Enya pojawiła się w naszym środowisku. Swoją drogą podobno wielu ludzi tak ma, że słuchają Enyi, potem mają przerwę, a po jakimś czasie do niej wracają, ja też mam takie momenty, że nie słucham jej zbyt dużo, niemal w ogóle, a potem wracam i potrafię spędzić cały tydzień, albo dłużej słuchając niemal wyłącznie Enyi, niektórzy wracają tak jak Ty po latach przerwy. TO jest ciekawe zjawisko według mnie.
2017-08-09 21:49:39
Celtic1002
To jest bardzo, bardzo ciekawe zjawisko. Boże, przepraszam, że z takim opóźnieniem, ale jakoś nie ganiam
za komentarzami. :D I nie mówcie, że to głównie przeze mnie, bo naprawdę, spłonę i wtedy nie będzie nic.
:D Zaczerwienię się znaczy.
2017-08-31 19:48:00
moozgish
Spoko, chyba nie ma jakiegoś określonego czasu, żeby odpisywać, limitu czy coś. :D Przynajmniej mi nic
o tym nie wiadomo.
2017-08-31 20:01:11
alissa
Ja zaczęłam słuchać Enyi od momentu jak mój tata znalazł na youtube "Orinoco flow". Wtedy ta piosenka mi
się spodobała i przez kilka dni słuchałam jej bez przerwy.
Później tak wyszło, że znalazłam dyskografię i jeszcze więcej ulubionych piosenek.
I też lubię jej twórczość do dzisiaj.
2017-10-07 16:40:59

O jednej niemiłej i wielu miłych rzeczach słów kilka.

Witajcie!
Zacznę jednak chyba od tej niemiłej rzeczy, bo jest dość szokująca. Wczoraj Zofijka złamała nogę. W kolanie. Jechała na wrotkach, ale była u niej nasza kuzynka, która też jeździła, mimo, że nie bardzo umie, więc Zofijka pożyczyła jej ochraniacze, dosłownie na chwilę. Pewnie gdyby tego nie zrobiła, teraz w ogóle nie byłoby sprawy. Prawie całą nogę ma w gipsie i w sumie nie wiadomo, czy w ogóle potem będzie mogła jeździć na wrotkach. W gipsie ma być sześć tygodni, cały czas ją ta noga boli. Dzisiaj Tatul skombinował jej jakieś kule, to sobie w tym względzie jakoś radzi, nienajgorzej właściwie, ale jest wciąż dość przybita. Wczoraj jak wróciła do domu, była w jakimś takim szoku, że właściwie ledwo co mówiła, tylko, że się chce szybko położyć do łóżka i jest głodna, ale nie da rady nic zjeść. Nic więcej nie mówiła, co jest bardzo, bardzo nie w stylu Zofijki, bo normalnie jak ma jakiś problem to ciągle gada. Jak nie ma to też. Dziś już jest lepiej, na szczęście wciąż jest z nią Dominika - nasza kuzynka - to chociaż o tym tyle nie myśli. Wydaje mi się, że problem jest nie tyle w tym, że złamała sobie nogę, ale że może nie będzie mogła już jeździć na wrotkach, no i że nie pojedzie w czwartek na obóz siatkarski. Strasznie się na pewno wynudzi.
Co do miłych rzeczy: Tatul dzisiaj rano był w sklepie po cóś tam i specjalnie kupił Zofijce i mi bułki maślane. Bardzo często Tatul rano kupuje mi bułki, co jest bardzo miłe z jego strony.
Miałam po prostu piękny, no genialny, niesamowity sen. W szczegóły wchodzić nie będę, bo musiałabym się rozpisywać o rzeczach, o których przynajmniej póki co nie macie pojęcia, wpis pewnie miałby z dobrych kilka stron, nie wiem, może kiedyś będzie osobny wpis na ten temat i moimi snami też się z Wami podzielę, może tak, a może nie, muszę jeszcze pomyśleć. Jakby jednak nie było miałam piękny sen i warte jest to udokumentowania.
I żeby było jeszcze fajniej, odpisał mi dzisiaj Bardzo Miły Człowiek, a żeby było jeszcze fajniej, jak mu bezzwłocznie odpisałam, to jeszcze dzisiaj mi odpisał ponownie. :D Jak to zwykły email może człowiekowi zrobić endorfinowy koktajl z mózgu. :D
Dostałam od Mamulki specjalne kulki do kąpieli, znaczy nie jakieś specjalne, że specjalne, po prostu kulki specjalnie do kąpieli. Już wcześniej ich nie raz używałam i zawsze bardzo je lubiłam, to są takie bardzo fajne lawendowe kulki, to znaczy z olejkiem lawendowym w środku, są takie małe, wrzucasz je do wody i one się bardzo szybko rozpuszczają, no i ja się dzisiaj myłam w ich towarzystwie, oraz w towarzystwie Mishy, który pił wodę z umywalki. Także miałam towarzystwo doborowe doprawdy.
Jadłyśmy dziś z Zofijką krakersy z masłem orzechowym. Kiedyś strasznie nie lubiłam masła orzechowego, moja Mamula twierdzi, że musiałam pierwszy raz zjeść jakieś podrobione i jest to bardzo możliwe, bo jak Mamulka po kilku latach od tego momentu, gdy ja je jadłam po raz pierwszy, kupiła sobie masło orzechowe i ja go spróbowałam, stwierdziłam, że jest bardzo dobre i zupełnie inne od tego czegoś, co ja jadłam kilka lat temu. Także obecnie lubię, i ja i Zofijka też, masło orzechowe. Bardzo miło też nam się z Zofijką rozmawiało.
OK, to by było chyba tyle.

2017-07-29 20:16:06
Celtic1002
Biedna Zofijka. Ja sobie nigdy nogi nie złamałam, no i oczywiście bym nie chciała, ale Zofijce bardzo,
bardzo współczuję.
2017-07-29 23:09:10
moozgish
No bardzo biedna Zofijka. Ja też sobie nigdy nic nie złamałam, ale byłam w gipsie po operacji, więc w jakimś sensie znam ten ból i dla mnie osobiście niewiele było rzeczy tak frustrujących jak gnicie w gipsie, więc też jej bardzo współczuję. Cały czas jest przybita, płakała dziś trochę, ale i tak jest bardzo dzielna.
2017-07-30 11:19:18
Monia01
Ja w gipsie nigdy niczego nie miałam, ale dawniej gips był moją największą zmorą. No może prócz żab, które w koszmarach prześladują mnie do dziś, bo z lęku do gipsu się wyleczyłam. Kiedyś jednak bałam się go panicznie! Kobieta, która się mną opiekowała, złamała sobie rękę i zaczęłam uciekać choćby na dźwięk jej nazwiska albo w ogóle przypuszczenia, że mogłaby znajdować się w tym samym pomieszczeniu co ja. Tę moją awersję do ludzi mających coś w gipsie rodzinka, pogodziwszy się z faktem, że w żaden sposób nie da się jej ze mnie wyplenić,, jakoś zaakceptowała, ale... potem moja siostra złamała sobie rękę! Cały wieczór przeleżałam w łóżku, czekając, aż ona pójdzie spać, żebym mogła skorzystać z łazienki. Potem gips zaczął mi się nawet podobać i kiedy siostra następnego lata złamała sobie drugą rękę, obyło się już bez chowania pod kołdrą. :) Tak więc Zofijce bardzo współczuję... I to jeszcze w wakacje... :( A masło orzechowe jest pyszne!
2017-07-30 12:47:01
moozgish
Ojj, to ciężka gipsofobia, ciekawe, że aż taka, skoro nigdy niczego sama w gipsie nie miałaś. Ja mam po operacji po której byłam bardzo długo w gipsie chyba jakąś lekką traumę, bo jeszcze mi się czasami śni, że w nim mam całe nogi, a jak dotknęłam tego Zofiji gipsu to mnie aż ciarki przeszły. Rzeczywiście bycie w gipsie podczas wakacji to kicha, akurat jak na złość Zofijce zrobił się upał i jest jej w tym bardzo gorąco i nikt do niej nie przychodzi, bo wszyscy wolą być na podwórku.
2017-07-30 15:24:33
pajper
Ojjj, współczuję twojej siostrze.
Na szczęście ja niczego nie złamałem, jak dotąd.
Ale mój brat niedawno coś zrobił sobie ze stawem skokowym i też w gipsie był przez sześć tygodni.
Nikomu nie polecam.
Pozdrawiam,
DP
2017-07-31 10:41:42

Camille DeAngelis - Nowa Mary.

Przyszedł więc czas na recenzję pierwszej książki na moim blogu.
"Nowa Mary" raczej nie należy do żadnego z typów książek, które czytam często. Zaintrygował mnie ogromnie opis z okładki na Biblionetce i właśnie dlatego postanowiłam ją przeczytać.
Lucy Morrigan, córka naukowca i genetyka, sama również będąca naukowcem i genetykiem, w pracy zajmuje się chorobą Huntingtona, ściślej rzecz ujmując poszukiwaniem leku na nią. Po godzinach relaxuje się w piwnicy, przeprowadzając badania dotyczące ludzkich komórek macierzystych i ich klonowania. W pewnym momencie Lucy zdaje sobie sprawę, że chciałaby mieć dziecko. Mimo, że przez jakiś czas ona i jej chłopak Gray starają się o nie, w końcu okazuje się, iż dziewczyna nie będzie mogła normalnie zajść w ciążę. W związku z tym wpada na jakże oryginalny pomysł. Klonuje swoją babcię Mary. Niestety, dopiero potem dowiaduje się, że istnieje możliwość, iż sklonowana Mary będzie posiadała wspomnienia prawdziwej babci Lucy. Experyment udaje się o tyle, że istotnie Mary zostaje "wskrzeszona", jednak z czasem oczywisty staje się fakt, że nie będzie normalnym noworodkiem. Nie będzie noworodkiem w ogóle, ponieważ komórki, z których została stworzona, należały do jej dawczyni, gdy miała dwadzieścia dwa lata. Kopia Mary budzi się w sztucznej macicy, skonstruowanej przez ojca Lucy, śmiertelnie przerażona i nie bardzo wiedząc, o co chodzi. Lucy, Megan i Gray doprowadzają ją do normalnego wyglądu, po czym zostaje na jakiś czas uśpiona lekami nasennymi. Budzi się z mętlikiem w głowie. Jest w swoim domu, ale nie w swoim pokoju, wokół niej znajdują się rzeczy, których jeszcze przed jej obudzeniem w ogóle tu nie było, a przede wszystkim nie wie, gdzie podział się jej mąż, Teddy. Z czasem akceptuje fakt, że nie jest prawdziwą Mary, a jedynie owocem nieudanego experymentu swojej "wnuczki", co jednak bardzo wiele ją kosztuje. Nie może tylko przestać tęsknić za swoim mężem. Wobec tego w końcu Lucy zdecyduje się sklonować także i Teddy'ego, choć wiąże się z tym jeszcze większe ryzyko. Teddy, którego stworzyłaby Lucy, mógłby pamiętać swoją śmierć, co raczej nie wpłynęłoby dobrze na jego stan psychiczny. Poza tym prawdziwy Teddy był kombatantem, więc mógłby nie otrząsnąć się z wojennych wspomnień i z traumy. Na szczęście ten experyment się udaje i Teddy - choć piętnaście lat starszy od tego, którego pamięta Mary, bo Lucy dysponowała tylko komórkami z exhumacji dziadka - pojawia się na świecie cały i zdrowy.
Nie będę spoilować Wam całej fabuły, bo jeśli ktoś zdecyduje się tą książkę przeczytać, naprawdę nie będzie miał już połowy przyjemności, zaskoczenia i w ogóle wszystkiego, niemniej jednak dużo się tam dzieje i ja przeczytałam ją właściwie w jedną noc- zaczęłam w środę wieczorem, a skończyłam w czwartek rano, akurat nie mogłam spać więc szybko poszło, tak mnie wciągnęła.
"Nowa Mary" dała mi wiele do myślenia, jako chrześcijance postępowanie Lucy wydaje mi się niesamowicie niemoralne, nieetyczne i w ogóle, choć przyznać muszę, że ją samą polubiłam i choć nigdy wcześniej tematyką klonowania się absolutnie nie interesowałam, teraz w jakimś stopniu się to zmieniło, ponieważ jakkolwiek zdecydowanie stwarzanie nowych ludzi nie jest i nie powinno być w naszej gestii, to jednak sam temat klonowania ludzi jest ogromnie interesujący, nigdy bym nie przypuszczała, że aż tak. Zawsze myślałam raczej, że w efekcie sklonowania człowieka może powstać ewentualnie jakiś cyborg o identycznym wyglądzie i IQ, chociaż to nielogiczne, bo przecież emocje i inne tego typu rzeczy też się w genach zapisują, no ale tak właśnie sądziłam. Zaczęłam się w ogóle zastanawiać, czy aby nie nawiązać znajomości z kimś światłym, kto by mi potrafił wskrzesić Mishę, jak mu się już licencja na pierwsze życie skończy. :D Oczywiście się nabijam, bo z takim Mishą pewnie więcej bym się po weterynarzach najeździła, niż robiła cokolwiek innego i i tak pewnie po mniej więcej sześciu latach musiałabym nowego mieć.
Jak skończyłam już całą książkę, czułam trochę niedosyt, bo mam wrażenie, że kilka końcowych wątków można by jeszcze trochę pociągnąć, zwłaszcza wątek z Lucy, bo jej sytuacja na końcu książki ogromnie mnie zaskoczyła, wręcz mną wstrząsnęła, jej ojciec musiał mieć coś z mózgiem chyba, wątek Mary i Teddy'ego też by można, no ale cóż.
I tak książka jest naprawdę świetna i zdecydowanie polecam ją wszystkim. Zanim zaczęłam ją czytać, byłam już uprzedzona, że przekład nie jest najlepszy i to prawda, pod tym względem "Nowa Mary" jest troszkę toporna, ale idzie się przyzwyczaić.
Komu mogłabym szczególnie polecić tę książkę?
Przede wszystkim oczywiście ludziom, których tematyka klonowania czy w ogóle genetyki interesuje. Ludziom, którzy interesują się kwestiami etycznymi i moralnymi. Ludziom, którzy lubią science fiction i inne podobne wytwory. Ludziom, którzy lubią książki kontrowersyjne. No i ludziom kierującym się takimi samymi pobudkami jak ja, gdy zaczynałam czytać tę książkę, czyli takim, którzy lubią książki z dziwną atmosferą, o dziwnej tematyce, o dziwnych ludziach, generalnie dziwne w pozytywnym według mnie znaczeniu tego słowa. Co do dziwnej atmosfery, to mi się bardzo podobała atmosfera w piwnicy Lucy, śmiszne takie laboratorium.
Tak więc jeszcze raz gorąco wszystkich zachęcam do przeczytania tej książki, naprawdę zdecydowanie warto. Na Biblionetce wystawiłam 5,5, co chyba samo mówi za siebie.
2017-07-28 17:01:33

Ja Misha.

Hhrrru?
To ja Misha. Dawno mnie tu nie było. Ostatnio dostaję dużo dobrego jedzenia. Zofijka kupiła mi moje ulubione kiełbaski, Emi kupiła mi nowe przekąski. W ogóle jest fajnie. W środę nawet mi pozwolili wyjść na taras! Sam mogłem wyjść! Sam, bez nikogo. Ale byłem szczęśliwy. Najgorsze, że wtedy był deszcz. Gdyby nie było deszczu, to bym gdzieś daleko pobiegł, na koniec świata i wreszcie wszystko bym obejrzał i wszystkim bym pokazał, że jestem najlepszy. Ale był deszcz, a ja nie lubię deszczu. Lubię tylko pić wodę, a nie jak na mnie chlapie. Więc tak chodziłem bokami, żeby na mnie jak najmniej chlapało, ale i tak było fajnie. I bardzo długo tam byłem, ale w końcu zrobiło mi się zimno i mamusia mnie wpuściła. Ostatnio mam więcej ochoty na to, żeby się tulić i być z ludźmi, Zofijka mówi, że to znaczy, że się starzeję. Szkoda. Ale Emi mówi, że i tak jestem jeszcze bardzo młodziutki. Wczoraj bawiłem się z Emi i Zofijką, że jestem królem, a potem jeszcze w różne inne zabawy. Bo ze mną można się bardzo fajnie bawić, naprawdę. Ja dużo rozumiem, Zofijka mówi, że więcej, niż jakiś tam dachowiec, ale mama i tak ciągle mówi, "Misha, jesteś głupi". Ale Zofijka mówi, że to tylko żart. Nie wiem, po co ludziom są te żarty, nic przez to nie wiadomo. A ja bym chciał wiedzieć tak naprawdę, czy jestem głupi czy mądry. Wczoraj jadłem schabik. Bardzo mi smakował. Zofijka mnie nakarmiła, a ja się głaskałem po główce. Dzisiaj mama obcinała mi pazurki i mnie czesała. Nie cierpię tego. To jest najgorsze, co może być. Kiedyś jeszcze mnie czesała inną szczotką i to było bardzo przyjemne, ale potem powiedziała, że tamta szczotka to jest jakiś "pic na wodę" i teraz mnie czesze taką okropną. No dobra, może ma jedną zaletę, po niej jestem jeszcze bardziej miękki. Ja lubię być miękki. I lubię być piękny i ładnie wyglądać, zawsze się bardzo długo myję przed snem i wtedy Zofijka mówi na mnie Michelle. To jest okropne. Jeszcze gorsze od czesania i obcinania pazurków. A jeszcze przydarzyła mi się jedna niemiła rzecz w środę. Babcia Emi, Olka i Zofijki powiedziała, że jestem brzydki. Nikt wcześniej nie powiedział, że jestem brzydki. Wszystkim się podobam. A babcia powiedziała mamie, że Emi powinna mnie nazwać Mysza, nie Misha, bo jestem taki szary jak mysz i wszystkim mówiła, że jej się nie podobam. Zofijka powiedziała, że jestem piękny i że myszy są inaczej szare, a Emi powiedziała, że w każdym razie jestem mądrzejszy i bardziej wrażliwy niż mysz, ale mi i tak było trochę smutno. Potem jeszcze Emi mi powiedziała, że wcale nie muszę się wszystkim podobać i to nawet dobrze, że się nie podobam wszystkim, bo pewnie zaraz by mnie ktoś ukradł, albo kupił sobie takiego podobnego Mishę. Emi twierdzi, że to by było straszne. Ciekawe, ile jest takich podobnych Mishów, którzy wyglądają tak jak ja. Chciałbym ich wszystkich poznać.
Pozdrawiam wszystkich bardzo Mishnie.
Misha, nie mysza ani Michelle.

2017-07-28 14:19:55

Środowe miłe rzeczy.

W środę były imieniny mojej Mamulki i w związku z tym było całkiem miło. Mamulka zrobiła toffi, w sensie ciasto toffi i ciasto z sokiem, przyjechała do Mamulki nasza najbliższa rodzina, całkiem miło spędziliśmy czas. Toffi wyszło Mamuli bardzo dobre, poza tym Tatul robił mi genialne drinki z wcześniej już wspomnianym Grand MCNishem w roli głównej, zresztą wszyscy się tymi drinkami mojego Tatula zachwycali, niezależnie z czym.
Inną miłą rzeczą było to, że zaczęłam czytać fantastyczną książkę, mianowicie "Nową Mary" Camille Deangelis, przeczytałam ją do końca wczoraj, ale cały czas mam w mózgu, pierwszy raz się z czymś podobnym zetknęłam, najprawdopodobniej będzie recenzja jakaś.
No i Misha. Misha był ze mną przez większość czasu gdy siedziałam z nimi przy stole. Wyobrażacie sobie? Siedział mi na kolanach i mruczał. I nie uciekał. Śmieszne, w ogóle nie w jego stylu. Żeby jeszcze było jakieś mięso do jedzenia, to ja rozumiem, ale było dopiero na kolację, a on tak ze mną siedział dużo wcześniej.
A, no i ciekawe nawijki mieliśmy z dziadkiem, co ma miejsce prawie zawsze, więc prawie bym o tym zapomniała, ale też bardzo miła rzecz, więc uwzględnić należy. :)
2017-07-28 13:54:34
hazel96
Super! Warto się cieszyć drobnymi rzeczami :D
2017-07-28 20:42:13
ambulocet
Ja też bardzo lubię rozmawiać z moim dziadkiem, a właściwie pra dziadkiem. Mimo, że ma 93 lata. Umysł
ma bardzo bystry. Często rozmawiamy o filozofii, bo mój pradziadek jest doktorem nauk humanistycznych
i zawsze się cieszy, że ma z kim podyskutować o tych sprawach.
2017-08-06 15:26:00
moozgish
O, fajnie, że masz tak z kim podyskutować. :) Mój dziadek ma lat zaledwie siedemdziesiąt, dyskutujemy właściwie o wszystkim, od medycyny niekonwencjonalnej przez przemiany polityczne w Polsce po jakieś kwestie psychologiczne i kiedyś stwierdził, że szkoda, że ze wszystkimi swoimi wnukami tak łatwo mu się nie rozmawia, co jest bardzo miłe.
2017-08-06 16:13:27

Inspiracja.

Dobroczynność nie polega na dawaniu kości psu. Dobroczynność to kość dzielona z psem wówczas, gdy jesteś równie głodny jak on.
Jack London
2017-07-28 13:42:47
Celtic1002
Słusznie, ale nie porównałabym tego do kości i dzielenia się kością z psem. :D
2017-07-28 18:52:23
moozgish
Haha, tu się zgodzę, że porównanie jest cokolwiek oryginalne. Ale bardzo słuszne mimo to.
2017-07-28 21:30:50
pajper
To prawda. :)
Chociaż, może to porównanie najtrafniejsze nie jest.
Ale fajnie lustruje, na czym polega dobroczynność. :)
PZDR
DP
2017-07-28 23:20:37
ambulocet
Zgadzam się. Przesłanie cytatu bardzo głębokie, chociaż samo porównanie może nie najszczęśliwsze. Z drugiej
strony każdy, kto ma psa, wie, że trudno jest być tak głodnym, jak on, głównie dlatego, że większość
psów, zwłaszcza określonych ras, jadłaby bezustannie. :)
2017-07-31 22:13:44

Wtorkowe miłe rzeczy.

Witajcie!
Wybaczcie, że nie pisałam wcześniej, ale rozwalił mi się zasilacz od laptopa, więc zanim sobie skombinowałam nowy, trochę zeszło.
Co do miłej rzeczy, jaka spotkała mnie we wtorek, ma ona ścisły związek z Mishą. Położyłam się na chwilę po południu na łóżku, Misha leżał w koszu, chciałam go pogłaskać, a on z tego kosza wyszedł i położył się na mnie. Był taki grzeczny i miły. I tak leżeliśmy razem prawie godzinę, a ja słuchałam wszystkich dźwięków w Mishy, które są bardzo piękne. Jak bije jego serduszko, jak oddycha przez sen, jak mruczy... Uwielbiam słuchać Mishy.
2017-07-28 13:11:50
Celtic1002
Ja też bardzo lubię koteczki, mruczące, miauczące, a zwłaszcza jak mruczą, bo to takie słodkie i uspokajajće.
2017-07-28 13:13:09
pajper
Nooo, koty są fajne, wiem, bo sam mam. :)
A teraz od kilku dni mamy trzy małe swoją drogą. :)
PZDR
DP
2017-07-30 14:46:10
moozgish
Ooo, aale miło. :)
2017-07-30 15:26:19
Celtic1002
Dawid, masz kotki? Czy już nie? Jak masz, to ja chcę. :D A tak serio, żartuję, ale jak kiedyś do Ciebie
pojadę, to muszę pogłaskać Twojego kota.
2017-08-31 19:50:26

Wczorajsze miłe rzeczy.

Witajcie!
Wczoraj miałam ogólnie dość miły dzień. Tak jak już wcześniej pisałam, miałam miłe sny. Bardzo dużo
miłych snów. Miałam też różne niemiłe, ale większość była raczej miła. Zofijka pojechała na większość
dnia do koleżanki na urodziny, byłyśmy więc same z Mamulką, bo Tatul był w Szczecinie. Generalnie nie
działo się wczoraj raczej nic szczególnego, ale po prostu miło spędziłam czas. Ze szczególniejszych rzeczy
jeszcze, wieczorem napisała do mnie koleżanka z UK, z którą się wymieniamy mniej więcej raz w tygodniu,
czasami częściej, bardzo długimi mailami dotyczącymi dosłownie wszystkiego. Bardzo lubię jej maile, ponieważ
fajnie pisze i jeśli chodzi o styl i opisywanie tego, co się u niej dzieje, mamy poza tym dość dużo wspólnego.
Ostatnio wysyłałam jej zdjęcia Mishy, bardzo się jej spodobał, ale Misha podoba się wszystkim, więc raczej
nic dziwnego w tym nie ma. A, co do Mishy, to, jak może ktoś zauważył, nic wczoraj nie pisał. Powód jest
banalnie prosty. Przespał cały, dosłownie cały, długi dzień. I ja go w ogóle nie widziałam. Przez cały
dzień. Myśleliśmy, że w związku z tym będzie w nocy rozrabiał albo jęczał, co mu się często zdarza gdy
prześpi cały dzień, ale tym razem spał bardzo spokojnie w swoim koszu i mimo, że ja przez większość noy
nie spałam, bo mi się w ogóle nie chciało i robiłam różne rzeczy, bo mi się w łóżku nudziło, to Mishy
to raczej we śnie nie przeszkadzało. No i miłych rzeczy chyba tyle.
2017-07-25 12:21:03

Clannad - R? Na Cruinne.

Jest nowy awatar, tym razem już nie po ingliszu, tylko po irlandzku. Clannad jest dość znanym zespołem
w Polsce, w ogóle na świecie, więc nawet jak ktoś irlandzkiej muzyki nie słucha, może Clannad kojarzyć,
choć tego utworu raczej nie. Wielu ludzi w ogóle nie wie, jak brzmi język irlandzki, dlatego gdy pomyślałam,
żeby wstawić coś od Clannad, stwierdziłam, że musi to być po irlandzku, tak, żeby ci, którzy z tym językiem
do czynienia jeszcze nie mieli, mogli się z nim zapoznać. Ciekawa jestem Waszych opinii na temat tego
utworu, jeśli ktoś poprzez tę piosenkę po raz pierwszy zetknął się z językiem irlandzkim gaelickim, dzielcie
się wrażeniami. Rí Na Cruinne oznacza po irlandzku król wszechświata i piosenka dotyczy tego, jak ludzie
niszczą naturę, świat, samych siebie, jest to prośba do Króla Wszechświata, żeby raczył coś z tym zrobić
i żeby ludzie nie postępowali w ten sposób.
2017-07-24 15:41:15

Poniedziałkowa inspiracja.

Trzeba znaleźć równowagę pomiędzy tym, czego potrzebują od nas ludzie, a tym, czego potrzebujemy od siebie
my sami.
Jessye Norman.



2017-07-24 14:55:09

2017-07-24 14:55:28
ambulocet
Mądre słowa, bardzo prawdziwe.
2017-07-24 21:07:19
Celtic1002
Zgadzam się z Kubą. Bardzo mądre słowa.
2017-07-25 14:06:10

Uczucia po przebudzeniu.

Witajcie!
Znalazłam sobie writing prompt, bo chciałam coś napisać, ale nie wiedziałam, co właściwie, więc takie randomowe cóś będzie dziś. Jakie uczucia towarzyszyły mi po przebudzeniu i jakie bym chciała,
aby zawsze mi towarzyszyły.
Najpierw napiszę jednak trochę jeszcze o dniu wczorajszym, żebyście mieli kontext. Wczoraj wieczorem zeszłam sobie do Mamulki na dół, oglądała jakiś polski film, a mi się akurat nudziło,
więc oglądałyśmy razem i Mamulka się mnie zapytała, czy chcę jakiegoś drinka. Do niedawna miałyśmy z
Mamulką taką tradycję, że oglądałyśmy sobie cóś i piłyśmy Jacka Danielskiego, potem tradycja się rozwaliła,
ponieważ moja Mamulka ma chyba jakąś alergię na alkohol, już po jednym drinku rano zawsze ma taki ból
głowy, że nie chcielibyście nawet tego obserwować. W związku z tym teraz alkoholu nie pije w ogóle, a ja
nie lubię sama pić, a mój Tatul nie lubi whisky. Ostatnio jednak miałam taką ochotę na Jacka, czy jakąkolwiek dobrą whisky, że w tym
tygodniu piłam ją już dwa razy, najpierw Jacka, a właśnie wczoraj Grand MCNisha, z Pepsi w sensie, i
ów MCNish był bardzo dobry. W ogóle na początku zrozumiałam, że to MCMish, ale dobra, to już mój problem.
:D Więc wypiłam dwa drinki z tym MCNishem, ja wiem, że to jest dziwne, ale zawsze, jak się napiję jakiegoś
alkoholu, zaczynam myśleć po ingliszu :D więc sny miałam dziś też po ingliszu i bardzo, bardzo, bardzo
mi się podobały, chociaż były strasznie kosmiczne. W jednym z tych snów wygrałam nawet dziesięć tysięcy
złotych, także było bardzo ciekawie, ale całych tych snów nie będę teraz opowiadać, zresztą za bardzo
to było pokręcone.
Także przechodząc do meritum wpisu, obudziłam się dziś w bardzo ciekawym stanie. Byłam bardzo szczęśliwa
po tych wszystkich fajnych snach, zdziwiona, że w ogóle może się coś takiego śnić człowiekowi, zamulona
po MCNishu, co mi na szczęście po chwili przeszło i chciało mi się bardzo śmiać jak sobie przypomniałam,
o czym wczoraj dyskutowałyśmy z Mamulką. :D Było fajnie. W ogóle podoba mi się bardzo nazwisko MCNish
i wczoraj sobie postanowiłam, że sprawdzę, skąd się wywodzi, no poza tym, że ze Szkocji oczywiście. Nigdy
wcześniej o nazwisku MCNish nie słyszałam, nazwiska szkockie/irlandzkie zaczynające się od MC/MAC pierwotnie
znaczyły, czyim osoba nosząca to nazwisko jest synem, bo mac to syn, ale ja nie kojarzyłam i nie kojarzę
szkockiego imienia Nish ani żadnego podobnego. Dzisiaj chciałam się czegoś dowiedzieć na Behindthename.com,
ale tam też nie ma ani MCNisha ani Nisha. To tak troszkę of topic, jeszcze się na pewno dowiem, nie ma
że nie.
Także obudziłam się w stosunkowo miłym nastroju, dodajmy, że dość późno, bo jakoś chwilę przed dwunastą.

Z jakimi uczuciami chciałabym się budzić codziennie? Bo ja wiem? Ciężko stwierdzić, czy w ogóle chciałabym
się budzić zawsze z tymi samymi. Przede wszystkim nie chciałabym mieć tych moich epickich wprost koszmarów,
to już i tak byłoby nieźle. Chciałabym mieć więcej snów związanych z moimi fazami, dzisiaj na to narzekać
nie mogłam, ale patrząc na całokształt ostatnio jest trochę kiepsko. No i nie chciałabym tego, co mi
się stosunkowo często zdarza, czyli że śpię, nawet bardzo długo czasami, a budzę się tragicznie zmęczona,
no chore. Aha, i mogłabym mieć trochę logiczniejszy cykl snu, to też by dobrze wpłynęło na moje samopoczucie
po przebudzeniu, ale więcej raczej żadnych pomysłów nie mam.
A w jakim nastroju Wy się dzisiaj obudziliście? Z jakimi uczuciami chcielibyście się budzić?

2017-07-24 14:51:48
pajper
Kosmiczne sny?
Ooooo, coś dla mnie! :)
To jeszcze nic.
Ja kiedyś jakoś przypadkiem w domu przeszedłem na angielski i dziwić się zacząłem, że oni nie rozumieją, co mówię. :D
Z jakimi uczuciami?
Yyyy, na zasadzie, za długo. :)
Bo dla ciebie dwunasta to późno.
Ja się obudziłem o dziewiątej.
I dla mnie to bardzo póxno! :)
Ja zwykle się budzę o siódmej, max ósmej. :D
PZDR
Dp
2017-07-24 22:43:58
moozgish
Co do tych moich snów, to o kosmosie i kwestiach pokrewnych nic tam nie było, :D były tylko kosmiczne,
w sensie dziwne. Takich dosłownie kosmicznych snów chyba jeszcze nie miałam.
Hahahaha woow, pięknie. Ja tak hardcore'owo nie miałam, ale często jak robiłam coś dłużej po ingliszu,
to potem czasem ciężko mi było znaleźć polski odpowiednik jakiegoś słowa.
Ooj, to rzeczywiście długo spałeś w takim razie.
2017-07-24 23:06:30
pajper
Wiem, co miałas na myśli mówiąc kosmiczne. :)
Tylko się wygłupiam i czepiam słów. :)
PZDRDp

2017-07-24 23:43:11
moozgish
Tak też myślałam, ale wolałam sprostować, żeby nie było. :D
2017-07-24 23:44:29
Celtic1002
Eee, rakietowe sny to chyba tylko ja mam. :D Znaczy kosmiczne, i to dosłownie. :D
2017-07-25 14:04:01
hazel96
Spoko :D Ja z racji studiów filologicznych mieszam angielski z polskim co chwilę, to znaczy szczególnie po ciężkim dniu
na uczelni, aczkolwiek snów po angielsku nigdy nie miałam, raz tylko śniło mi się, że spóźniłam się na
egzamin.
2017-07-28 21:13:40

Misha jeszcze raz.

Hhrrru?
Tu Misha jeszcze raz. Przepraszam, że tak Was zanudzam moim śpiącym życiem, ale zdarzyło się coś bardzo
ciekawego. Jak zjadłem to pyszne mięsko, o którym Wam mówiłem, poszedłem spać do Emi. Potem zawołała
mnie mama, bo chciała mnie pokazać tym gościom, jaki jestem ładny. Potem chwilę kręciłem się na dole
i płakałem sam nie wiem za czym a Zofijka ciągle wrzeszczała z góry Misha przymknij się. Potem goście
przyszli obejrzeć pokój Emi i ja też tu przyszedłem. Byli tu strrrasznie długo, strasznie dużo i głośno
mówili i trochę nie wiedziałem, o co chodzi. Wlazłem na szafę do kosza, żeby się poczuć trochę bezpieczniej
i sobie na nich z góry popatrzeć, a nie tylko na nogi i tyłki. Już pisałem, że Emi nie lubi, jak wchodzę
na szafę, zawsze mnie wtedy ściąga, ale teraz nie mogła mnie ściągnąć, bo rozmawiała z tymi gośćmi, więc
sobie tam leżałem, a potem zasnąłem, sam nie wiem kiedy. Obudziłem się dopiero przed chwilą, bo Emi wyszła
z pokoju i zszedłem na dół do kuchni. Była tam mama i Emi. Mama dała mi jeszcze trochę boczku, ładnie
pachniał, ale ja niestety nie byłem głodny i mama powiedziała, że Misha gardzi jedzeniem i niedługo trzeba
mu będzie kupować krewetki, żaby i ślimaki. Ale to wcale nieprawda. Mogła mi po prostu dać później, na
pewno bym zjadł, ale nie. Ona go sobie sama zjadła i jeszcze tak robiła mmmmm. Pewnie specjalnie, żeby
mi było smutno, że nie jestem głodny i nie mogę go teraz zjeść. A potem przyszedł nasz Tatul, bardzo
dużo zrobił zamieszania, nie wiadomo po co mnie wołał i to nawet nie dziadu tylko Misha. Przyszedłem,
ale nic chyba nie chciał. Potem jeszcze raz zawołał Misha i powiedział chodź się pobawić z tatusiem.
Bardzo chętnie przybiegłem, lubię się bawić z tatusiem, rzadko się to zdarza, ale wszyscy się dziwili,
że tatuś sam się przyznał, że jest moim tatusiem. Wziął mnie na ręce i powiedział, że idziemy... no zgadnijcie
gdzie? Powiedział, chodź, Misha, idziemy na dwór. Bardzo się ucieszyłem, aż tak cichutko zrobiłem do
siebie hhrrru? Tata mnie trzymał na rękach i patrzyłem na świat. Ale potem podszedł do okna, widziałem
mamusię i wtedy chyba dopiero mamusia i Emi zauważyły, że nas nie ma, bo zaczęły strasznie wrzeszczeć,
żebyśmy wrócili, bo ja tatę podrapię i potem będę płakał pod oknami. A wcale że nie. Wcale bym mojego
tatusia nie podrapał i w ogóle bym nie płakał. Ale takie już są baby, zawsze muszą histeryzować. A tata
niestety ich posłuchał, wrócił ze mną do domu, rzucił mnie na ziemię, tak, że aż podskoczyłem i był trochę
wkurzony. Chyba też chciał jeszcze dłużej zostać na dworzu. Może gdyby one nie zaczęły wrzeszczeć, pokazał
by mi cały świat? Ehhh, a tak tam było fajnie.
Pozdrawiam wszystkich bardzo Mishnie.
Misha.

2017-07-23 18:44:37

Misha. Po obiedzie.

"Hhrrru?"
Tu Misha. Bardzo się dzisiaj wyspałem. Spałem u Emi, prawie jak zawsze. Dłuuugo spałem. Potem coś
zjadłem i byłem sam. Wszyscy sobie gdzieś poszli. Smutno mi było. Wreszcie wrócili, a ja się polłożyłem
w drzwiach i Zofijka i Emi mnie bardzo dłuugo miziały, aż mi się już znudziło. Ale to było przyjemne
mimo to. Zofijka wzięła mnie potem na ręce i zaniosła do swojego pokoju i się ze mną bawiła. Potem położyła
mnie na łóżku i klepała, nie wiem dlaczego. To nie bolało, ale był taki dziwny, głośny dźwięk, że aż
podniosłem główkę, żeby sprawdzić co to tak dudni. A to we mnie dudniło i Zofijka bardzo się śmiała z
tego dźwięku i z tego, jak ja się zdziwiłem. Ale przecież to nic śmiesznego, że się zdziwiłem, chyba
mogłem, prawda? A potem przyszedłem do Emi, dostałem przekąskę i usnąłem w kartonie. Potem Emi gdzieś wyszła,
a ja nie lubię tu leżeć sam, chyba, że głęboko śpię. Do tego coś tak ładnie pachniało. Potem się okazało,
że to był Tatul. To nie Tatul tak pachniał ładnie, tylko Tatul smażył sobie boczuś. Nawet nie pomyślał,
żeby się ze mną podzielić, jak zszedłem, ale potem wszyscy już przyszli i mama zapytała mnie Mishka,
też byś sobie pewnie mięsko zjadł? No pewnie, że bym zjadł. Emi zapytała tatę, czy może mi dać trochę
boczku i mi dała. Bardzo dużo. No może nie jakoś bardzo bardzo, ale bardzo się najadłem. I teraz jestem
przymulony, nie chce mi się już więcej gadać, idę spać. Jestem teraz cały czas u Emi. Jak jadłem boczuś,
to przyszli jacyś ludzie, Emi mówi, że chcą obejrzeć nasz dom, szkoda, że nie mnie. Trochę się wystraszyłem,
bo robią strasznie dużo szumu i dlatego teraz tu jestem. I bardzo chciałbym teraz zasnąć.
Pozdrawiam wszystkich bardzo Mishnie.
Misha

2017-07-23 15:52:32
Celtic1002
Biedny Misha, niech śpi i niech mu się mleczko śni. :)
2017-07-25 14:05:27
moozgish
Wczoraj spałem cały dzień, aż się wszyscy dziwili. Piękne miałem sny Mishowe.
2017-07-25 14:07:05

Inspiracja na sobotę.

Pomaganie komuś jest tym, o co chodzi w życiu.
Willie Stargell.

2017-07-22 17:32:02
Celtic1002
Bingo. Zgadzam się w pełni.
2017-07-25 14:01:27

Słońce.

"Hhrrru?" Tak, to ja, Misha.
Dzisiaj rano byłem z mamą na chwilę na podwórku. Tak ładnie świeciło słońce, mi na główkę. Wreszci
mogłem trochę pooglądać świat. Trochę się ałem, bo dawno nie wychodziłem, wszystko na dworzu jes takie
inne, ale też byłem bardzo ciekawski, zawsze jestem ciekawski, i wyrywałem się mamusi, bo mnie trzymała
na rękach. Było naprawdę bardzo fajnie. Ale niestety nie dostałem nic dobrego na obiad. Oni jedli jakieś
ludzkie żarcie, nie było na pewno dobre, a ja dostałem tylko suchą karmę. I ogólnie mam dzisiaj nudny
dzień, poza tym, że widziałem słońce. Potem było mi smutno, że nie mogłem tam dłużej zostać i długo chodziłem
od okna do okna i płakałem, aż w końcu się zmęczyłem i zasnąłem. Emi mówi, że ja za dużo jęczę i narzekam,
ale ja wiem, że to nieprawda. Jęczę tyle, ile trzeba.
Pozdrawiam wszystkich bardzo Mishnie.
Misha

2017-07-22 16:43:52

Ulubione wspomnienie.

Postanowiłam zrobić jeszcze jedną kategorię, właśnie z taką trochę randomową pisaninką od czapy trochę.
Będą tu rzeczy na wybrane przeze mnie tematy, albo może będę się posiłkować jakimiś writing prompts,
tak jak czasami to robię w moim pamiętniku, albo jakimiś blog challenges, no nie wiem, zobaczymy, co
z tego wyjdzie. Co o tym myślicie?
Więc tematem, jaki sobie dzisiaj obmyśliłam jest jakieś jedno moje ulubione wspomnienie. Temat dość
trudny, bo każdy ulubionych wspomnień ma setki, do tego często jak o tym myślisz, to trudno akurat je
przywołać, a czasem jest też tak, że te najbardziej ulubione tak właściwie średnio nadają się do roztrząsania
wobec szerszej publiczności. Był to jednak pierwszy pomysł, jaki wpadł mi do mózgu, gdy myślałam o temacie
na wpis do tej kategorii. Postanowiłam, że napiszę Wam o czymś bardzo nieodległym, a też miłym, z pewnością
gdybym miała robić jakiś ranking, to wspomnienie znalazłoby się w ścisłej czołówce.
Napiszę Wam mianowicie o moim pobycie w Sztokholmie. Byłam tam w tym roku od 1 do 8 lipca. Akurat
Zofijka wyjeżdżała na obóz pływacki, Tatul wziął sobie urlop i na kilka dni przed tym Zofijki obozem
nagle do mnie przychodzi i się mnie pyta, czy bym chciała pojechać do Sztokholmu. Do Sztokholmu chciałabym
pojechać zawsze, a mój Tatul obiecuje mi ten wyjazd co roku już od dobrych kilku lat, teraz jeszcze mi
obiecuje, że pojedziemy. Jednak okoliczności nigdy dotąd nam na ten wyjazd nie pozwoliły. No więc ja
oczywiście powiedziałam, że bym chciała, więc Tatul powiedział, że popłyniemy 1 lipca promem do Karlskrony
i potem dojedziemy samochodem do Sztokholmu. A ponieważ Tatul zawsze chce mieć wszystko zaplanowane na tip top,
ja miałam wykminić jakiś hotel i wybrać miejsca, które chciałabym zobaczyć i przy pomocy mojego polskiego
kolegi, tułającego się wiecznie między Szwecją a Finlandią i mojej szwedzkiej koleżanki mieszkającej
w Warszawie udało mi się całkiem dorzeczny plan skonstruować, aczkolwiek jednak jakoś ściśle się go nie
trzymaliśmy. Do Sztokholmu dojechaliśmy 2 lipca rano, ja bardzo cisnęłam mojego Tatulka, żebyśmy od razu
pojechali do Cornelisparken, czyli parku poświęconego Cornelisowi Vreeswijkowi. O Vreeswijku będzie tu
jeszcze duuużo jak sądzę, napiszę teraz tylko, że jest on obiektem mojej poprzedniej wielkiej fazy, żył
i tworzył głównie w Szwecji, ale urodził się w Holandi. Był muzykiem, poetą i okazjonalnie aktorem, bardzo
go znają w Szwecji, albo kochają, albo nienawidzą, bardzo rzadko zdarza się ktoś pośrodku. Dodam jeszcze,
że na Drimolandi są wpisy zarówno o Vreeswijku jak i o fazach w ogóle. Więc byliśmy
najpierw w tym parku, potem jeszcze pojechaliśmy na cmentarz do Vreeswijka, kupiłam mu z Mamulką kwiatki
i mu zostawiłam. Jak trochę odpoczęliśmy, bo jednak całą noc płynęliśmy tym promem, to poszliśmy jeszcze
sobie na taką trasę, która się nazywa Monteliusvägen, na której można zoaczyć prawie cały Sztokholm z
góry. W następnych dniah bardzo dużo gadałam z ludźmi po szwedzku i po angielsku, spotkałam też Finkę
z zarąbistym, fińskim akcentem, która mieszka w Sztokholmie od pięciu lat. Podeszła do nas dlatego, że
rozmawialiśmy po polsku, bardzo ją to zainteresowało, a co mnie bardzo ucieszyło, chwilę rozmawiałyśmy
i ona powiedziała, że jak na Polkę mam wyjątkowo szwedzki akcent. :D Zziwiło mnie to też trochę. Jedliśmy
dużo genialnych, zjadliwych i dziwnych rzeczy, na przykład słynne kötbullar, które mi bardzo smakowały,
ale najlepsza była dla mnie czekolada z takimi wielkimi orzechami, jakoś na M się nazywała i ih lody.
Odwiedziliśmy zamek królewski i Drottningsholm, jakieś małe wioski w okolicach Sztokholmu, gdzie ludzie
bardzo fajnie mówią, w szwedzkim coffeeshopie, a ostatniego dnia sklepie z minerałami, skąd mam hyba
najmilsze wspomnienia. Mamulka zauważyła go gdzieś po drodze. Weszłyśmy tam, bo chciałam zobaczyć, czy
mają jakieś szlachetne lub półszlachetne kamienie. Okazało się, że jest ich bardzo, bardzo wiele. Wybrałam
sobie lapis lazuli, malachit i agat, ale marzył mi się taki wieeelki szafir birmański. :D Po naszemu
kosztował ponad pięć stów. Jak już sobie te kamienie wybrałam, podszedł do nas facet, niestety ze sk?nskim
akcentem, co mnie na początku przeraziło, bo ja tych sk?nskich stosunkowo słabo rozumiem, ale bardzo fajnie
się dogadaliśmy mimo tego. Od razu wiedziałam, że się zna na rzeczy, nigdy jeszcze nie widziałam takiego
sklepu w Polsce, w sklepach, w których byłam, ludzie robią wrażenie, jakby nie wiedzieli, co sprzedają.
Ten gościu znał się na rzeczy, co ciekawe, mnie też traktował jak jakiegoś experta w dziedzinie, chociaż
nim zdecydowanie nie jestem, może po prostu rzadko mu się trafiają ludzie, którzy chcą coś do kolekcji,
bo jak zauważyłam było tam bardzo dużo kobitek kupujących raczej biżuterię. W każdym razie było to z
jego strony bardzo miłe. Pokazał mi kamienie, które hciałam zobaczyć, bo normalnie były za gablotkami,
czyli wszystkie malachity, lapisy lazuli i agaty. Potem moja Mamulka zwróciła uwagę na węglik krzemowy,
który kamieniem półszlachetnym nie jest, ale bardzo mi się spodobał. Wtedy przyszedł Tatul, zobaczył
te wszystkie kamienie i wspomógł mnie gotówką, więc ten węglik również kupiłam i zamiast malachitu, który
wybrałam, kupiłam sobie taki dosyć drogi i całkiem pokaźnych rozmiarów. Potem niechcący się wygadałam
o tym szafirze, chyba dlatego, że mi się już języki zaczęły mieszać z wrażenia, a gościu się bardzo podexcytował
i dostałam w prezencie szafirową kulkę, więc byłam w jeszcze większej euforii. Obecnie mam z niej wisiorek.
Także ogólnie wyjazd bardzo, bardzo mi się udał, mojemu Tatulowi też się podobało, mojej Mamuli najbardziej
podobało się w sklepach z odzieżą. :D Nagadałam się w dwóch językach za troje ludzi, miałam sny po szwedzku,
no pięknie było.
Jeśli macie ochotę podzielić się Waszymi ulubionymi wspomnieniami, to zapraszam, chętnie o nich poczytam. :)
2017-07-22 16:24:40
Celtic1002
Wow, musiało być naprawdę cudownie w tym Sztokholmie. Zresztą, już Ci o tym pisałam, ale powturzę jeszcze
raz. Dziękuję, że pozdrowiłaś Vreeswijka.
2017-07-25 13:57:12
moozgish
A spoko, cała przyjemność była po mojej stronie. :D
2017-07-25 14:05:09

O dzisiejszych miłych rzeczach.

Witajcie!
Dziś również postanowiłam napisać trochę o tym, co u mnie miłego. Otóż:
Spał ze mną Misha. Ale jak spał! Leżał koło mnie na poduszce, przeciągał się i chociaż zawsze po kilkudziesięciu
minutach decyduje się jednak wygodnie ułożyć w swoim koszu, dzisiaj leżał tak ze mną jeszcze długo po
tym, jak zasnęłam. W nocy na chwilę się przebudziłam i w tym akurat momencie Misha trzymał mi obie swoje
przednie łapki na głowie i główkę mi opierał na ramieniu. Potem jednak wrócił do swojego kosza, ale jak
tam jest, to też jest bardzo fajne. Ważne, żeby był w ogóle.
Potem już w trakcie dnia kilka razy do mnie przychodził.
U Zofijki wciąż jest jej koleżanka. Na noc chciała wrócić do domu i wróciła, ale jak tylko wróciła
podobno się rozpłakała i powiedziała swojej mamie, że tęskni za Zofijką i wysłała jej rozpaczliwego SMS-a,
że ją kocha i wszystko dla niej zrobi i dzisiaj już koło ósmej była znowu u Zofiji. :D Podobno w poniedziałek
jedzie do Warszawy na badania mózgu, bo jest po operacji jakiegoś guza i było jej bardzo smutno, bo dwa
dni nie będzie widziała Zofijki, ale w końcu obie Mamule się zgodziły i z tego, co mi wiadomo, Zofijka
również pojedzie podbijać stolicę. Wczoraj była w takiej euforii, że zasypiała dwie godziny. :D
Mamulka zrobiła nam dobry obiad. Bardzo różne pierogi. Kupiła je oczywiście w sklepie, każdy mógł
jeść, na jakie miał ochotę.
Dostałam krótkiego i bardzo miłego maila od Bardzo Miłego Człowieka, najprawdopodobniej jeszcze się
dzisiaj skontaktujemy, także teraz to ja jestem w euforii.
Moja ciocia robi urodzinowego grila, a ja na niego nie jadę. Ta moja ciocia jest też moją mamą chrzestną,
lubię ją generalnie, poza tym, że słynie z upierdliwości, w ogóle raczej lubię rodzinę mojej Mamuli, poza tym, że się do nas za bardzo wtrąca,
ale ostatnio jest między nami sporo totalnie idiotycznych konfliktów, to znaczy między naszą rodziną,
a rodziną Mamuli, na pewno dzisiaj będą sobie umilać atmosferę rozgrzebywaniem tego wszystkiego, a słuchanie
tego czy branie w tym udziału zdecydowanie nie należy do przyjemnych rzeczy, ale akurat złożyło się tak,
że zadzwonił dzisiaj mój wujek, brat Mamuli i tej cioci i chciał, żeby Tatul go gdzieś tam zawiózł, jak
będzie wyjeżdżać, więc i tak dla kogoś z nas miejsca by nie było. I to, co mnie w tym wszystkim najbardziej
cieszy, to fakt, że potem napisał do mnie Bardzo Miły Człowiek, stwierdził, że koło czwartej będzie mieć
chwilę i może mi pomóc z walijskim. No to kurde, jak ja bym mogła nie skorzystać z okazji? :D Cóż.
OK, miłych rzeczy chyba tyle.
2017-07-22 15:06:41
ambulocet
Z tym, że Misza się do Ciebie tak przytulał, to słotkie. Ja z Tillunią też się często przytulam. Jak,
leży u mnie na łużku, to czasem kładę się za nią i ją obejmuję. Ona zwykle wtedy zasypia. Ogólnie kiedyś
spała ze mną zawsze w nocy, ale niestety później mnie zdradziła i przeniosła się do mamy, na większe
łużko. Pocieszam się tylko, że z mamą śpi też po części dlatego, żeby pilnować swoich interesów, bo zawsze
rano, jak już dostanie jedzenie, to przychodzi do mnie.
2017-07-22 16:19:08
moozgish
My też z Mishą się obtulamy w dzień na łóżku i on wtedy zasypia, albo kładzie się na mnie, główkę mi opiera
na poliku i ja go miziam. Często ze mną śpi w nocy, ale też nie zawsze. Na pewno, skoro Tilla przychodzi
do Ciebie, tylko później, to cały czas musi lubić u Ciebie spać, Misha ma na przykład tak, że o różnych
porach i w różnych okolicznościach śpi w różnych miejscah, więc może ona ma jakoś podobnie.
2017-07-22 16:34:09

Miłe rzeczy.

Siedzimy z Mishą u mnie w pokoju, Misha leży obok mnie w swoim kartoniku, ja słucham walijskiego zespołu
Pigyn Clust i myślę, że dziś też można by o miłych rzeczach trochę napisać.
Pierwszą miłą rzeczą jest fakt, że się wyspałam. Ostatnio nie bardzo jest to takie oczywiste, ale
w końcu się udało.
Spał ze mną Misha. Najpierw w łóżku, a potem w swoim koszu, czyli właściwie też w łóżku, bo on na
łóżku stoi. Ja zawsze śpię z zamkniętymi drzwiami, po pierwsze dlatego, że mam w nocy otwarte okno i
byłby przeciąg, po drugie dlatego, że po prostu z otwartymi już chyba nie umiem i sobie nie wyobrażam.
Skutkuje to jednak tym, że jeśli chcę, żeby spał ze mną Misha, to muszę go potem, często o dość niekonwencjonalnych
porach wypuścić. Ale korzyści ze spania z Mishą przewyższają ową niedogodność. Dzisiaj akurat Misha pozwolił
mi się wyspać, bo nie jęczał do siódmej, a o siódmej wstała Mamulka i go wypuściła, więc nie musiałam
tego robić ja.
Kolejną miłą rzeczą jest inglisz. Lubię inglisza jako język, bardzo lubię, kocham wręcz, jak wszystkie
moje języki, lubię też moje lekcje inglisza, bo zawsze się jakieś dyskusje ciekawe wywiążą. Tak jak i
na szwedzkim nieraz się zdarza, choć na szwedzkim rzadziej, dlatego, że na szwedzkim robię dużo więcej
rzeczy niż tylko gadam i piszę coś do matury, a na ingliszu przez 110 minut ze 120 nawijamy.
Jak tylko skończyłam inglisza, zauważyłam rzecz, która ucieszyła mnie najbardziej w całym tym dniu,
mianowicie dostałam bardzo miłego, co więcej długiego maila od bardzo miłego człowieka, na którego też
niezwłocznie odpisałam, co również sprawiło mi niemałą przyjemność. A że pisałam go w większej części
po ingliszu, to miałam jakby przedłużoną lekcję. :D
Koleżanka Zofijki wciąż z nami jest i wygląda na to, że nie myśli nawet o opuszczeniu nas. Z powodu,
który wymieniłam we wpisie tyczącym się dnia wczorajszego bardzo mi to odpowiada. A że jeszcze do mojej Mamulki przyjechali
goście, to jest trochę szumnie.
Przyszedł do mnie Misha. On przychodzi do mnie, jak chce spać, ogólnie spodziewałam się go wcześniej,
zwłaszcza, że u nas taki tumult i tylu obcyh ludzi,
i dziwiłam się, że nie przychodzi, czasami potrafi spędzić w tym swoim kartoniku cały dzień, ale w końcu
przyszedł, stanął pod drzwiami i ładnie poprosił, żeby mu otworzyć. Poza tym ogólnie miałam miły dzień.
A, jeszcze zanim oni przyjechali, to byłam przez całkiem długi czas sama w domu, to znaczy jeszze z Mishą.
Uwielbiam być sama w domu. A jescze bardziej sama z Mishą. Miłego wieczoru wszystkim życzę, jak również
przyjemnych snów. :)
2017-07-21 20:39:38
pajper
Uwielbiam być sama w domu, wtedy można pobawić się wybuchami. :)
Przepraszam, tak mi się skojarzyło. :)
Mój tata, z miłości chemik, jak był w technikum, pod nieobecność rodziców przeprowadzał różne eksperymenty chemiczne.
Skończyło się na małym pożarze i wymianie dywanu, jak coś nie wyszło kiedyś. :)
2017-07-21 20:55:10
Celtic1002
Hahahaha, "Wakacje z duchami"? A to dobre. :D :D :D Mogłyby być. Miałaś bardzo, bardzo, bardzo miły dień.
:) Podrap ode mnie Mishę za uszkiem, jak lubi.
2017-07-21 21:03:00
moozgish
Pajper: Hahahahahaa, istotnie świetny pomysł na spędzanie czasu będąc samemu w domu. :D
Celtic1002: Misha bardzo lubi, jak się go drapie za uszkiem. Zaraz dam mu przekąskę i go podrapię.
:)
2017-07-21 22:40:17

Mniammm. Rybka.

"Hhrrru?" Tu Misha.
Mam dzisiaj bardzo miły dzień. Podobno już nie mam diety. Dzisiaj dostałem od Emi bardzo dobry obiad.
Mama zrobiła rybkę jeszcze jakimś innym ludzkim żarciem, ale nawet mi nie dała małego kawałeczka. Potem
przyszła Emi, ja usiadłem obok niej na krześle i ona dała mi rybkę. Duuużo rybki. Trzy kawałki. Ten trzeci
był taki wielki, że mój ludzki tatuś powiedział: "Misha, jak ty to zjesz, to chyba pękniesz". Nie pęknąłem.
Czy tam nie pękłem, nie wiem, jak się mówi. Zawsze, jak dostanę coś bardzo dobrego, to potem się oblizuję
i głaszczę łapką po głowie. Dzisiaj też tak robiłem. Ale potem było już trochę mniej przyjemnie. Jeszcze
jak oni jedli obiad, Olek przyjechał z tej swojej pracy, wszedł do kuchni, podszedł do krzesła, na którym
ja siedziałem, powiedział "Wypad śmierdzielu" i mnie zepchnął. Nawet mama powiedziała, że można to było
zrobić delikatniej, ale Olek powiedział, że nic mi nie będzie. Nic mi nie było, ale to nie było miłe.
Gdyby usiadł obok mnie, to sam bym zszedł, zawsze tak robię. A potem jak zszedłem przyszła koleżanka
Zofijki, ona teraz śpi u Zofijki codziennie i mówi na mnie ta Misha. Podeszła do mnie i zawołała do Zofijki:
"Mam ją.". I zapytała się mnie, czy chcę do nich iść. Miauknąłem, bo nie chciałem, chciałem sobie pospać,
bo byłem bardzo najedzony, a tam u nich jest zawsze głośno. Ale ona pewnie pomyślała, że tak, wzięła
mnie tak dziwnie, że nic nawet nie widziałem i dobrze, że chociaż mama jej powiedziała, żeby mnie tak
nie trzymała, bo jestem najedzony i ufaflunię ją rybką. I musiałem tam bardzo długo siedzieć, aż wreszcie
Zofijka otworzyła drzwi i uciekłem.
Pozdrawiam wszystkich barzo Mishnie.
Misha.

2017-07-21 16:18:42
Celtic1002
Biedny jest ten Misha, same kłopoty z tą Zofijką. No i Olo też niełdnie się zachował, bardzo nieładnie.
2017-07-21 16:20:33
moozgish
O tak, jestem bardzo biedny Misha. Emi mówi, że mam ciągle jakieś Mishowe problemy i to chyba jest prawda.
Ale najważniejsze, że miałem dobry obiad.
Misha.

2017-07-21 16:25:50

Inspiracja na dziś.

Sczęście nie jest kwestią intensywności, a równowagi, ładu i harmonii.
Thomas Merton


2017-07-21 15:55:35

2017-07-21 16:00:23
pajper
Znów nie ma tytułu.
Możesz mi podesłać jakoś prywatnie tytuły tego wpisu i poprzedniego, który bez tytułu wskoczył?
Postaram się zorientować, czemu tak się dzieje.
PZDR
Dp
2017-07-21 15:56:41
moozgish
Tytuł tego wpisu miał być inspiracja na dziś, teraz poprawiłam i weszło, a wczorajszego Tu Misha, też
nie chciało najpierw wejść, jak potem zedytowałam to było OK.
2017-07-21 16:02:58
pajper
Nie było tam apostrofów, cudzysłowiów czy innych dziwnych znaków?
Dziwne to jest...
PZDR
DP
2017-07-21 16:08:11
moozgish
Nie, nie było żadnych takich. No nie wiem, o co idzie. Teraz zrobiłam nowego wpisa i tytuł jest, to może
tylko takie coś sporadyczne było.
2017-07-21 16:21:35

Charlotte Almgren - Tiny Grain.

Dzisiaj taki lekki popik będzie, bo to mi właśnie dzisiaj od rana gra w mózgu. Znam tą piosenkę jakieś
parę miesięcy i lubię, ale jeszcze tak mnie nigdy nie męczyła, jak dziś. Charlotte Almgren jest Szwedką,
kilka lat temu brała udział w szwedzkim idolu. Ja nie znam żadnych innych jej utworów, jeśli w ogóle
jeszcze jakieś inne istnieją, ale dzisiaj zamierzam to zmienić. Ciekawa jestem Waszych opinii. :) Przy
okazji poprzedniego awatara zapomniałam o tym wspomnieć, ale w razie cóś wszystkie awatary są w moich
plikach udostępnionych.
2017-07-21 15:25:36
pajper
Niestety, awataru nie ma w plikach.
Chyba nie dodał się.
Może w nazwie jest apostrof?
To błąd obecnej bety, że pliki z apostrofami w nazwach się nie wysyłają.
2017-07-21 15:54:52
moozgish
Zaraz zobaczę, o co z tym idzie, dzięki za informację.
2017-07-21 15:57:30
moozgish
Powinno już być, u mnie widać.
2017-07-21 15:59:14
pajper
Teraz jest. :)
2017-07-21 16:00:35

Miła rzecz.

Witajcie!
Postanowiłam, że oprócz tego, że pewnie co jakiś czas będę wrzucać jakieś update'y dotyczące mojego
fascynująco ciekawego życia, będę też pisać co jakiś czas o miłych rzeczach, które mi się danego dnia
przytrafiły, albo o jednej miłej rzeczy. Zainspirowała mnie do tego moja Mamulka. Moja Mamulka interesuje
się, jak ja to określam, lifestylami. Czyta duużo blogów polskich bab o lifestylach, o minimalizmie,
o zdrowiu, modzie i urodzie. No i na początku tego roku na blogu jednej z tych bab przeczytała, że ona
ma takie postanowienie noworoczne, że codziennie będzie zapisywać sobie jedną miłą rzecz, która jej się
przydarzyła. W ten sposób będzie miała 365 miłych rzeczy, które jej się przydarzyły w tym roku. Ja pomysł
kupiłam, mimo, że swoje postanowienie już miałam i od początku roku też zapisuję codziennie jedną miłą
rzecz. A ostatnio moja koleżanka, której bloga czytam, zaczęła 100 happy days challenge, w formie zdjęciowej.
Potem druga, w ogóle jej nie znająca, zaczęła 100 happy days challenge w formie tekstowo-graficznej.
Śmiesznie. Ja nie będę tego robić, chociaż miałam taki plan, ale po prostu czasami będę pisać o tym,
co mi się miłego przytrafiło, a może codziennie, zobaczymy. Dziś napiszę o dniu wczorajszym. Oprócz oczywistych
rzeczy, takich, jak to, że Misha obudził mnie o czwartej godzinie swoim "Hhrrru?" i że w ogóle ze mną
spał i innych takich, przytrafiły mi się dwie nieoczywiste miłe rzeczy.
Pierwszą z nich jest to, że u Zofijki jest koleżanka. Łączy się to z ogromną ilością wrzasku, ale
także z tym, że ja mam spokój. I moja Mamulka poniekąd też, chociaż musi dużo sprzątać. W każdym razie
Sofija nie łazi nam nad głowami i nie jęczy "Nuuudzi mi się. Cooo ja mam robić?" i nie burczy. To znaczy
burczy, ale tylko do swojej koleżanki. Dziewczyna ma chya niesamowitą cierpliwość, czy coś, bo jest u
Zofiji już trzeci dzień.
Druga miła rzecz również łączy się z Zofijką. Zofijka bardzo dużo je. Jeździ też na wrotkach, bardzo
szybko jeździ. Te dwie rzeczy mają ze sobą wspólnego tyle, że stosunkowo często jeździ do sklepu, żeby
sobie kupić jakieś żarcie. Wczoraj kupiła mi chipsy piri-piri i wieelką czekoladę z orzechami, chociż
jej wcale o to nie prosiłam. Więcej hyba dodawać nie muszę.
Ogólnie miałam wczoraj miły dzień, poza tym, że poszłam spać o pierwszej, a obudziłam się o czwartej,
bo mój mózg stwierdził, że już więcej nie chce spać. Najpierw miałam strrrasznie dużo energii i w ogóle,
a koło siódmej wieczorem łaziłam już jak Zombie. Ale i tak poszłam spać dopiero po północy. Często mi
tak mózg świruje, albo z kolei śpię zdecydowanie za długo, ale właściwie jestem przyzwyczajona do tego
i wrażenia to na mnie nie robi, tyle, że nie lubię być przymulona.
Dzisiaj też się zapowiada miły dzień. Przed chwilą skończyłam inglisza, na tym moim ingliszu, którego
mam w domu prawie wyłącznie gadam, czasami jescze coś piszę pod maturę pisemną, ale generalnie nawijamy
po ingliszu, a ja nawijać po ingliszu bardzo lubię. Dzisiaj gadaliśmy z moim nauczycielem o polityce,
ciekawie się porobiło. :D
OK, do tego wpisu chyba tyle.
Miłego dnia wszystkim życzę. :)
2017-07-21 12:23:57
pajper
If english, then english. :)
I'm glad you had a good day yesterday.
In fact, what age is your sister.
You're likely to write it somewhere on this blog, but I've forgotten.
Regards,
DP
2017-07-21 12:38:44
Celtic1002
Hahaha, no to się Dawid popisał. :D A że mnie głowa boli, to nie chce mi się czytać słowo po słowie,
żeby zrozumieć, co napisałeś. No, a jeśli idzie o Twój miły dzień, Emi, to miałaś bardzo, bardzo, bardzo
miły dzień. I oby takich dni więcej. :)
2017-07-21 13:35:57
moozgish
Pajper: Zofijka is 10 years old, will be 11 in May.
Kind regards. :)
Celtic1002: O, szkoda, że Cię boli mózg. :/ Moją Mamulkę też, nie wiem, co jest z tymi mózgami.

2017-07-21 15:06:18

Tu Misha.

Hhrrru? Witam się ze wszystkimi bardzo Mishnie.
Zawsze robię "Hhrrru?" jak się witam.
Jestem Misha, ale to już chyba każdy zauważył. Właściwie chyba powinienem się przedstawić, ale nie
wiem, jak to się robi przez Internet. Normalnie, gdybyście do mnie przyszli, podszedłbym, jeśli bym miał
ochotę i może dałbym się pogłaskać. Czasami, jak kogoś bardzo polubię, witam się też głosowo, ale muszę
mu trochę zaufać.
Mam nadzieję, że uda mi się dobrze przedstawić. Mam półtora roku, po Waszemu to będzie dwadzieścia
lat, ale wszyscy traktują mnie jak małe dziecko, co jest bardzo, bardzo, ale to baaardzo męczące. I niesprawiedliwe.
Ale czasami fajne. Jestem kotem rosyjskim niebieskim, jestem rasowy, ale nie mam pojęcia, jakie to ma
znaczenie. Dla niektórych ludzi chyba ogromne. Kosztowałem kupę forsy - tak mówi Zofijka. Gdybym był
człowiekiem, podobno zostałbym carem Wszechrosji - tak mówi moja ludzka mama. Ja nie wiem, co to forsa ani co to
car Wszechrosji, ale wiem, że to chyba jest komplement. Oni mi ciągle mówią jakieś komplementy. "Misha, jesteś taki
ładniutki". "Misha, jesteś taki miękki". "Misha, jak Ty ładnie pachniesz". Czasami to jest fajne, ale
czasami nudne. Najczęściej jest to nudne. Jestem raczej mały. Bardzo dużo jem, ale widać mi większość
kości i wcale nie rosnę. Taki już pewnie będę, szkoda, ale Zofijka i Emi mówią, że to bardzo dobrze.
Mam szare futro, ale błyszczy się tak jakby na niebiesko, dlatego niby jestem niebieski. Mam zielone
oczy. Jestem bardzo miękki i gładki, niektórzy ludzie się z tego powodu na mnie kładą, a już nie pomyślą,
że mi to może przeszkadza i ja ledwo mogę oddychać. Poduszka jestem czy co? Ale z ludźmi nie pogadasz.
Mam strasznie duże uszy. Właściwie to chyba nie takie bardzo duże, ale mam małą główkę, więc wygląda
to tak, jakby były wielkie. Bardzo lubię patrzeć na siebie w lustrze. Albo na zdjęciach. Uwielbiam pić
wodę, skąd tylko się da, byle nie z własnej miseczki, to takie nudne. Lepiej wypić wodę z kwiatów. Lubię
patrzeć na ptaki, łapać i jeść muchy, komary i pająki. Moja ludzka mama boi się pająków i zawsze mnie
bardzo piskliwie woła, jak jakiś przyjdzie mnie odwiedzić. Bardzo, bardzo, bardzo nie lubię hałaśliwych
dźwięków. Trochę musiałem się przyzwyczaić, bo Zofijka wydaje zawsze bardzo głośne dźwięki, ale nie lubię
jak ktoś krzyczy na mnie, tak głośno wrzeszczy Misha, albo jak coś głośno gra, albo jak Zofijka mi mówi
coś na ucho. Przecież ja ją i tak usłyszę. Zawsze wtedy ją klepię uszami po twarzy. Bardzo się nade mną
znęcają, prawda? Jestem bardzo biedny. I nie mogę codziennie dostawać piersi z kurczaka, tak jakbym chciał,
i nie ma w naszym domu tyle kartonów, ile bym chciał i często nie mogę robić tego, na co mam ochotę.
Ale najgorsze jest to, że nie mogę wychodzić na dwór. No dobra, czasami mogę, na taras, ale bardzo rzadko,
no i co to za przyjemność? Niektóre koty biegają po całym podwórku, u nas takie są właśnie, i ciągle
mnie wołają, a ja wtedy też głośno miauczę. Inne koty sobie biegają, a ja jak tylko odejdę trochę dalej,
to zaraz za mną wszyscy biegną i wołają Misha Misha. Emi mówi, że to dlatego, że jestem taki ładny i
zaraz by mnie ktoś ukradł. Ale ja bym przecież szybko wrócił, naprawdę. Obejrzałbym tylko sobie cały
świat i bym wrócił. A moja ludzka mama mówi, że jak chcę się rozwalać po łóżkach i leżeć w pościelach,
zwłaszcza u Emi, bo ona ma na mnie jakąś alergię,to na pewno nie będę wychodził na dwór, bo tak, jak
nie wychodzę, to tej alergii prawie nie ma. I mogę załapać jakąś chorobę, bo mnie nie szczepili. Nie rozumiem
tych ludzi. Ale tak poza tym to myślę, że jestem szczęśliwy. Bo mogę robić bardzo dużo rzeczy, nie muszę
jeść tylko swojej karmy, tak jak podobno wiele innych kotów, dostaję i kurczaka, i królika, i dużo przekąsek,
i rybkę, mniammmm, i kabanosy, takie moje i takie ludzkie, i kiełbasę. Dzisiaj nic nie dostałem oprócz karmy, bo rano mi się zwymiotowało.
Rzadko mi się to zdarza, ale jak się zdarza, to jestem zawsze bardzo zdziwiony, a wszyscy na mnie głośno
krzyczą i mnie przezywają. Mama mówi na mnie co ty zrobiłeś ty baranie. Dzisiaj jeszcze powiedziała,
że to dlatego, że wczoraj się obżarłem kiełbasą jak ruski chłop i dzisiaj mam jakąś dietę. Nie wiem, co to jest dieta
i gdzie ja ją mam, ale nie chcę wiedzieć, bo i tak jej ni lubię. Może jutro coś dostanę. Dzisiaj wszyscy
jedli jakiegoś grila, a mi było smutno. Wyszli sobie, jedli tego grila, mnie zostawili i nawet malutkiej
części grila mi nie przynieśli. A ja tego nigdy nie jadłem. I może też bym chciał sobie tam posieieć
i popatrzeć jak jedzą. Może jakieś zwierzę bym poznał? Ja nie znam żadnych zwierząt, tylko z daleka.
Znam tylko jednego psa, który był kiedyś z nami przez parę dni. Ona się nazywała Pepa i bardzo mnie lubiła,
jak każdy, ja ją też. Razem się bawiliśmy. A potem uciekła i było mi trochę smutno. Ja lubię ludzi, ale
chciałbym poznać jakieś zwierzę, bo mi jest czasami nudno, jak nikogo nie ma w domu. Kiedyś miał być
jeszcze jakiś mój młodszy brat z nami, miał się nazywać Sasha, ale urodził się chory i do nas nie przyjechał.
Moja prawdziwa mama nazywa się Hansa Luft i podobno jest bardzo ładna. Zofijka ją widziała. Ale mojego
taty nikt nie widział, bo mieszka za granicą, nazywa się Jupiter. Mówiłem już, że bardo lubię kartony?
Jak nie, to mówię. Bardzo lubię kartony. Jak każdy kot, ale ja i tak jestem wyjątkowy i o tym wiem. Mam
jeden karton u Emi na biurku i tam śpię najczęściej w dzień, jeden u Zofijki, jeden w pokoju moich ludzkih rodziców, jeszcze różne kartony są na dole w pralni
i w piwnicy i w garażu, ale tam mnie rzadko wpuszczają, bo nie wiadomo po co zawsze zamykają drzwi im
potem przeszkadza, że jęczę, żeby mnie wypuścić. I mam brudne łapki, jak tam chodzę. Mam jeszcze różne
inne legowiska. W nocy najczęściej śpię w koszu, który stoi u Emi na łóżku, albo z kimś się przewalam
po pościelach, ale nie lubię całą noc się przewalać po pościelach, bo ludzie się strasznie dużo wiercą
i czasami jeszcze na przykład przez sen niektórzy kładą mi się na ogon. To nie boli, ale wkurza, bo nie
można się ruszyć, a jak się ruszysz, to większość z nich zaraz się budzi i jęczy misha nie idź jeszcze
jesteś taki ciepły. Taki już mój los. Mam jeszcze legowiko u Emi albo u Zofijki na szafie. Emi nie lubi,
jak się kładę u niej na szafie w koszu, u Zofijki jeśli tam się kłaę, to po to, żeby mi nikt nie przeszkadzał.
Lubię też czasem spać w drugim, takim mniejszym pokoju Zofijki na kanapie albo gdziekolwiek. I lubię
spać na walizkach w garderobie, albo w nich w środku. Lubię chodzić do toreb, nawet obcym ludziom, którzy
do nas przychodzą i sprawdzać, jak tam pachnie. Tak szczerze mówiąc to wolę ich torby od nich, jak ktoś
przychodzi bez, to prawie na niego nie zwraam uwagi. Jednej pani wpakowałem się kiedyś do torebki, a
ona mi zrobiła zdjęcie i wysłała na jakiegoś Facebooka i wszyscy o tym gadali cały dzień. Umiem bardzo
ładnie pozować do zdjęć. Tylko wkurzają mnie te takie lampy w aparatach i jak ktoś mi każe pozować bardzo
długo, tak to nie ma. Jedno zdjęcie i spadać. Nie lubię i nie umiem bawić się zabawkami dla kotó.Wolę
pióra, zwłaszcza takie, które bardzo pachną lasem i ptakami, kijki, gumki do włosów, a najbardziej Zofijkę.
Zofijka ma swoje wady, ale można się z nią bawić w chowanego, wskakiwać jej na plecy - zresztą wszystkim
można, przeskakiwać przez nią, rzucać się na nią, turlać się z nią po podłodze... Tylko czy musi ciągle
tak wrzeszczeć? I wozić mnie w wózku? I łapać mnie, jak ja mam inne plany? Jak byłem młodszy, to bardzo się bałem Zofijki.
Ale teraz wiem, co robić, żeby aż tak nie wkurzała i gdzie się hować. A jak ja się przed nią chowam,
mama mówi misha, ty wcale nie jesteś taki głupi. Dziękuję. A kto powiedział, że jestem? Lubię obgryzać
rośliny. Emi mówi, że mam niedobór jakiegoś chloro czegoś i trzeb będzie mi kupić jakieś witaminki. Raz
obgryzłem choinkę i potem się zrzygałem. Lubię też oleje. Nasza mamusia ma bardzo dużo butelek z olejami,
raz mnie wysmarowała tak dla zabawy olejem kokosowym, żebym ładnie pachniał, a mi on bardo zsmakował.
Lubię też lizać ludziom palce, jak mają od oleju, albo jak pachną mięsem. Lubię wąchać świeżo używane
skarpetki, zwłaszcza Olka. Nie piję mleka. Jest niezdrowe
dla mnie i jest niezdrowe dla wszystkich kotów, które nie ssą od mamusi. Tak mówi moja obecna mamusia.
I cóż, tak musi być. Jak wypiję mleko, to zaraz szybko muszę do kibelka i to parę razy biegam. Na szczęście
bardzo szybko biegam. Ale za to czasami, bardzo rzadko, dostaję trochę jogurtu, kefiru albo maślanki
czy serwatki, Zofijka raz podzieliła się ze mną resztką budyniu waniliowego. Achhh! Jakie to było smaczne.
Jeszcze mi si czasem śni. Podobno czasami mruczę coś przez sen. Ale nie tak mruczę normalnie jak kot,
tylko coś tam gadam po wojemu. Emi tak mówi. Najczęściej mam bardzo pogodne i spokojne sny, ale czasami śni mi
się, że przed kimś uciekam i skaczą mi mięśnie we wszystkich łapach i budzę się trochę przestraszony,
ale szybko przestaję o tym myśleć i zasypiam znów. Lubię różne śmierdzące rzeczy. Nie wszystkie, ale
dużo. Nie będę mówił, jakie, bo ludzie wielu tych rzeczy bardzo nie lubią. Umiem warczeć prawie jak pies,
jak mnie coś bardzo boli. To wcale nie jest śmieszne. A właśnie, ludzie się ze mnie strasznie często
śmieją. Nie lubię, jak Olek robi mi na złość i włącza na telefonie miauczące koty, wtedy nie wiem, gdzie
one są i bardzo się boję i najchętniej bym gdzieś daleko pobiegł. Lubię tarzać się w reklamówkach, najlepiej
jak mnie ktoś włoży w reklamówkę i łazi ze mną jak z zakupami. Nie cierpię jak mówią na mnie ta Misha.
Zofijki koleżanki często tak robią. Nie dość, że wrzeszczą, to jeszcze: "O, Mishka, ale Ty jesteś ładna.
Czemu ona uciekła?". Inni ludzie też tak mówią, mimo, że cęsto w końcu alo mama, albo Emi nie wyrobi
i mówi, że ja jestem facet. Ale oni udają, że nie słyszą, tak jak ja, w każdym razie często tak robią.
Nie cierpię też, jak Zofijka mówi do mnie Michelle, albo kobieto. Mówi tak, jak się czegoś boję, albo
dużo płaczę. Emi mnie pociesza, że Michelle to też imię męskie, ale mnie to nie obchodzi, ja jestem Misha,
a nie jakiś Michelle. To, zze nie mogę mieć dzieci, nie znaczy, że jestem babą. Przecież ja tu tego wszystkiego
pilnuję i gdyby nie ja, ten dom przewróciłby się do góry nogami. Bardzo często mnie przezywają. Wszyscy.
Mam bardzo dużo przezwisk. Putin, Sakaszwili, Mysza, Miska, Misa, Micha, Miseczka, Mishołów, Mishmasz,
Misha klisza, Mishka kiszka, szary brat, kloszard, ruski badziew, worek kartofli... No i mój okropny
ludzki ojciec zawsze mówi na mnie albo Śmierdziel, albo Dziad. No albo Sakaszwili czasami. A ja w oóle
nie wiem, co to wszystko jest. Nie lubię być sam. Bardzo wtedy płaczę dopóki nie zasnę i jest mi ardzo
smutno, a jak wszyscy wracają, kładę się w drzwiach i czekam, aż mnie ktoś pomizia i poturla po podłodze.
Wszyscy wtedy mówią, że niby zemdlałem. Najlepiej by było tak, jakby zawsze wszyscy byli w domu, ale
żebym miał jakieś tylko swoje, Mishowe miejsce, w którym nikt by mi nie przeszkadzał i zajmowałbym się
tam sobą, a jakbym chciał, to bym wyszedł na jedzenie, zabawę albo mizianie.
Mam nadzieję, że Was nie zanudziłem. Wiem, że moje życie jest bardzo nudne. Nawet nie znam bliżej
żadnych kotów i nigdy nie jadłem pszczoły, a bardzo bym chciał, bo kiedyś wiziałem taką ładną i prawie
upolowałem. Ale czasem jednak coś się u mnie dzieje i jeśli byście chcieli, mogę Wam o tym opowiadać.
Jeżeli będę miał na to ohotę.
Pozdrawiam Mishnie.
Misha


2017-07-21 00:12:30

Zmodyfikowany



2017-07-21 00:13:57

2017-07-21 00:14:46
Celtic1002
Uuuła, Misha, ale masz przebojowe życie. :D Jak kiedyś przyjadę do Emi, będę wiedziała, jak się z Tobą
obchodzić. :D
2017-07-21 06:21:32
moozgish
Ja? Przebojowe życie? Nigdy tego nie rozumiem, a wszyscy tak mówią. Przecież ono jest nudne jak sucha
karma. Jak kiedyś przyjedziesz do Emi, to sama zresztą zobaczysz. Tylko jem i śpię i śpię i jem.
Misha

2017-07-21 11:56:53
pajper
Ale spanie i jedzenie to przecież bardzo interesujące i zajmujące zajęcia. :D
O bawieniu się nie mówiąc. :)
Przynajmniej nie masz żadnych obowiązków, egzaminów, pracy. :D
2017-07-21 16:31:36
moozgish
Tak, to są bardzo fajne rzeczy, ja uwielbiam spać i jeść, ale czasami to za mało i bym czegoś chciał,
czasem sam nie wiem czego. Ale do szkoły czy do pracy to bym nie chcial chodzić. Cieszę się, e nie jestem
człowiekiem, ale chciałbym by taki wysoki, jak ludzie, żeby umieć otwierać sobie drzwi i odkręcać krany,
żeby pić wodę. Ale mam kilka obowiązków. Muszę być zawsze z Zofijką, jak idzie spać, jak zaśnie, to mogę
sobie iść i muszę być w nocy u Emi. Ale to nie są takie obowiązki, jak ludzie mają.
Misha

2017-07-21 16:51:09

Coś o entuzjazmie.

Entuzjazm jest Siłą dającą sny tym, którzy ih nie mają, życie żywym, a nadzieję desperatom.
RVM.
2017-07-19 17:10:42
pajper
Jakby nie patrzeć, prawda
2017-07-19 18:22:56
Celtic1002
Prawda, szczera, słuszna i niepodważalna.
2017-07-20 15:48:51
ambulocet
Też się zgadzam, że to bardzo prawdziwe słowa.
2017-07-21 17:35:57
hazel96
Podpisuję się :)
2017-07-28 20:44:15

Celtic Thunder - parting Glass.

Awatarem, który mam już od paru dni, jest właśnie piosenka Celtic Thunder o tytule Parting Glass. Nigdy
nie byłam jakąś wielką fanką Celtic Thunder, ale ostatnio trochę tego zespołu słuhałam, a że samą piosenkę
w wielu wersjach znałam już wcześniej, to jakoś tak ją poluiłam i w wersj CT. Na wokalu w tym czymś jet
Colm Keegan. Aha, dodam jeszcze, że Celtic Thunder to jest zespół irlandzki, którym wokalistami są sami
faceci, taki troche siostrzany projekt zespołu Celtic Woman, w którym są same babki. Faceci owi są z
różnyh stron Irlandii i mają różne style. Podobnie jak w przypadku Celtic Woman, pomysłodawczynią Celtic
Thunder jest pani Sharon Browne, która z Celtic Woman już nie pracuje, natomiast z Celtic Thunder tak.
Dodam jeszcze, że Celtic Thunder są rozpoznawalni z powodu swoich bardzo charakterystycznych występów
scenicznych, podczas których jest też dużo elementów choreograficznych, jakieś zabawy światłem, elementy
nawiązujące do mitologii, oni mają jakieś dziwne stroje itd. Podobnie jak Celtic Woman, albo River Dance,
albo Anuna, wszystko irlandzkie. Miłego słuchania. :)
2017-07-19 12:28:47

O mnie.

Większość blogów taki wpis czy rubrykę posiada, więc mój chyba też powinien. Pisałam już o sobie na forum
i w profilu, ale nie każdy może tam wchodził.
Tak więc ja jestem Małgosia, w wielu miejscach w sieci znają mnie jako Emilię, jedni mówią tak, drudzy
tak, zależy od sytuacji, miejsca, człowieka i mojej z nim relacji. Jedyną osobą, która mówi na mnie raz
tak, raz tak, jest moja Mamulka, która, wiadomo, od dzieciństwa mówiła na mnie Małgosia, poza tym jest
to moje legalne imię, ale Emilka jej się podoba i w sytuacjach luźniejszych zdarza jej się tak na mnie
mówić. A no i Tatul czasami do mnie się zwraca per "Emilio", co jednak zdarza się rzadko i raczej w jakimś
kontekście ironicznym. :D
Urodziłam się w roku 1997, nie chce mi się co roku tego aktualizować, więc piszę tak, mieszkam na Pomorzu. Po wakacjach idę do trzeciej klasy liceum, uczę się
w trybie zaocznym. Mam dwoje rodzeństwa, 18-letniego brata - Olka (Aleksandra) - i przerażającą pod każdym
względem dziesięcioletnią siostrę
- Zofijkę (Zofię oczywiście, jakby ktoś miał wątpliwości :D ). W skład mojej najbliższej rodziny wchodzi
także (oprócz rodziców rzecz jasna) 1,5-roczny Misha - kot rosyjski niebieski, który jest z nami już troszkę ponad rok
i który jest dla mnie najlepszym przyjacielem, malutkim braciszkiem, moim dzidziolem, zabawką, przytulanką
i nie wiadomo czym jeszcze, zależnie od okoliczności. Ciężki zaprawdę jest jego los.
Mam strasznie dużo pasji, zaintersowań, hobby itd. Najbardziej obsesyjnym są chyba języki. Obecnie
mówię tylko po polsku, angielsku, szwedzku i - kulawo, ale jednak - po walijsku, wszystkie t języki uwielbiam,
ale hciałabym jeszcze poznać fiński, saami, farerski, holenderski, fryzyjski, irlandzki, szkocki gaelicki,
Scotts, manx i kornijski. A jak poznam te wszystkie, to może jeszcze jakieś. W każdym razie to jest moja
lista must-do, z której, mam nadzieję, uda mi się kiedyś wszystko odhaczyć.
Poza tym interesuję się etymologią imion, ich historią, popularnością, skojarzeniami czy społecznymi
konotacjami, czy nawet potencjalnym wpływem imion na osoby, wszystkim w temacie właściwie. Dlatego duuużo
czasu spędzam na stronach takich jak behindthename.com czy nameberry.com, bo nie ogranicza się to u mnie
do imion polskich, a ręcz ogarnia wszelkie możliwe. Ale interesuję się też ogólnie etymologią, zwłaszcza
polskich słów i w jakimś stopniu pochodzeniem i znaczeniem nazwisk. Pewnie interesowałabym się tym ostatnim
bardziej, gdyby nie brak źródeł.
Interesuję się także medycyną i psychologią, jednymi zagadnieniami bardziej, innymi mniej. Najbardziej
ludzkim mózgiem. Ostatnio też dużo mojej uwagi pochłaniają wszelkiego rodzaju zaburzenia dysocjacyjne
i wpływ traum na mózg, w ogóle na funkcjonowanie zatraumionych ludzi. No i kwestie ogólnoneurologiczne.

Do innych moich pasji powinnam zaliczyć jazdę konną, konie w ogóle i przebywanie z moim pięknym kuniem,
który nazywa się Czardasz, ale wszyscy mówią na niego Łoś albo Łosinek i który jest po prostu bardzo
fajny. Zbieram też kamienie szlachetne i półszlachetne i bardzo mnie ten temat interesuje.Pisałam już
o językach, ale zapomniałam o kulturze i folklorze, mianowicie bardzo interesuje mnie kultura Wysp Brytyjskich
i Irlandii, ogólnie obszarów poceltyckich, no i Skandynawii. A także folklor, ale folklor to chyba wszelkiego
rodzaju, nie tylko skandynawski czy celtycki. Mam jeszce dużo różnych mniejszych pasji i pasyjek, ale
o nich to pewnie z czasem się dowiecie.
W wolnym czasie uwielbiam coś czytać albo pisać, słuchać muzyki, głównie folku lub rocka, ale zdecydowanie
nie tylko, aha, co do muzyki dodam jeszcze, że mam fisia na punkcie harfy, zwłaszcza celtyckiej, lubię
też jeździć konno, uczyć się języków albo ogólnie coś z nnimi robić, no i spędzać czas z Mishą, od którego
jestem uzależniona. Mishomania. :D Niee, mishoholizm może. Dobra, to chyba oznacza, że czas kończyć tego
wpisa. Jak macie jakieś pytania, to piszcie. Nie sądzę, żebym o czymś zapomniała, ale może jest coś,
co jeszcze chcielibyście wiedzieć.
2017-07-19 12:18:50
pajper
Tyyyyyylko cztery języki.
No tragedia, to przecież katastrofa, jak można mówić tylko czterema językami? :D
To był oczywiście żart.
A czemu twoja siostra jest okropna pod każdym względem?
Skoro już się o sobie rozpisujesz, a co powiesz o liceum, w sensie, tym konkretnym? Ciekawym twojej opinii odnośnie tej szkoły jako, że robisz ją zaocznie.
2017-07-19 12:25:55
moozgish
Hahaha no wiem, że zabrzmiało to trochę śmisznie, ale patrząc na to, jak daleko już bym mogła z tymi
językami być, gdyby nie brak materiałów i inne takie, robi się nieco frustrująco. O nie, ja nie napisałam,
że Zofija jest okropna pod każdym względem, ona jest pod każdym względem przerażająca, w tym wypadku
to robi trochę różnicy. Okropna być potrafi, jak każde dziecko, ale drugiego tak przerażającego chyba
nie znam. Jak czegoś chce, potrafi być przerażająco miła, aż się zaczynasz zastanawiać i wątpisz w to,
czy Ty aby na pewno chcesz czegoś innego, niż ona. :D Przerażająco dobrze jak na swój wiek manipuluje
ludźmi. Wszystkimi ludźmi. Najbardziej oczywiście rodzicami, ale do pewnego stopnia ponoć nawet nauczycielami.
Potrafi być przerażająco bezmyślna, gdy odrabia lekcje, jest przerażająco wrzaskliwa, niezależnie od
sytuacji. Przerażająco szybko pływa, przerażająco dobrze gra w siatkówkę, przerażająco dobrze i od pierwszego
razu naturalnie jeździ na koniu, przerażająco szybko jeździ na wrotkach, przerażająco dominuje nad inymi
dziećmi i wykorzystuje je tak, że nic o tym nie wiedzą i chętnie spełniają jej rozkazy, jest przerażająco ładna, zwłaszcza, jak śpi,
przerażająco naturalistycznie podobno rysuje, jest przerażająco natrętna. Ale jest fajna, naprawdę. I
gryzie tylko czasami.
A co do liceum, ponieważ jestem właśnie na zaocznym i ponieważ oni dużo robią na slajdach, to muszę
dużo ogarniać sama, ale, że ja się lubię uczyć sama, to znaczy nie mam z tym na ogół jakichś problemów,
to jest OK. Bardzo miło zaskoczył mnie także fakt, że w zeszłym roku dostałam brajlowskie podręczniki do większości
przedmiotów, absolutnie się tego nie spodziewałam.
2017-07-19 15:48:58
pajper
Domyślam się, że twoja siostra jest fajna.
Rodzeństwo zawsze jest fajne, miłe itp. :)
I prawie zawsze przerażające.

Co do podręczników, to akurat ode mnie wiedzieli, że można dostać. :)
Chociaż sam ich prawie nie używam szczerze mówiąc.
O ile brajla znam, o tyle nauka nie w ośrodku dla niewidomych daje o sobie znać w tym względzie, że nauka z tekstu w brajlu zapisanego nie jest moją ulubioną formą zdobywania wiedzy.
Natomiast, przeczytać coś w brajlu to już inna kwestia, lubię. :)

PZDR
DP
2017-07-19 16:39:05
moozgish
No ja też jakoś wiele ih nie używam, bo jednak większość rzeczy do szkoły sprawdzam w sieci, ale zaskoczył
mnie sam fakt, że to uczynili, a poza tym mi kontakt z brajlem
przydaje się bardzo na przykład w przypadku matmy, łatwiej mi to wtedy jakoś ogarnąć. A czytać w brajlu
tak ogólnie również lubię.
2017-07-19 16:47:29
ambulocet
Ja do drugiej klasy gimnazjum korzystałem z brajla bardzo dużo. Pisałem w brajlu swoją książkę i wszystkie prace klasowe, i domowe, aczkolwiek z drugiej strony podręczników brajlowskich nigdy nie używałem. Do sprawdzianów zawsze uczyłem się z nagrań z dyktafonu.
Po drugiej gimnazjum przerzuciłem się na pisanie na komputerze i od tamtego czasu brajla wykorzystuję okazjonalnie. Jakoś nie czuję się z nim specjalnie związany.
Jedynie w liceum byłem zmuszony częściowo do niego wrócić, żeby łatwiej ogarnąć matmę, z którą już się na szczęście definitywnie pożegnałem.
Muszę przyznać, że liczba twoich zainteresowań robi wrażenie, podobnie, jak znajomość czterech języków.
Co do psychologii i ogólnie nauk związanych z funkcjonowaniem mózgu oraz ludzkiej psychiki, też uważam, że to bardzo interesujące, a doceniam te tematy jeszcze bardziej, odkąd zacząłem studiować filozofię.
Co do kamieni pół szlachetnych, o których pisałaś, kiedyś też je zbierałem, aczkolwiek znacznie bardziej interesowały mnie zawsze skamieniałości. Zresztą paleontologia, czyli nauka o prehistorii, jest do tej pory moją największą pasją.
Pisanie i czytanie też uwielbiam. Nie wiem, co bym bez tego zrobił. Obecnie cały czas pracuję nad swoją książką i mam nadzieję, że skończę ją definitywnie w ciągu najbliższego roku, ale to wcale nie jest pewne.
Pisałaś też, że swojego kota uważasz za braciszka. Jak bym słyszał siebie w odniesieniu do mojego psa, czarnej labradorki Tilli, o której zawsze mówię, że jest moją siostrzyczką. Kocham ją bardzo i nie wiem, co będzie, jak kiedyś odejdzie.

2017-07-21 17:32:36
moozgish
Twoje zainteresowania wydają mi się ciekawe i mocno niszowe. A niszowe pasje są bardzo fajne. Oj, ja
też nie wiem, co bym zrobiła czy też co zrobię, jak nie będzie Mishy. Jest jeszcze bardzo młodziutki
i szczęśliwie nigdy jeszcze nie chorował, więc można mieć nadzieję, że pożyje długo, aczkolwiek kiedyś
umrzeć musi i nie raz o tym już myślałam, jak to w ogóle będzie potem. Bo Misha spełnia spoooro funkcji
w moim życiu, jak już pisałam. Nawet jak rozstaję się z nim na kilka dni, jest to dość ciężka dla mnie
rzecz. Bez czytania książek i wypisywania się też nie wiem, co bym zrobiła, chyba bym w końcu explodowała, a na pewno bardzo by mi
się nudziło. Życzę Ci powodzenia i weny w pisaniu książki. :)
2017-07-21 19:55:39
ambulocet
Za życzenia dziękuję. Ogólnie, jeżeli różne zagadnienia związane z filozofią i paleontologią by Cię interesowały,
to zapraszam na swojego bloga o nazwie świat mój i moich pasji. Trochę na nim o tych rzeczach piszę, a i
część mojej radosnej twórczości, chociaż nie książki, też się tam znalazła. Jeżeli kiedyś coś byś z tego
przeczytała, to możesz napisać o swoich spostrzeżeniach w komentarzach.
Jeśli chodzi jeszcze o zwierzęta, moja Tilla też powinna jeszcze trochę pożyć. Na razie ma sześć lat
i do tej pory na nic poważniejszego nie chorowała. Kiedyś miała być moim przewodnikiem, ale mamy ją od
szczeniaka i tak się do
niej przywiązaliśmy, że kiedy już osiągnęła odpowiedni wiek do szkolenia, nie chcieliśmy się z nią rozstawać.
Ostatecznie i tak uważamy, że jako przyjaciel spełnia równie istotną funkcję.

2017-07-21 21:19:12
moozgish
Na Twojego bloga zajrzę. :) Przyjaciel to nawet więcej niż przewodnik, w każdym razie bardziej wszechstronna

funkcja, więc zaszczytna i wymagająca rola i tak jej się trafiła.
2017-07-21 22:44:42
gadaczka
Dlaczego wybrałaś liceum zaoczne?
2017-07-30 13:49:40
moozgish
Przede wszystkim dlatego, że jak zaczynałam liceum, byłam już pełnoletnia, teoretycznie mogłam powypełniać jakieś papiery i jeśli gmina, czy jakaś tam inna instytucja, rozpatrzyłaby to pozytywnie, mogłabym pójść do dziennego, ale nie chciało się tego wypełniać ani mojej Mamulce ani mi. Poza tym nie mam problemu z tym, żeby uczyć się sama, a w zaocznym samodzielnej nauki jest jednak więcej. Jedyny problem, jaki mam, dotyczy matmy, z tym sobie sama nie radzę, w związku z czym przyjeżdża do mnie taka pani, która jest surdopedagogiem i przy okazji zna brajla i mam z nią korki. A poza tym wtedy, jak sobie wybierałam to liceum, jednocześnie byłam prawie pewna, że od września zacznę naukę fińskiego, umówiłam się z babką, która miała do mnie przyjeżdżać i stwierdziłam, że skoro w tygodniu będę miała te wszystkie moje języki, konie, wtedy jeszcze inne rzeczy też miałam, to szkołę mogę sobie zostawić na weekend i w tygodniu się wieczorami dokształcać sama. Fiński nie wypalił, bo kobitka stchurzyła, ale taki układ został.
2017-07-30 15:38:21
gadaczka
O, to miałaś dużo zajęć. A jak tam jest z towarzystwem? Masz rówieśników? Jak wygląda Twoje życie po
za szkołą jeśli chodzi o znajomych?
2017-07-30 16:58:49
moozgish
W szkole kilkakrotnie zmieniałam klasy, tak wychodziło, bo najpierw byłam w zaocznej, którą potem zlikwidowali, bo za mało osób tam regularnie uczęszczało, a tychz nas, którzy zostali, przenieśli do wieczorówki, ja natomiast potem znowu przeniosłam się do zaocznej, więc ludzi zdążyłam poznać wielu. W mojej obecnej klasie ze wszystkimi mam raczej miłe i przyjazne, acz nie przyjacielskie relacje, w tym z jedną dziewczyną całkiem sporo rozmawiamy, bo akurat mamy do siebie blisko i tak wyszło. Mam też jednego dobrego kolegę, który jak byłam w w mojej pierwszej zaocznej klasie z różnymi rzeczami mi pomagał, raz nawet byliśmy na pizzy, jeszcze jak się widzimy na jakichś tam egzaminach czy coś, to sobie gadamy. Jak dotąd rówieśników w moich poprzednich klasach w tym liceum miałam niewielu, teraz większość jest mniej więcej w moim wieku. Nie mogę powiedzieć, że da się z nimi pogadać o czymś konkretnym, tematy naszych rozmów ograniczają się na ogół do kwestii szkolnych, ewentualnie co tam u ciebie, ale wszyscy są bardzo mili. Poza szkołą większość moich znajomości ogranicza się do sieci, mam też jedną dobrą koleżankę z którą razem jeździmy konno, znaczy nie razem, tylko w podobnym czasie, więc zdążyłyśmy się już dobrze poznać i polubić. A, no poza tym jest jeszcze moja kuzynka, kuzynów i kuzynek mam wielu, ale tylko z jedną z nich fajnie mi się nawija i jest praktycznie w moim wieku, nie widzimy się często, mimo, że mieszkamy dość blisko, ale jak się już zobaczymy, to ciężko jest skończyć gadać. :D
2017-07-30 19:32:32
gadaczka
Super! Pewnie jakbyś była cały czas w jednej klasie miałabyś więcej dobrych znajomych.
2017-07-30 23:07:50
iwkan
Przede wszystkim podziwiam cię za wytrwałość. A przede wszystkim za to, że mimo trudności dążysz do celu
i chcesz opanować w jeszcze doskonalszym stopniu języki. Miło że jesteś tutaj. Pamiętam Cię z klango
i będę czytać twojego bloga, bo już pierwszy wpis jest interesujący. pozdrawiam.
2017-09-10 22:02:31
moozgish
Dziękuję i cieszę się, że wpis Cię zainteresował. :)
2017-09-10 22:13:12

Pierwszy wpis.

Witajcie!
Początki są na ogół banalne, sądzę, że mój od tego ogółu za bardzo odbiegać nie będzie, jednakże zawsze
jakoś zacząć trzeba. Do wczoraj właściwie nie brałam pod uwagę takiej opcji, żeby zakładać bloga tutaj
na Eltenie. Posiadam już swoją Wordpressową Drimolandię (drimolandia.wordpress.com) i mimo, że dawno
tam nic nie wrzucałam z przyczyn ogromnie wielorakich, to jednak w związku z tym o posiadaniu drugiego
bloga po prostu nie myślałam. Kiedy jednak wczoraj Dawid - założyciel naszej społeczności - zasugerował
mi stworzenie bloga chociażby do opisywania awatarów, stwierdziłam, że jako, że mojej ulubionej muzyki mogłabym ludziom
pokazać naprawdę dużo, tak też uczynię. Ale, że lubię blogging, a na Drimolandii miałabym teraz strrrrasznie
dużo, przeraźliwie dużo do nadrabiania, to jak znam siebie na awatarach się nie skończy. Ci, co czytali
coś na Drimolandii czy jakieś nowsze rzeczy na Klango, i zdecydowali się tu wejść, pewnie teraz ciężko wzdychają. Tak jest, moi mili, koszmar
zaczyna się znów. Nie wiem, czy te wpisy będą miały równie monumentalne rozmiary jak te drimolandzkie,
ostatnio jakoś mi się moje resztki mózgowe chyba zanadto posklejały, zdemielinizowały czy coś, bo nawet do pisania w pamiętniku
nie mam tyle tak zwanej weny, ile bym mieć chciała, z czym na ogół nie miałam problemów.
OK, co tu więc będzie? To zależy też od Was, a ściślej od tego, co byście chcieli, żeby tu było. Jak
mówiłam, znaczy sorry, pisałam, dla mnie to to samo, będą opisy awatarów. Dużo nad tym moim blogiem myślałam
wieczorem i w nocy i zastanawiałam się, cóż jeszcze. Sądzę, że będą może jakieś
update-y w stylu co tam u mnie, aczkolwiek to zależy od tego, czy rzeczywiście coś będzie i czy będzie
warto o tym pisać, no i jeszcze od paru rzeczy. Poza tym pewnie nie obejdzie się bez rozkmin bardziej
ogólnych, jak tu się zadomowię, coś w stylu mojego wpisu z Drimolandii "Energia Z Nadziei...", ludzie,
którzy tam wchodzili zapewne wiedzą już, o co idzie. Na Drimolandii były, znaczy są, bo ona cały czas stoi,
moje recenzje kilku książek, myślę, że jeśli będziecie chcieli, będę tą praktykę kontynuować. Poza tym
już dawno myślałam o robieniu recenzji moich ulubionych albumów muzycznych, jak dotąd nigdy tego nie
robiłam, ale myślę, że byłoby to ciekawe doświadczenie, więc też piszcie, jeżeli jesteście za. Może będzie
jakaś moja, emmmm, nazwijmy to tak szumnie, twórczość literacka, ale to to jest pod wielkim znakiem zapytania. Zwłaszcza,
że ja serio ostatnio mało piszę. Bardzo bym się cieszyła, gdyby z czasem udało mi się ściągnąć na mojego bloga
ludzi spoza społeczności, czy to jakichś przygodnych wędrowców po sieci, czy kogoś z moich znajomych
lub widzących czytelników Drimolandii, ale to pewnie byłby dłuższy proces, ja się nie znam na promowaniu
bloga, moje doświadczenia z Drimolandią zdecydowanie to pokazują. :D Gdyby jednak mi się udało, byłoby
świetnie. Ja mam też trochę zagranicznych znajomych, którzy, chociaż zawsze sądziłam, że się wzajemnie
nie znają, musieli się chyba jakoś zmówić przeciwko mnie, bo mnie kilka osób niezmiennie ciśnie, że powinnam
pisać bloga po ingliszu. No cóż, dla mnie to byłby challenge wielki, ale że ja lubię language challenges,
to czemu nie, więc może jeśli nasza Eltenowa społeczność kiedyś by się rozrosła i pojawiłoby się więcej
anglojęzycznych ludzi, albo udałoby mi się zachęcić tych moich do czytania... no czemu nie, mogę robić
die wersje językowe każdego wpisu. :D Śmiesznie by było troszkę. Od czasów Drimolandii mam też niewykorzystany
pomysł na pisanie wpisów z perspektywy mojego kota - Mishy. No wiecie, takie wpiski w pierwszej osobie,
może we współpracy z samym Mishą, który uwielbia chodzić po klawiaturach i może nawet nauczyłby się z
czasem podpisywać. :D
To tyle moich pomysłów chyba. Bardzo chętnie poznam Waszą opinię na ich temat, jak i może jakieś Wasze
sugestie, jeśli macie takowe, czy też ewentualne pytania. W każdym razie piszcie cokolwiek, bo inaczej
to umrze śmiercią naturalną, względnie będzie mi służyło wyłącznie do rejestracji zmian awatarów.

2017-07-19 11:27:15
pajper
Jak sama zauważyłaś, po pierwszym wpisie trudno przewidzieć formę, jaką przybierze blog.
Szczerze, nawet po pięciu czy dziesięciu wpisach taki przyszły styl pisania, tematyka, nie są ukształtowane.
To proces, który musi potrwać.
Cieszę się niezmiernie, że mamy tutaj nowego bloga i że posłuchałaś mojej rady. :)
Przyznam uczciwie, że nie znam twojego Klangobloga.
Niestety, Klangoblogi padły były, a wcześniej nie czytałem tej twórczości.
Jak najbardziej jednak drimolandię śledziłem swego czasu.
I chętnie zobaczę tutaj jakieś rozważania natury psychologicznej czy jakiejkolwiek innej.
To samo się tyczy recenzji literackich, bo obecnie chyba jako jedyny je tutaj piszę i czuję się samotny. :)
W takim razie niecierpliwie czekam na kolejne wpisy i życzę weny i motywacji. :)
Pozdrawiam,
Dawid Pieper
2017-07-19 11:34:44
moozgish
Zgadzam się z Tobą całkowicie co do procesu pisania, ja dużo czasu spędzam na blogach ludzi i widziałam
nie raz, że nawet już po tym dziesiątym wpisie styl potrafi komuś nieźle ewoluować, nie wspominając już
o tematyce bloga. Rozkmin psychologicznych, jak i pewnie różnych innych jak sądzę tu nie zabraknie, mam
nadzieję, że coś do zrecenzowania też się mi w niedługim czasie nawinie. Dziękuję Ci za życzenia i tego
samego życzę Tobie w związku z Twoim blogiem, jak i motywacji do dalszego tworzenia Eltena jako całości.
:)
2017-07-19 15:56:17
pajper
3 dni, 10 wpisów.
I co ty narzekasz na brak weny? :D
PZDR
DP
2017-07-21 23:19:39
moozgish
Boże, dziesięć wpisów? :O Hahahaha, u mnie tak zawsze. Jak już zacznę, to jest neverending story. :D
2017-07-21 23:28:01
hazel96
Ja też niedługo planuję coś zacząć z blogiem :)
2017-07-28 20:47:39
pajper
Małgosiu...
Teraz to ja w brak weny w życiu nie uwierzę.
Dokładnie miesiąc minął, a tu wpisów 44.
To daje około półtorej wpisu dziennie. :D
2017-08-19 21:00:22
moozgish
O woow. Czterdzieści cztery wpisy. W miesiąc. Chore. :D I'm a hero. :D Nie no, śmiesznie. Cóż, mam nadzieję, że jakość dorównuje ilości. :D
2017-08-19 23:28:23
pajper
Dorównuje, a nawet ją przewyższa. :)
przepraszam, że odpisuję dopiro teraz, nie widziałem komentarza
2017-08-23 23:04:42
moozgish
O, to cieszę się ogromnie, że tak uważasz. :)
2017-08-24 09:40:56

Menu

Forum
Wiadomości
Blogi

Copyright Dawid Pieper